Wydarzenia Bielsko-Biała Żywiec

Wojenne serce

Bohaterka z Międzybrodzia w towarzystwie wiceministra. Fot. FB/Stanisław Szwed – Wiceminister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Wojenne przeżycia Moniki Prochot, zmarłej niedawno mieszkanki Międzybrodzia Bialskiego, mogłyby posłużyć za bazę do napisania scenariusza filmu, który trzymałby widza w napięciu od pierwszych do ostatnich chwil. Hart ducha i odwaga, jakimi się wtedy wykazała, były wręcz niezwykłe, za co – u schyłku życia – została doceniona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Jej wojenne „przygody” przybliżył swego czasu na łamach „Kroniki Beskidzkiej” Artur Kasprzykowski w artykule „Podniebny tułacz”. Opisana przez niego akcja zaczyna się pod koniec 1944 roku. Monika miała wtedy 22 lata i nosiła jeszcze nazwisko Kudrys. Pewnego wieczoru w niewielkim, stojącym pod lasem domu rodziny Kudrysów w przysiółku Fliski w Żarnówce Dużej rozległo się pukanie. Rodzice oraz siedmioro ich dzieci ujrzeli za drzwiami znajomego Ludwika Harata z Kosarzysk w towarzystwie obcego, młodego mężczyzny odzianego w mundur i uzbrojonego w pistolet. Kudrysowie udzielili młodemu człowiekowi gościny, choć dogadać się z nim za bardzo nie potrafili. Kiedy głodny gość najadł się do syta i zasnął, Monika wyciągnęła z jego kieszeni dokumenty i pobiegła po pomoc na plebanię.

Ksiądz orzekł, że przybysz jest Amerykaninem i poprosił o pomoc w tłumaczeniu jego słów sąsiada, który pracując za granicą, nauczył się angielskiego. Wtedy okazało się, że gość to David M. Jones, drugi pilot bombowca B-17, którego Niemcy zestrzelili, kiedy ten leciał nad cel, czyli zakłady chemiczne w Oświęcimiu. Załoga „Świętego Franciszka” – bo lotnicy tak nazwali swoją maszynę – liczyła 10 osób. W chwili, w której dosięgnął ją pocisk, wszyscy się katapultowali i wylądowali w okolicach Jawiszowic. Jeden z lotników został od razu zastrzelony, ośmiu dostało się do niewoli. Uciec zdołał jedynie Jones – pisze Artur Kasprzykowski.

JONES-JANEK

Lotnik najpierw ukrywał się w ziemiance w Wilamowicach, ale jego intensywne poszukiwania trwały. Zmusiło go to do dalszej ucieczki: w okolicy Kobiernic przeszedł przez Sołę, zawędrował do Porąbki i – aby uniknąć złapania przez Niemców pilnujących zapory – ukrył się w lesie. Tam spotkał Harata, który najpierw go przenocował, a potem zaprowadził do Kudrysów. Pilot spędził w domu pod lasem kolejne cztery miesiące. Przez domowników był nazywany „Jankiem”. Doznane przeżycia spowodowały, że – choć przyjęty przez Kudrysów życzliwie – zawsze spał z pistoletem pod poduszką.

Niemcy najpewniej wiedzieli, że lotnik ukrywa się gdzieś w okolicy. Do chwili jego pojawienia się we Fliskach nie przychodzili do domu pod lasem ani razu. Kiedy jednak zagościł tam „Janek”, przybywali aż czterokrotnie. Trzy pierwsze wizyty, choć zapewne nieprzyjemne, nie były groźnie. Gorąco zrobiło się dopiero za czwartym razem. – Było może wpół do siódmej rano. Akurat wróciłam do domu z udojem. Janek grzał się przy piecu. Nagle pukanie – przez otwór w drzwiach widzę, że to Niemcy. Wystarczyło, że pokazałam Jankowi wejście do piwnicy. Chwycił pistolet i schował się tam – powiedziała autorowi tekstu Monika Prochot.

Mimo że pod drzwiami stali niemieccy policjanci, z komendantem na czele, młoda kobieta nie straciła zimnej krwi. Zejście do piwnicy zasłoniła chodnikiem, a całość zastawiła jeszcze balią. Dopiero wtedy wpuściła „gości”. – Ukrywacie amerykańskiego oficera – wypalił komendant bez wstępów i zaczęła się rewizja. Wszystko mogło skończyć się naprawdę źle: Amerykanin siedział pod podłogą, w stodole ukryte były części jego lotniczego odzienia, a… w kurniku gdakało jedenaście kur, zamiast oficjalnie zgłoszonych trzech. Do tego, w pewnym momencie, jeden z policjantów stanął na chodniku przykrywającym wejście do piwnicy i zaczął stukać w podłogę kolbą karabinu…

Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze i Niemcy odeszli z niczym. Jednak tego dnia „Janek” z piwnicy już nie wyszedł.
Powoli zbliżał się front – i zapewne to spowodowało, że zaaferowani innymi problemami Niemcy już nie wrócili. Jones zdecydował się ujawnić jakiś czas po nadejściu Rosjan. Z domu Kudrysów zabrała go dwójka rosyjskich żołnierzy – i David M. Jones zniknął…

PUK, PUK – 50 LAT PÓŹNIEJ

O tym, co się z nim działo, Monika – wtedy już Prochot – dowiedziała się pół wieku później, w 1994 roku. Traf chciał, że kiedy Jones ponownie stanął w progu jej domu w Międzybrodziu Bialskim, akurat… myła chrzan potrzebny do kiszenia ogórków. Lotnik przyleciał do Polski na obchody 50-lecia Powstania Warszawskiego. Zatrzymał się w Krakowie i korzystając z bliskości, wsiadł w taksówkę i znalazł swoją wybawczynię. Jego dalsze losy wyglądały tak: po ujawnieniu zajęło się nim NKWD. Zawieziono go do Kobiernic, potem do Andrychowa i Wadowic. Ostatecznie, wraz z 20 innymi amerykańskimi lotnikami, którzy tak jak on postanowili opuścić kryjówki, trafił do Nowego Sącza. Potem zaliczył jeszcze Lwów, Kijów i Odessę. W tym ostatnim miejscu Jones wraz z towarzyszami przedostał się po kryjomu na statek, którym przez Turcję dopłynął do Egiptu, skąd dotarł do macierzystej jednostki Air Force w południowych Włoszech. Zdążył jeszcze walczyć z Japończykami – czytamy w „Podniebnym tułaczu”.

Monika Prochot zasłużyła się nie tylko ukrywaniem Amerykanina. W czasie wojny była też łączniczką i sanitariuszką „Garbnika”, czyli oddziału Armii Krajowej, który działał w okolicy Międzybrodzia. Zadaniem „Baśki” – bo taki pseudonim wtedy nosiła – było dostarczanie partyzantom rozkazów i leków. Po wojnie pracowała jako pielęgniarka.

KONSUL NA POGRZEBIE

W 2016 roku nestorkę uhonorowano Krzyżem Zasługi Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Z kolei rok później przyznano jej Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Uroczystość jego wręczenia miała miejsce 6 listopada w jej domu. W imieniu głowy państwa odznaczenie wręczał jej Stanisław Szwed, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej (na zdjęciu). Dziś w imieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy miałem zaszczyt wręczyć Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski pani Monice Prochot z Międzybrodzia Bialskiego. Historia tej prawdziwej Niezłomnej Bohaterki jest budująca. Ratowała życie i udzielała schronienia żołnierzowi amerykańskiemu, potrafiła stawiać czoło ówczesnemu systemowi, zawsze kierowała się – i wciąż kieruje – zasadami wiary. Dla takich chwil i takich spotkań warto działać – napisał potem na Facebooku.

Orderu gratulował jej pisemnie konsul generalny Stanów Zjednoczonych w Krakowie Walter Braunohler. Dziękował jej też za bohaterstwo i uratowanie lotnika.

Monika Prochot zmarła 3 października tego roku. Żegnano ją dwa dni później w kościele pw. św. Marii Magdaleny w Międzybrodziu Bialskim. W ostatniej drodze towarzyszyła jej m.in. delegatka amerykańskiego konsulatu – konsul Tammy Nobilski.

Fot. FB/Stanisław Szwed – Wiceminister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

Skomentuj

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o