Wydarzenia Cieszyn

Helena Norowicz: Szpagat, uśmiech, kamera i modeling

fot. Michał Ignar Mua: Anna Koniarek Stylista: Adrian Kozioł

Helena Norowicz w listopadzie obchodziła 91. urodziny. Karierę aktorską budowała latami, ale to po 80. roku życia zaczęła karierę w modelingu. Do dziś bez problemu robi szpagat. Ludzi, których spotyka zaraża pozytywną energią.

Red. Marioli Morcinkovej opowiada nie tylko o tym, czym jest dla niej dojrzały modeling, ale także wspomina nieodżałowanego Stanisława Brudnego. Helena Norowicz przyznaje również, że nadaje kolory swoim myślom.

Jest Pani osobą, która z powodzeniem nie tylko zachowuje świetną formę fizyczną, bierze udział w projektach aktorskich, ale też z sukcesami kontynuuje karierę modelki, którą rozpoczęła mając 81 lat. Czym jest dla Pani dojrzały modeling?

Od zawsze bardzo dużą wagę przywiązuję do tego, w co i jak się ubieram. Było mi łatwo, ponieważ przez cały czas mieliśmy w Teatrze krawca, który przerabiał i szył nam różne rzeczy. Już w szkole teatralnej dostałam propozycję udziału w pokazach mody. Wtedy jednak wyglądało to inaczej, ponieważ osoba, która przychodziła na przymiarkę, stała około trzech godzin, co mnie dyskwalifikowało, ponieważ mam tak, że mogę chodzić, biegać, a nawet skakać, ale nie mogę stać, bo od razu robią mi się plamki przed oczami. Muszę być w ruchu. W związku z tym wtedy odmówiłam. Gdyby ktoś zapytał mnie, czy wolę być modelką, czy aktorką, bez dwóch zdań postawiłabym na aktorstwo.

Jednak, nowe propozycje w tym zakresie chyba dają Pani siłę na to, by robić jeszcze więcej i nie tracić przy tym tej iskry w oku i wspaniałej energii.

To prawda. Aktorstwo daje jednak większą szansę przeżywania całej gamy emocji, od drobnych, po skrajne. Nie do końca jestem zwolenniczką obecnej mody. Modelki po wybiegu chodzą tak, jakby były manekinami. To jest bez sensu, ponieważ ładna dziewczyna, idąc, chce zwrócić na siebie uwagę i pokazać, jak fajnie jest ubrana. Kiedyś tak było. Modelki cieszyły się, obracały.

Istotne jest też to, że lubi Pani ludzi, rozmowy i spotkania z nimi. Gdyby Pani miała wskazać, z kim w ostatnim czasie spotkanie było szczególnie inspirujące, na jakie mogłoby paść?

Na szczęście, każde spotkanie jest dla mnie inspirujące. Zawsze jest czymś nowym, poznaje się innego człowieka. Często rozmawiam z młodymi ludźmi.

Długie, srebrzyste włosy są Pani znakiem rozpoznawczym. Pamięta Pani moment, w którym świadomie zrezygnowała z farbowania?

Pamiętam. Grałam pewną postać i doszłam do wniosku, że nie jest mi to już potrzebne. Przyznam jednak, że włosów nigdy nie farbowałam, używałam jedynie szamponu koloryzującego.

Postrzegam to jako świadomy krok w kierunku akceptacji siebie. Pani, decydując się na to, towarzyszyły podobne odczucia?

To nie tylko akceptacja samej siebie, ale także tego, że czas przemija i że choć byśmy się nie wiem, jak wysilali, to i tak on gdzieś się szparkami przepycha i widać go.

Swoją postawą stara się Pani pokazać, że na marzenia nigdy nie jest za późno, a chcieć to móc. O czym marzy Pani obecnie?

Chciałabym, by te wszystkie niepokoje i zagrożenia, które mogą objawić się bardzo dramatycznie, minęły. Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni tym, co obecnie dzieje się na świecie.

Podobno dalej, bez problemu, robi Pani szpagat. Zdradzi Pani sekret swojej młodzieńczej formy?

Szpagat jest najłatwiejszą rzeczą, którą można zrobić, jeżeli w pewnym momencie doprowadzi się do rozciągnięcia ścięgien. Może nie zawsze udaje się to za pierwszym razem, ale za każdym razem cieszy.

Choć na szklanym ekranie zadebiutowała Pani w 1957 roku w filmie „Wzgórza jak białe słonie”, a później dała się też poznać jako Greta w spektaklu telewizyjnym „Stawka większa niż życie”, to Pani kariera nabrała rozpędu dopiero po skończeniu 80. roku życia. To niesamowite.

Moje życie teatralne było dość aktywne. Wtedy, jeśli reżyser chciał zaangażować aktora, musiał stwierdzić, czy jest on w tym czasie wolny. Czasami nie znaleźli aktorów, musieli zmienić repertuar, co było dla nich problemem. Ja chętnie jeździłam z teatrem, bo szkoda mi było tracić tę szansę.

Wydaje mi się, że jednym z decydujących o tym momentów był ten, w którym polecono Panią Piotrowi Dumale, realizującemu film „Ederly”. Mam rację?

Byłam już wtedy na emeryturze. Z moim partnerem z tego projektu, Stanisławem Brudnym, zagrałam jeszcze później w innym filmie. Niestety, umarł w tym roku. Był wspaniałym kolegą. Bardzo miły, bardzo sympatyczny człowiek.

Jak zapamiętała Pani Pana Stanisława Brudnego?

Już zawsze będę go pamiętać. Był nie tylko dobrym aktorem, ale też bardzo pozytywną postacią, pięknym człowiekiem.

To właśnie na planie tego filmu poznała Pani Aleksandrę Popławską, która zrobiła Pani zdjęcia i… świat się Panią zachwycił. To prawda, że fala komplementów, którą z dnia na dzień została Pani zalana, była dla Pani zaskakująca?

Tak, ponieważ przede wszystkim, duet projektantów Bohoboco zaprosił mnie na spotkanie, by wyznać, że chcą zobaczyć mnie na wybiegu. Zastanawiałam się, co zrobić, ale to, co mi zaproponowali, pasowało na mnie. Jednak okazało się, że pokaz jest… pojutrze. Pomyślałam sobie, że jestem aktorką. Gdyby ktoś mi powiedział, że mam zagrać rolę modelki, starałabym się zagrać, więc… zagrałam. (śmiech)

W wieku 89 lat… nagrała Pani piosenkę z bardzo głębokim przesłaniem. Jej tytuł to „Czas nie istnieje”. Słowa do niej stworzył Jacek Cygan, a muzykę Marcin Nierubiec. Pani recytowała, a śpiewała Sandra Wasilewska. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

Wtedy bardzo zaprzyjaźniłam się z Marcinem Nierubcem. Nie była to moja pierwsza styczność z takim materiałem, albowiem już wcześniej robiłam rzeczy związane z poezją. Brałam udział w koncertach, podczas których wychodziłam przed publiczność i w akompaniamencie muzyki recytowałam poezję. Bardzo lubię poezję Ildefonsa Gałczyńskiego. Na Mazurach jest zlokalizowana Leśniczówka Pranie, w której mieści się Muzeum jego imienia. Zaproszono mnie tam. Wystąpiłam ze skrzypkiem, który mi towarzyszył. Kilka dni po tym koncercie zapytano mnie, czy mogłabym wystąpić jeszcze raz. Najpierw przyznałam, że nie mogę wystąpić, bo wszystko już powiedziałam. Organizatorka jednak mnie namówiła. Właśnie po tym drugim koncercie podeszła do mnie pani z naręczem polnych kwiatów. To było piękne. Powiedziała mi, że była też na poprzednim koncercie i zauważyła, że nie powtórzyłam ani jednego wiersza.

W listopadzie świętowała Pani 91. urodziny. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czy jest Pani szczęśliwa, odpowiedziała, że jest pogodzona z życiem. Rozwińmy proszę tę myśl.

Szczęście to jakiś rodzaj doznania. Człowiek nie jest szczęśliwy przez całe życie. Ma momenty zmartwień, niepokoju, złości. Jednak, akceptacja tego, co się z nami dzieje, powinna zawsze wygrywać. Tak jest ze mną. Nie będę ani młodsza, ani piękniejsza. Cieszę się tym, co mam.

Pani pogoda ducha, pozytywne usposobienie i energia, którą obdarowuje Pani ludzi, których spotyka, jest niesamowita i godna naśladowania. Niejeden młody człowiek nie ma tyle energii i zapału do pracy co Pani. Jak Pani to robi?

Nie mam żadnych tajemnic. Postępuję zgodnie z własnymi upodobaniami. W stosunku do ludzi staram się być uprzejma. Nadaję też kolory swoim myślom.

Nadaje Pani kolory swoim myślom. Jakie to piękne. Jakiego koloru są te dzisiejsze?

Moje myśli były skupione na naszej rozmowie. Wyobrażałam sobie, co powiedzieć, a czego nie. (śmiech) Byłam pozytywnie nastawiona.  Kolor nadziei powinien nam towarzyszyć zawsze. To nas wspomaga, daje nam siłę.

Do pewnego czasu mówiło się, że ucieka Pani w pewien sposób od nowoczesności. Dopiero w niedawnym wywiadzie dla „Vivy” wyjawiła Pani, dlaczego, mimo wielkiego postępu technologicznego, dalej posiada telefon stacjonarny.

Miałam operację głowy. Pozostały po niej ślady. Kiedy przyszłam na badania po wykonanym zabiegu, lekarz przyznał, że korzystniej byłoby, gdybym nie nadużywała komórki. Przyznam, że korzystanie z internetu i nowoczesnej komórki to moje najsłabsze punkty.

14 stycznia premierę miał teledysk do utworu „Proszę tańcz” z repertuaru Kayah i Dawida Kwiatkowskiego, z Pani udziałem. Jak doszło do tej współpracy?

Zadzwoniono do mnie z tą propozycją. Bardzo chętnie podjęłam się tej roli. Mam pełną świadomość, że z każdym rokiem będzie tych propozycji coraz mniej. Korzystam, póki starcza mi sił.

Zna Pani twórczość Dawida Kwiatkowskiego. Wokalista stoi na czele listy idoli nastolatków.

Kiedyś wzruszało mnie, kiedy śpiewał Frank Sinatra. Słucham nowoczesnej muzyki, ale różni się pokoleniowo.

Jest Pani jedną z bohaterek książki autorstwa Magdy Kuszewskiej „Wojowniczki. Jak czule zawalczyć o siebie”. Co spowodowało, że zdecydowała się Pani na udział w tym projekcie?

Magda zadzwoniła do mnie, proponując, że chciałaby porozmawiać.

Posiada Pani cechy wojowniczki?

Czasami nie. Myślę, jaki będzie tego odbiór, czy ma to jakiś sens. Każdy może czegoś dokonać w wybranej przez siebie dziedzinie.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę?

To rozmowy z kobietami. Każda jest inna. Temat jest jeden. To dowodzi, jak bogate jest życie każdego człowieka. Każdy jest ciekawą postacią.

Dziękuję za rozmowę.

google_news
Kronika Beskidzka prasa