Wydarzenia Bielsko-Biała

Koszmar zwierząt w Landeku

Zdjęcie ilustracyjne. JackieLou DL z Pixabay

Policja i inspekcja weterynaryjna prowadzą dochodzenie po makabrycznym odkryciu w gospodarstwie w Landeku, w gminie Jasienica. W oborniku ujawniono truchła bydła. Śledczy podejrzewają, że zwierzęta zostały zagłodzone. Wielu mieszkańców wskazuje na tragiczne okoliczności życiowe gospodarza.

Landek to niewielka wieś położona tuż przy granicy z powiatem cieszyńskim. Od strony gminy Jasienica prowadzi do niej wąska droga, bez pobocza, położona pomiędzy stawami. Sielankę mieszkańców zakłóciły działania prowadzone przez służby. W piątkowe popołudnie, 15 maja, w miejscowości pojawiła się policja, a następnie inspekcja weterynaryjna. Czynności prowadzono na terenie niewielkiego gospodarstwa.

Nie wiadomo, kto powiadomił służby ani jaka była treść zgłoszenia. Policjanci, po rozpoczęciu czynności, znaleźli na posesji padłą krowę. Na miejsce sprowadzono psa tropiącego z przewodnikiem. Dalsze ustalenia były szokujące. Kolejne sztuki padłego bydła znajdowały się w oborniku. Było go tak dużo, że ręczne przerzucanie gnoju było wykluczone. Przy pomocy gminy na miejsce sprowadzono niewielką ładowarkę.

Czynności na miejscu były prowadzone także po weekendzie. Łącznie ujawniono kilka sztuk padłego bydła. Istnieją podejrzenia, że właściciel mógł w ten sposób próbować ukryć dowody swoich wcześniejszych zaniedbań, po tym jak bydło padło z wycieńczenia.

– Wstępne ustalenia wskazują na skrajne zaniedbania, a śledczy podejrzewają, że zwierzęta mogły zostać doprowadzone do śmierci poprzez zagłodzenie. Te ustalenia są teraz przedmiotem wyjaśnień – mówił nam kom. Sławomir Kocur, oficer prasowy bielskiej policji.

Sprawa jest skomplikowana, ponieważ zwierzęta najprawdopodobniej nie były zarejestrowane i nie posiadały wymaganych prawem kolczyków, co utrudnia identyfikację oraz ustalenie dokładnej liczby sztuk.

Społeczność lokalna jest podzielona. Obok głosów potępienia pojawiają się opinie, by nie oceniać surowo człowieka, który zmagał się z ciężarem samotnego prowadzenia gospodarstwa.

– Kilka krów, chyba też kury, kaczki czy gęsi. Świń chyba nie hodował – mówi nam mieszkaniec miejscowości, który zna właściciela gospodarstwa, w którym doszło do makabrycznego odkrycia. Dodaje, że to dobry i pomocny człowiek.

Inny dodaje, że gospodarstwo jest niewielkie i jest jednym z ostatnich w Landeku, bo „rolnictwo dawno upadło”.

– Został jeden, który hoduje bydło. Drugi miał trzodę chlewną, ale przerzucił się na zboża. Świnie trzeba nakarmić, oporządzić i nie ma znaczenia, czy środek tygodnia, czy święta, czy lato, czy mróz. Obowiązek jest, a przy zbożach obowiązków jest mniej. Postępująca mechanizacja też ułatwia pracę – komentuje.

Żadna z osób, z którymi rozmawiamy, do momentu tragedii nie słyszała, by po sąsiedzku działo się coś złego. Mieszkańcy mają dobrą opinię o podejrzanym.

– Trzy, może dwa lata temu zmarł mu ojciec. Matka mocno podupadła na zdrowiu i nie jest w stanie pomóc, to nią trzeba się zajmować. Wszystko spadło na niego. Ma dwie siostry, ale obie się pobudowały i został sam z narastającymi obowiązkami – mówi nam jeden z sąsiadów.

Gdy pytamy, czy zgłaszał się po pomoc lub wsparcie, odpowiada przecząco.

O zdarzenie pytamy w Urzędzie Gminy Jasienica. Tam przekazano nam, że urzędnicy nie mają kompetencji w zakresie doglądania dobrostanu zwierząt, ponieważ należą one do inspekcji weterynaryjnej oraz Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Do gminy nie docierały jednak żadne sygnały o zaniedbaniach. Mimo tragicznych okoliczności w gospodarstwie pozostała jałówka, którą ma doglądać sołtys. Zwierzę jest w dobrym stanie.

Dochodzenie w sprawie prowadzi bielska policja. Funkcjonariusze gromadzą materiał dowodowy, który pozwoli na postawienie zarzutów 40-latkowi. Właścicielowi gospodarstwa, ze względu na charakter zaniedbań, grozi kara do 5 lat więzienia za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad zwierzętami.

BARTŁOMIEJ KAWALEC

google_news
Kronika Beskidzka prasa