Wydarzenia Bielsko-Biała

Brat Albert walczy o przetrwanie

Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta w Bielsku-Białej walczy o przetrwanie. Instytucja, która od ponad trzech dekad wspiera najuboższych, dziś sama błaga o ratunek dla jednej ze swoich siedzib.

Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta w Bielsku-Białej to instytucja-symbol. Założona w 1989 roku przez nieżyjącego już Tadeusza Cozaca, od ponad trzech dekad wpisuje się w krajobraz miasta jako azyl dla osób w kryzysie bezdomności, rodzin wielodzietnych i każdego, kogo dotknęła skrajna bieda. Codzienność ogniskuje się wokół dwóch lokalizacji przy ulicy Legionów. Po jednej stronie działa łaźnia, magazyn odzieży i punkt wydawania żywności, gdzie raz w tygodniu osoby potrzebujące mogą skorzystać z porad lekarza. Po drugiej, pod numerem 16, mieści się administracja oraz – co najważniejsze – kuchnia społeczna.

Przez lata ten ostatni budynek był wynajmowany od Zakładu Gospodarki Miejskiej. Przełom nastąpił pod koniec 2024 roku, kiedy miasto przekazało obiekt stowarzyszeniu w użytkowanie wieczyste. Radość szybko jednak przykrył cień gigantycznych wydatków. Budynek, ujęty w gminnej ewidencji zabytków, jest w złym stanie.

– Dach to nasza największa zmora – przyznaje prezes stowarzyszenia Michał Guzdek. – Pokrycie jest dziurawe jak szwajcarski ser, a co gorsza, to szkodliwy azbest. Choć udało się pozyskać sponsora na jego doraźne zabezpieczenie, problem leży głębiej. Konstrukcja dachu jest po prostu zgniła.

To jednak nie koniec problemów. Nieszczelne kominy zostały wyłączone z użytku ze względów bezpieczeństwa. Instalacja elektryczna pamięta czasy PRL-u – aluminiowe przewody nie wytrzymują współczesnych obciążeń i grożą pożarem. Choć udało się wymienić instalację gazową, reszta budynku przypomina plac budowy. Rury w ścianach „pocą się” od wilgoci, a w wielu miejscach cegły straciły swoją strukturę.

– Pierwszy raz widziałem, by cegły można było wyciągać ze ścian. Każda próba odmalowania pomieszczeń kończy się tak samo – po chwili spod farby wychodzi grzyb – opisuje prezes Guzdek.

Sytuacja stała się na tyle poważna, że istniało realne ryzyko zamknięcia ośrodka przez nadzór budowlany. Jedynie wykazanie silnej woli przeprowadzenia remontu i rozpoczęcie punktowych prac zabezpieczających pozwoliło na dalsze funkcjonowanie kuchni. Jednak – jak mówi prezes Guzdek – czasu jest coraz mniej.

Szacunkowy koszt wymiany konstrukcji dachu wraz z pokryciem to około 500 tysięcy złotych. To kwota zawrotna dla organizacji pozarządowej, zwłaszcza że każda złotówka wydana na remont to złotówka odebrana od pomocy potrzebującym. Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, że – jak wspomnieliśmy – budynek widnieje w gminnej ewidencji zabytków, co oznacza, że prace muszą być konsultowane i zatwierdzane przez konserwatora.

Skala pomocy udzielanej każdego dnia przez Towarzystwo Brata Alberta jest ogromna. Kuchnia społeczna pracuje sześć dni w tygodniu. Kiedyś wydawano tu tylko obiady, dziś pomoc zaczyna się już o świcie. Osoby opuszczające noclegownię mogą tu przyjść na ciepłą herbatę i śniadanie. Dzięki współpracy z Caritasem i sklepami, które przekazują żywność zagrożoną zmarnowaniem, kuchnia wydaje setki obiadów dziennie.

– W tygodniu między 300 a 500 obiadów, w soboty nieco mniej. W rekordowe dni wydaliśmy ponad 720 porcji – wylicza prezes Guzdek. Choć, by otrzymać obiad, wymagane jest zaświadczenie z MOPS, nikt głodny nie odchodzi z kwitkiem. Krótki wywiad środowiskowy wystarczy, by osoba w potrzebie otrzymała posiłek.

Niezwykły jest też zespół, który tworzy to miejsce. Na etacie pracują trzy kucharki, ale ich praca nie byłaby możliwa bez wolontariuszy. Na kuchni każdego dnia jest blisko 10 osób, prace kucharek wspierają dawni podopieczni, którzy sami niegdyś korzystali z pomocy Brata Alberta. Dziś, po wyjściu z kryzysu bezdomności, wracają tutaj po to, by kroić warzywa, przygotowywać sałatki i po prostu wspierać potrzebujących.

Podopieczni stowarzyszenia sami wykonają też lżejsze prace w budynku, pomagając w jego remoncie. W zeszłym roku odmalowali elewację budynku. Jednak przy dachu i instalacjach potrzebni są fachowcy, a do tego ogromne nakłady finansowe.

– Robimy, co możemy, ale bez totalnego remontu ten budynek po prostu przestanie istnieć – nie kryje prezes Guzdek.

Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta w Bielsku-Białej apeluje o wsparcie. Bez pomocy ludzi dobrej woli historia kuchni społecznej może zakończyć się pod gruzami własnego dachu.

Bartłomiej Kawalec

google_news
Kronika Beskidzka prasa