Wydarzenia Cieszyn

Bypass na ratunek sercu Beskidów. Koniec stania przed szlabanami na drodze do Wisły?

Fot. Michał Cichy

Zapewne niemal każdy z nas jechał do Wisły w weekend lub wracał z niej w dniach szczytu tygodnia lub sezonu. Wiąże się to z długim czasem oczekiwania na możliwość jazdy, często też z dławiącym akcentem smogu w płucach. W Perle Beskidów co rusz mówi się i działa nad kolejną opcją usprawnienia trudnej drogowej sytuacji. Obecnie wraca temat dodatkowej nitki od Ustronia Polany.

Wiślańskie korki to nie tylko osobiste doświadczenia każdego z nas oraz turystów. Może przede wszystkim tych ostatnich. To niemal cotygodniowe, regularne, piątkowe lub niedzielne zdjęcia w portalach społecznościowych z informacją: „wyjazd z Wisły – tradycyjnie trzeba uzbroić się w cierpliwość…”.

Dodajmy, że jesteśmy już kilka lat po dużym i długim remoncie drogi wojewódzkiej do Wisły, który oczywiście miał usprawnić sytuację. Czasem jednak można odnieść wrażenie, że to trochę gonienie w piętkę. Usprawnienie komunikacji rozładowuje bowiem korki, co z kolei powoduje iż turyści chętniej przyjeżdżają, a to finalnie zwiększa utrudnienia na drodze…

Teraz mówi się o kolejnej, choć wcale nie nowej, koncepcji usprawnienia dojazdu do Wisły i wyjazdu z niej. To opcja, którą czasem określa się mianem „obwodnicy”, choć bardzo krótkiej, innym razem „bypassu”. W skrócie chodzi o budowę alternatywnej drogi między Ustroniem Polaną a Gahurą w Wiśle, po prawej stronie, jadąc w kierunku Beskidów.

– To inwestycja, która będzie niesamowicie ważna w najbliższym okresie. Musimy zlikwidować dwa przejazdy kolejowe na głównym ciągu komunikacyjnym. Zarząd Dróg Wojewódzkich w Katowicach już dawno temu ruszył z projektowaniem drogi, która ma „wpinać się” w obwodnicę na Polanie i kończyć na moście w Gahurze, po prawej stronie torów. Dzięki temu nie przejeżdżalibyśmy przez dwa przejazdy kolejowe. Byłoby to „wyprostowanie” drogi częściowo po terenie kamieniołomu w Wiśle. To dałoby upłynnienie ruchu i bardzo wiele możliwości – tłumaczy burmistrz Wisły Tomasz Bujok.

Ominięcie przejazdów kolejowych to ważna kwestia. Każdy, kto wjeżdżał do Wisły lub wyjeżdżał z niej w weekend, miał duże szanse utknąć przed zamkniętym przejazdem i przekonać się, jak długo potrafi trwać oczekiwanie na podniesienie szlabanów. W Wiśle to problem, który coraz głośniej poruszany jest przez mieszkańców, ale i przez władze miasta. Witane przez miłośników kolei i z entuzjazmem dokładane do rozkładu jazdy kursów w Perle Beskidów pociągi, u zmotoryzowanych powodują załamanie rąk, o czym pisaliśmy już niejednokrotnie na naszych łamach.

– Powiem szczerze, że dzisiaj nie boję się użyć słów, że jako miejscowość zostaliśmy trochę oszukani w aspekcie modernizacji przejazdów kolejowych i budowy infrastruktury kolejowej od Katowic do Głębiec. Tłumaczono nam, jak to będzie pięknie. Jak płynnie będą zamykane przejazdy na drodze wojewódzkiej, jak będą skrócone czasy zamykania szlabanów, jaki będzie system sterowania i że nie będzie problemów. Tymczasem dzisiaj zamknięte przejazdy to główny problem korków w naszym mieście. Kiedy słyszę, że z radością przyjmujemy informacje o dołożonych kursach pociągów, od razu widzę, jaki problem wygenerują one na drodze wojewódzkiej i jak zamkną na kolejnych kilkanaście minut przejazdy. Pakując ludzi w kolej i dając im możliwość ekologicznej komunikacji, sami sobie strzelamy w kolano, bo budujemy wizerunek miejscowości turystycznej zakorkowanej, co spowodowane jest właśnie zamkniętymi przejazdami – wyjaśnia Tomasz Bujok.

Burmistrz ma nadzieję, że Zarząd Województwa Śląskiego i Zarząd Dróg Wojewódzkich w Katowicach staną na wysokości zadania i szybko ruszy budowa obwodnicy, gdyż bez tego dalsze inwestowanie w infrastrukturę turystyczną może nie mieć sensu.

– Jeśli przejazdy są zamykane na 5-7 minut, to dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe i irracjonalne działanie. Ale tak to funkcjonuje. Nikt w zarządzie kolei nie chce słuchać tych argumentów, zasłaniając się bezpieczeństwem na przejazdach. Dla mnie to zamknięte koło. Im dłużej zamykamy przejazdy, tym większa pokusa, by ktoś próbował przejeżdżać na czerwonym świetle, bo zdaje sobie sprawę, że będzie stał 7-8 minut. Brniemy w ślepą uliczkę. To problem nie tylko dla Wisły, ale również dla całych naszych Beskidów i myślę też, że dla kraju, bo cała Polska korzysta z turystyki w Wiśle. Traci na tym również Trójwieś Beskidzka, inwestorzy i miasta, w których inwestorzy się rozliczają, a u nas zarabiają – dodaje Tomasz Bujok.

Jak się okazuje, koncepcja budowy dodatkowego pasa drogi prowadzącej do Perły Beskidów nie jest nowa. Była brana pod uwagę wcześniej już kilkakrotnie, w tym przy projektowaniu ostatniego remontu drogi wojewódzkiej do Wisły. Obecnie to koncepcja bardzo przemyślana, szeroko przedyskutowana, z przeanalizowanymi kosztami realizacji.

Nie zapadły jeszcze decyzje, czy nowy odcinek miałby status drogi powiatowej czy wojewódzkiej, jednak najbardziej prawdopodobne jest, że byłaby to droga powiatowa. Pozostaje zatem kluczowe pytanie: o jakiej perspektywie czasowej jest mowa?

– Myślę, że to jest inwestycja bardzo prosta organizacyjnie do zrealizowania, a szczególnie do sfinalizowania. W zasadzie wchodzimy w nowy teren, który nie koliduje z ruchem. Przeszliśmy proces przebudowy drogi wojewódzkiej, który trwał trzy lata i odbywał się na „żywym organizmie”. W tym przypadku Zarząd Dróg Wojewódzkich w Katowicach ma możliwość realizacji zadania w obszarze, w którym roboty nie przeszkadzałyby kompletnie nikomu. Więc jeżeli decyzja zapadnie, a musi zapaść, jestem przekonany, że można to zrobić w ciągu dwóch lat. To nie jest długi odcinek, nie trzeba kopać tuneli. Bardziej chodzi o zabezpieczenia kolejowe, mury czy palowania. Geologia nie jest łatwa, ale analiza została już wykonana. Powiedziałbym więc, że to wręcz obowiązkowo maksymalnie dwa lata od rozpoczęcia budowy – kwituje Tomasz Bujok.

google_news
Kronika Beskidzka prasa