Do dziś nazywają go polskim Stradivariusem
Nawet w rodzinnym regionie jego nazwisko kojarzy dziś niewiele osób, tymczasem przed laty wymawiano je z podziwem w całej Europie. Władysław Baczyński, wybitny lutnik urodzony w Łodygowicach, tworzył instrumenty smyczkowe, które na przełomie XIX i XX wieku zachwycały wirtuozów.
Pamięć o lutniku przywrócił Grzegorz Kaproń, pasjonat muzyki i miłośnik historii, który ponad rok temu opublikował artykuł na temat Baczyńskiego na łamach miesięcznika „The Strad” – anglojęzycznego magazynu poświęconego muzyce klasycznej i instrumentom smyczkowym. Dzięki pracy Kapronia oraz bielskiego historyka Jacka Kachla Baczyński odzyskuje należne mu miejsce w panteonie wielkich artystów.
Zamieszkali w zamkowej kuźni
Węgierski skrzypek Marczi Zoldy w prywatnym liście nazwał lutnika z Łodygowic mistrzem skrzypiec i artystą duszy. Dekadę później Edmund Giżejewski, ceniony polski skrzypek i pedagog, wymienił go w gronie trzech najwybitniejszych lutników działających w Polsce na początku XX wieku, obok krakowskiego mistrza Gustava Hausslera, u którego zresztą Baczyński uczył się fachu.
Uznanie dla pracy Łodygowianina przetrwało próbę czasu. Nawet współcześnie, w publikacji „Violin and Bow Makers Past and Present” z 2000 roku, Dennis G. Plowright docenił jakość skrzypiec Baczyńskiego oznaczonych jako „Opus 170” z 1913 roku. W kuluarowych rozmowach muzycy do dziś nazywają go polskim Stradivariusem – włoski lutnik uchodzi za najwybitniejszego budowniczego instrumentów w historii – co brzmi tym bardziej doniośle, że w czasach młodości Baczyńskiego Polski nie było na mapie Europy.
Droga na salony rozpoczęła się w cieniu łodygowickiego zamku. W połowie XIX wieku rodzice przyszłego mistrza sprowadzili się tam z Limanowej. Zamieszkali w zamkowej kuźni, którą Marcin Baczyński dzierżawił najpierw od ówczesnego właściciela dóbr Maksymiliana Luttwitza, a po jego ucieczce i sprzedaży majątku w 1866 roku – od Klementyny Primovesi de Weber, zamożnej Niemki z Moraw o włoskich korzeniach.
Rodzinna tragedia
25 czerwca 1866 roku kowalowi Marcinowi Baczyńskiemu i jego żonie Ludwice urodził się syn. Ochrzczono go dwoma imionami, co wówczas było rzadką praktyką w rodzinach rzemieślniczych – Ladislaus Petrus (Władysław Piotr). Chłopak prawdopodobnie uczęszczał do miejscowej szkoły, której kierownikiem był wówczas spokrewniony z rodziną Franciszek Mamak. Naukę najpewniej kontynuował w Bielsku, w Państwowej Wyższej Szkole Realnej przy ówczesnej Schiesshausstrasse, dzisiejszej ulicy Słowackiego. To tam kształcono przyszłe kadry techniczne i rzemieślnicze. Pewne jest, że jego ojca było stać na naukę dzieci.
Koniec XIX wieku przyniósł Łodygowicom rewolucję technologiczną, gdy w 1878 roku przez miejscowość poprowadzono linię Kolei Północnej Cesarza Ferdynanda, łączącą Bielsko z Żywcem. Dziewięć lat później powstała tu pełnoprawna stacja kolejowa. Te wydarzenia zdeterminowały zawodowy start Baczyńskiego. W 1887 roku 21-letni Łodygowianin został asystentem w biurze rachunkowym krakowskiej dyrekcji kolei.
Praca urzędnika była jednak tylko fasadą dla rodzącej się pasji. Po godzinach znikał w krakowskiej pracowni mistrza Hausslera, gdzie z cierpliwością zgłębiał tajniki lutnictwa.
Miał dobrze płatną pracę i wielką pasję, ale życie prywatne go nie oszczędzało. Po tym jak zamieszkał w Krakowie w 1891 roku, poślubił 16-letnią córkę sąsiada. Para szybko doczekała się dzieci, ale szczęście trwało krótko. W związku z rozbudową kolei w kierunku wschodnim w 1894 roku Baczyński został przeniesiony do dyrekcji ruchu w Stanisławowie. Niedługo później w Krakowie zmarło dwoje jego małych dzieci. Ciężko chora na gruźlicę żona urodziła kolejną córkę, ale obie zmarły w 1898 roku…
Wyjazd do Stanów
Ten tragiczny rok stał się punktem zwrotnym w karierze Baczyńskiego, który całkowicie oddał się swojej pasji, choć wciąż dorabiał jako urzędnik kolei. W nowym miejscu los zetknął go z żydowskim skrzypkiem Henrykiem Kesslerem. W 1904 roku wyemigrował do Ameryki i trafił do renomowanego warsztatu Heinricha Richarda Knopfa – Niemca wywodzącego się z wielopokoleniowej rodziny lutników z Saksonii. Knopf wyemigrował do Nowego Jorku i stał się jednym z pionierów budowy instrumentów smyczkowych w USA.
Okoliczności wyjazdu Baczyńskiego z Polski do dziś budzą pytania. W tym samym czasie na krakowskiej kolei wybuchł skandal finansowy związany z malwersacjami niejakiego Leona Wilczka, z którym bezpośrednio pracował nasz bohater.
Sprawa trafiła na salę sądową, a wielu badaczy zastanawiało się, czy wyjazd do USA nie był formą ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości. Fakty są jednak takie, że gdy Baczyński wrócił z emigracji do Krakowa w 1906 roku, nie ukrywał się i nie zmieniał nazwiska, a wymiar sprawiedliwości przestał się nim interesować. Wszystko wskazuje więc na to, że był niewinny albo sprawę wyjaśniono polubownie.
Zawrotne ceny na aukcjach
Po powrocie do Europy nie mieszkał długo w ojczyźnie. Wraz z rodziną osiadł we Lwowie. Miasto z własną operą i konserwatorium było idealnym miejscem dla mistrza jego klasy. Tworzył tam instrumenty, a jego kunszt potwierdziły listy pochwalne od największych autorytetów, takich jak znakomity skrzypek i kompozytor Maurycy Wolfsthal.
Kariera nabrała tempa i w 1910 roku Baczyński wstąpił do Związku Lutników Monarchii Austro-Węgierskiej, a dwa lata później odebrał złoty medal na międzynarodowej wystawie w Budapeszcie. Wstąpienie do elitarnego Związku Lutników Niemieckich w Berlinie w 1913 roku było ostatecznym potwierdzeniem jego pozycji na kontynencie. W ciągu całego życia stworzył ponad 280 instrumentów smyczkowych.
Do ich budowy często wykorzystywał drewno rezonansowe ze starych, zburzonych kościołów. Eksperci do dziś podziwiają precyzję jego dłuta, subtelnie rzeźbione główki oraz charakterystyczne, ręcznie pisane etykiety.
Mistrz z Łodygowic zmarł we Lwowie w 1935 roku i spoczął na Cmentarzu Łyczakowskim, zabytkowej nekropolii, gdzie pochowano wielu zasłużonych Polaków i Ukraińców. Żegnano go na łamach „Kuriera Lwowskiego”, wspominając jako człowieka o wrodzonej etyce, spokoju i życzliwości dla innych. Pozostawił po sobie instrumenty, które brzmią w salach koncertowych i podbijają muzyczny świat. Ich ceny na portalach aukcyjnych osiągają dziś kwoty liczone w dziesiątkach tysięcy złotych.
BARTŁOMIEJ KAWALEC




