To znane hasło w tłumaczeniu z języka angielskiego („It’s the economy, stupid!”), które wisiało w sztabie wyborczym w 1992 roku późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona. Wymyślił je strateg jego sztabu wyborczego James Carville. To pochodzące sprzed 33 lat hasło jest obecnie jak najbardziej aktualne. Powinno ono wisieć nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale w każdym biurze unijnych urzędników, zaczynając od przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen.
Już nie da się ukryć przed opinią publiczną, że Unia Europejska jest słaba gospodarczo, co też niestety przekłada się i na jej słabość militarną. Dlatego też obecny prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump może sobie pozwolić na takie, a nie inne traktowanie Unii Europejskiej. Ale tak naprawdę sami sobie jesteśmy winni zaistniałej sytuacji!
Według danych z Międzynarodowego Funduszu Walutowego w 2004 roku w Stanach Zjednoczonych wskaźnik PKB, który służy do określenia wartości wszystkich dóbr i usług wytworzonych w danym kraju w wybranym okresie czasu, był o 7 proc. wyższy niż w Unii Europejskiej. To wtedy zapowiadano wszem i wobec, że wkrótce przegonimy Stany Zjednoczone. Efekt? W 2023 roku wskaźnik PKB Stanów Zjednoczonych był wyższy już o 49 proc. od UE! A przecież w tym okresie Stany Zjednoczone nie rozwijały się w jakimś imponującym tempie. Dlatego, jak już wspominałem w poprzednich artykułach, na świecie trwa nieustający wyścig przemysłowy i gospodarczy. Tymczasem sytuacja gospodarcza Unii Europejskiej staje się, delikatnie mówiąc, coraz mniej ciekawa. Eurokratom marzy się superpaństwo, które byłoby światowym liderem.
Niestety fakty są bezlitosne i jednoznacznie pokazują, że to kolejne pobożne życzenia eurokratów. Takie jak chociażby słynna Strategia Lizbońska, czyli dokument dotyczący rozwoju dla UE, przyjęty jeszcze w marcu 2000 roku, który się nie sprawdził.
Stany Zjednoczone coraz bardziej oddalają się w rozwoju od UE, coraz bardziej zostajemy w tyle. Europejskie firmy stają się coraz mniej konkurencyjne na światowym rynku, a inwestorzy wycofują się na rynki pozaunijne. To dlatego, że ręczne sterowanie gospodarką nie jest lekarstwem na rozwiązanie problemów, a jedynie pogarsza sytuację. Trzeba to jasno i głośno wyartykułować, że UE nie potrzebuje kolejnych strategii, planów, regulacji takich jak „Zielony Ład”. To czego konkretnie potrzebuje UE, to przede wszystkim odczepienie się biurokratów od gospodarki!
Tu znamiennym przykładem są Niemcy, gdzie swojego czasu rządzący tym krajem postanowili, że stabilizatorem ich zielonej energii, zamiast elektrowni węglowych i atomowych, będzie rosyjski gaz. Ale te plany pokrzyżowała im wojna na Ukrainie. Zamiast taniego rosyjskiego gazu Niemcom przyszło kupować znacznie droższy. Ale mimo tej sytuacji niemiecki wicekanclerz oraz jednocześnie minister gospodarki i ochrony klimatu Robert Habeck z partii Zieloni, nakazał zamknąć ostatnie trzy elektrownie atomowe w Niemczech – Isar 2, Emsland i Neckarwestheim. Jaki efekt tej decyzji? To wyższe ceny energii, które mocno uderzają w niemiecki przemysł motoryzacyjny, metalowy i chemiczny, a w konsekwencji powodują bankructwa firm w iście rekordowym tempie. Znany ekonomista z Uniwersytetu w Lipsku Gunther Schnabl z nieukrywanym żalem pisze o Niemczech: „kiedyś byliśmy lokomotywą wzrostu gospodarczego, a dzisiaj jesteśmy niemal w ogonie”.
Opinie tego ekonomisty z Lipska, dyrektora instytutu polityki gospodarczej, brutalnie potwierdzają oficjalne dane z października 2024 roku. Zgodnie z nimi wskaźnik PKB w Niemczech „spadł” już drugi rok z rzędu! A przecież o panującej recesji gospodarczej mówimy wówczas, gdy spadek PKB utrzymuje się przez dwa nastę-pujące po sobie kwartały! Wspomniany już ekonomista Gunther Schnabl uważa, że na domiar złego koalicja kanclerza Niemiec Olafa Scholza jest nieobliczalna. Wskazuje, że wiele projektów lewicy okazało się niewykonalnych albo też za drogich. Ekonomista z Lipska wymienia wśród nich zamiar produkowania zielonej stali, premie na samochody elektryczne czy ustawę grzewczą, a już abstrahując od pensji obywatelskiej. Nie dość, że to bardzo drogie pomysły, to w dodatku kontrproduktywne gospodarczo. Wszystko to razem tworzy klimat zniechęcający do inwestycji w Niemczech. Dla przypomnienia niemiecka gospodarka stanowi 24 proc. spośród wszystkich gospodarek państw unijnych.
Wobec tego, co deklaruje i realizuje prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, między innymi wypowiedzenie paktu klimatycznego, jedynym i naprawdę rozsądnym działaniem unijnych władz byłaby rezygnacja z „Zielonego Ładu”. Kolejny krok to przeznaczenie środków z „Zielonego Ładu” na wsparcie europejskiego przemysłu i jego rozwój oraz na zbrojenia, co przecież logicznie się samo nasuwa wobec aktualnego zagrożenia militarnego ze strony Rosji.