„Seksmisja” – sceniczna wersja wielkiego, wciąż popularnego, kultowego wręcz hitu filmowego sprzed 42 lat – efektownie zainaugurowała nowy sezon artystyczny bielskiego Teatru Polskiego i pozostanie na długo w jego repertuarze.
Zainteresowanie publiczności jest ogromne. Bilety na najbliższe przedstawienia wykupiono w ciemno jeszcze przed premierą. Już doprowadzenie do niej jest sukcesem bielskiej sceny i jej dyrektora Witolda Mazurkiewicza. O zgodę na wystawienie scenicznej wersji „Seksmisji” starało się bowiem od dawna wiele teatrów. Rywalizację wygrała świetna aktorsko i wokalnie bielska ekipa, doceniona przez Juliusza Machulskiego, współscenarzystę i reżysera wersji filmowej. Atutem było też zaangażowanie do tego zadania cenionego reżysera Pawła Szkotaka, twórcy znanego w świecie poznańskiego alternatywnego Teatru Biuro Podróży. Pojawił się w Bielsku-Białej po raz trzeci. Wyreżyserował tu już bowiem z powodzeniem „Boską!” – słodko-gorzką komedię o najgorszej śpiewaczce świata, a także sceniczną wersję komedii Stanisława Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. Do adaptacji kultowego dzieła, jakim jest „Seksmisja”, podszedł z szacunkiem, ale też uwzględnił realia czasów, w których teraz żyjemy. Wprowadził nawet kilka bielskich akcentów. Gdy Juliusz Machulski obejrzał to przedstawienie, był zachwycony i chętnie pozował do zdjęć z całym zespołem.

W czasach PRL-u film „Seksmisja” był nie tylko zbiorem żartów na temat kobiet i mężczyzn, ale też zawoalowaną krytyką systemu totalitarnego, co polska publiczność doskonale odczytywała. Co ciekawe, film podobał się także w krajach tzw. demokracji ludowej, w tym w Związku Radzieckim, ale w wersji skróconej o ponad 20 minut. Natomiast krytyczne oceny dotarły z USA, gdzie środowiska feministek uznały, iż jest to tylko seksistowska opowieść o wyższości mężczyzn nad kobietami.
Po ponad 40 latach wiele się w Polsce i na świecie zmieniło zarówno w polityce, jak i w obyczajowości (rozkwitł feminizm, ruch gender i #MeToo), ale „Seksmisja”, zaadaptowana na scenę przez Pawła Szkotaka, pozostaje błyskotliwie i dowcipnie opowiedzianą historią walki z dyktatorskim systemem o wolność i życie w zgodzie z naturą. Żarty dotyczą zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Z przymrużeniem oka potraktowana jest też nagość, na którą widzowie pamiętający film być może także czekają.

Reżyser przedstawił bez istotnych ingerencji w filmowy scenariusz i w efektownej formie zabawne perypetie dwóch „królików doświadczalnych”, wybudzonych z hibernacji w dziwnym, podziemnym kobiecym świecie, funkcjonującym niezgodnie z odwiecznymi prawami natury. Próbują się z tej matni za wszelką cenę wydostać cwaniak Maks i ciamajdowaty Albert, świetnie grani przez Michała Czaderne i Piotra Gajosa (nie muszą się obawiać porównań z filmowymi rolami Jerzego Stuhra i Olgierda Łukasiewicza, co dla wielu widzów będzie nieuniknione). Reżyser zdynamizował na wzór wojskowy kobiecą społeczność, która nie wie lub nie pamięta, co to miłość i do czego służą mężczyźni. Brylują w niej aktorki śpiewające i grające po kilka postaci (!), na czele z wykonawczyniami głównych ról żeńskich Żanetą Rus (Lamia) i Ewą Dobrucką (Emma), a także Anną Guzik-Tylką, Martą Gzowską-Sawicką, Jadwigą Grygierczyk, Wiktorią Węgrzyn-Lichosyt, Orianą Soiką, Anitą Jancią, Marią Suprun oraz występującymi w TP gościnnie Krystyną Zajkowską i Ewą Stańczyk (m.in. jako goryl Coco). Wisienką na torcie jest Grzegorz Sikora w roli Jej Ekscelencji, widzów bawi także Adam Myrczek jako prof. Kuppelweiser. Tak liczne, błyskawiczne zmiany ról nie zdarzają się często, więc wielkie brawa należą się także ekipie charakteryzatorek i perukarek. Efektowną scenografię i kostiumy zaprojektowała Anna Chadaj, choreografię – Iwona Runowska, a bogate, dynamizujące akcję wizualizacje multimedialne na kilku telebimach – Hektor Werios.

Ekspresję tego dynamicznego widowiska wzmacniają komentujące akcję ekspresyjne przeboje z epoki młodzieżowego buntu kojarzonego z pierwszymi festiwalami w Jarocinie, ale też żartobliwe piosenki, jak „Piejo kury, piejo! Nie mają koguta” Grzegorza z Ciechowa, oraz nowsze, jak „Takiego chłopaka” zespołu Mikromusic. Zaaranżował je Łukasz Matuszyk, który jest również autorem muzyki do tego przebojowego spektaklu, gwarantującego dwie godziny świetnej zabawy bez względu na to, czy wersję filmową się widziało, czy nie.













