Antoni Gluza od dziecka obcował z muzyką, a potem związał z nią całe swoje życie. Ale samo muzykowanie, to było dla niego za mało. Skrupulatnie gromadził dawne melodie i opisywał obrzędy, którym towarzyszyły. Wszystko po to, by ocalić dawny świat od zapomnienia.
W jego rodzinnym domu, na zboczu góry Hyrca w Szczyrku, muzyka rozbrzmiewała prawie zawsze. Już od rana w izbie rozlegał się śpiew babci – najczęściej były to pieśni kościelne, choć nie tylko. – Człowiek jeszcze z łóżka nie wstał, a już śpiew był w chałupie – wspomina z uśmiechem Antoni Gluza.
Kiedyś śpiew domowników był czymś naturalnym. Podobnie jak muzyka towarzysząca rozmaitym obrzędom. Wiedza o tym, co i kiedy śpiewać czy grać, jak świętować, a jak z kolei żegnać zmarłych, była powszechna i przechodziła z pokolenia na pokolenie. Działo się tak, bo ludzie byli blisko siebie, słuchali się nawzajem i uważnie przyglądali się codzienności swojej małej ojczyzny.
Bywało, że mały Antek chował się pod stołem, by przysłuchiwać się pieśniom wykonywanym podczas rodzinnych uroczystości. Gdy podrósł, sam wziął się za granie, zdobył staranne wykształcenie muzyczne, a z czasem zaczął kształcić własnych uczniów. Ale było mu jeszcze mało: postanowił zapisywać dawne melodie i zbierać opowieści o zanikających obyczajach. Nie chciał, żeby Szczyrk, który znał z dzieciństwa i młodości, pozostał wyłącznie wspomnieniem jego pokolenia. Efektem jest niezwykła publikacja książkowa.
Cały obszerny artykuł o Antonim Gluzie, kolejny w naszym cyklu “Szlakiem Beskidzkich Twórców. Tradycja, która wciąż inspiruje”, opowiada o miłości Szczyrkowianina do muzyki i dążeniu do zachowania zanikających obyczajów i obrzędów. Można go przeczytać w najnowszym numerze „Kroniki Beskidzkiej”, dostępnym w punktach z prasą oraz w formie e-wydania TUTAJ






