Wydarzenia Cieszyn

Jak smakuje życie z Lidią Bogaczówną

fot. Lana Portrait

Z Lidią Bogaczówną, aktorką teatralną i filmową, urodzoną w Rudniku nad Sanem, red. Mariola Morcinková rozmawia o miłości do rodzinnych stron, ukochanych rodzicach i książkach, ale także produkcjach, w których aktorka wkrótce się pojawi, i tym, co skłoniło ją do założenia swojego konta na Instagramie.

W rozmowie nie brakuje pozytywnej energii, która jest znakiem rozpoznawczym Bogaczówny, a także dozy szczerości.

Optymistka, aktorka teatralna i filmowa, zakochana w Krakowie i Rudniku nad Sanem, a także osoba stawiająca pierwsze kroki na Instagramie. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza?

Wszystko się absolutnie zgadza.

O Rudniku nad Sanem mówi Pani jako o swoim miejscu na ziemi. Co ma takiego w sobie, czego nie mają inne miejscowości?

Tak naprawdę Rudnik nad Sanem ma w sobie prawdziwe życie, a to przede wszystkim natura, spokój i kontakty z ludźmi, które są tak naprawdę najważniejsze. Będąc w Rudniku, nie muszę zabiegać o to, jak wyglądam, czy ktoś mnie ocenia… Cisza i spokój tam mnie urzekają. Człowieka ciągnie do dzieciństwa.

Słyszałam, że Rudnik nad Sanem jawi się trochę jak świat Astrid Lindgren i „Dzieci z Bullerbyn”.

Dokładnie tak jest. Będąc dzieckiem, przeczytałam tę książkę kilkadziesiąt razy. Właśnie tak, jak jawi się w książce, wyobrażałam sobie swoje dzieciństwo. Nie zabrakło chodzenia po drzewach, po płotach, ale wtedy można było tak żyć. Teraz jest z tym o wiele trudniej. Wtedy była wolność, dzieci były twórcze. Nie oszukujmy się, jak zgłodniały, to przyszły. Teraz przychodzą, kiedy nie mają Wi-Fi. (śmiech)

Czy w podobnych kategoriach, jak o Rudniku nad Sanem, zdarza się Pani myśleć o Krakowie czy nawet Warszawie? A może Rudnik wygrywa z każdym innym miejscem na mapie?

Rudnik nad Sanem wygrywa z każdym innym miejscem na mapie, bo był moim początkiem, to on mnie ukształtował. Kiedy tam przyjeżdżam, czuję energię tej małej Lidzi, ciągle ją widzę, podobnie jak jej wolność i dziecięcą beztroskę. Kraków jest dla mnie drugim najważniejszym miejscem. Kiedyś myślałam, że wszystko jedno, co będę studiować, najważniejsze, by właśnie tam. Wydawało mi się, że Kraków to taki drugi Oxford, coś bardzo tajemniczego i intelektualnego. Poza tym mój tata był z Krakowa, więc w związku z tym tam też czuję się jak w domu.

Od zawsze kocha Pani książki, był czas, że ratowała im Pani życie.

Dokładnie tak było. Ratowałam życie książkom, ponieważ był taki przepis, że jeżeli książka w bibliotece nie była przez dziesięć lat wypożyczana, trzeba ją było spisać na straty i wyrzucić. Kiedyś nie można było kupować książek z taką łatwością jak teraz. Godzinami stało się w kolejkach, by którąś zdobyć, dlatego tak ważne były biblioteki. Kiedy już przeczytałam tam wszystkie, sięgnęłam po te, których nikt nie chciał, i tak uratowałam „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, „Fausta” Thomasa Manna, „Kobietę z wydm” Kobo Abe, ale co ja tam z tego zrozumiałam. (śmiech)

Jaką książkę każdy przeczytać powinien? Czego Pani w nich szuka?

Zdecydowanie „Mistrza i Małgorzatę”, „Maga” Johna Fowlesa. Genialna powieść, ale za dużo musiałabym wymienić.

Nawiązując do optymistycznego usposobienia, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu przyszło z czasem?

Tak było zawsze. Cieszę się z każdej chwili. Czasem zachwycam się czyimś uśmiechem, a innym razem tym, jak ktoś jest ubrany. Jesteśmy tu na krótko, więc smakuję każdą chwilę życia.

Gdyby miała Pani sięgnąć pamięcią do pierwszego radosnego wspomnienia z dzieciństwa, na jakie mogłoby paść?

W dzieciństwie bardzo często chorowałam. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać. Miałam chyba jakieś pięć lat, kiedy mój tata, który był marynarzem, wrócił z rejsu, przywiózł mi przepięknie ilustrowaną książkę Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. Był to dla mnie tak piękny i tajemniczy świat, że natychmiast weszłam w to bajkowe życie i w książki. Pamiętam nie tylko zachwyt nad nią, ale też jej zapach. Nie umiem korzystać z e-booków. Nie lubię tego. Mam intymny stosunek do książek, papieru i liter. Nie chcę, by ktoś narzucał mi swoją interpretację lektury. Kiedy ktoś mi ją narzuca, przekazuje też swój obraz wyobraźni. Nie o to w tym chodzi.

Jednym ze wspomnień, związanym z Pani tatą, podzieliła się Pani na Instagramie. 20 lat temu otrzymała Pani od ukochanego Tatusia pająka ze słomy i bibuły, którego skonstruowania nauczył się jako dziecko na wsi pod Tarnowem, gdzie ukrywał się razem z resztą rodziny po ucieczce z Krakowa, ponieważ dziadek był w AK. Opowiedzmy coś więcej.

Mój dziadek był wojskowym i służył w 5. Pułku Artylerii Ciężkiej na Rakowicach, a oprócz tego był instruktorem na poligonie w Włodzimierzu Wołyńskim. Szkolił wszystkie służby mundurowe w kraju — marynarzy, policjantów, żołnierzy. Po kampanii wrześniowej wylądował w AK. Babcia razem z synami musiała uciekać i zaszyła się u dalekich kuzynów w okolicach Żabna. Tata był tam do końca wojny. Z opowieści pamiętam, że jego tata, czyli mój dziadek, w nocy przychodził z partyzantami, rozmawiał z babcią, zabierał jedzenie i znikał. Tata, żyjąc w samym centrum Krakowa, w pierwszej czy drugiej klasie wylądował w wiejskiej szkole. Nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć, ale po jakimś czasie zaczęli uczyć się od siebie nawzajem. On uczył ich trochę innego języka i zachowania, a oni uczyli go wsi, obrabiania pola, a nawet robienia takich pająków. Tam miał szkołę prawdziwego życia.

Wierzy Pani w energię przedmiotów podarowanych z serca?

Absolutnie tak. Trzymam tego pająka na pamiątkę, cały czas u mnie wisi. Kiedy robiłam remont, ściągałam go z pietyzmem, by nic mu się nie stało. Wiem, że gdzieś tam jest energia taty, która się mną opiekuje.

Ta radość i pozytywna energia przydają się także w Pani zawodzie, prawda?

Tak, zwłaszcza że jestem aktorką komediową. (śmiech)

Jestem pełna podziwu, jeśli chodzi o Pani relacje z planu, które wstawia Pani na Instagramie. Dlaczego na jego założenie trzeba było tak długo czekać?

To na planie „Miłych kobiet” zostałam niejako zmuszona do założenia konta na Instagramie. Wcześniej mówiłam, że nie zrobię tego nigdy, wystarczy mi konto na Facebooku. Jeżeli nie operuje się tym mądrze, to social media kradną nam życie. Konto założyłam, promując tę właśnie produkcję, to mądry film. Zamieszczam też to, co mnie ciągle zadziwia, jak np. przygody w PKP rodem z socjalizmu, czyli „PKP nigdy nie zawozi”. (śmiech)

Z tego co pamiętam, Maurycy też długo wzbraniał się przed założeniem swojego konta.

Tak, widocznie to u nas rodzinne. (śmiech) Szkoda na to czasu. Młodzi w tej chwili żyją wirtualnie, to nie jest dobre. Zamiast patrzeć na to, ile mam followersów, wolę patrzeć na jasną stronę mocy. Tam wszystko jest sztuczne, nikt nie pokazuje siebie takim, jakim jest. Każdy siebie wybiela, chce być gwiazdą. Chciałabym, by ludzie pokazali się tam niepomalowani, rozczochrani, bez filtrów.

To właśnie Maurycego, Pani syna, oglądaliśmy na parkiecie nowego sezonu „Tańca z gwiazdami”. Został pierwszym finalistą jubileuszowej edycji, zajmując drugie miejsce. Jak to było z tańcem w jego życiu?

Na dyskotekach, zwłaszcza nad ranem, był świetny. (śmiech)

W poprzednim sezonie wystąpiła Grażyna Szapołowska, której towarzyszył Janek Kliment, w tym pojawił się Michał Kassin, który prowadził przez tę przygodę Barbarę Bursztynowicz. Zastanawiała się Pani kiedykolwiek, czy przyjęłaby propozycję udziału w „Tańcu z gwiazdami”?

Byłoby mi bardzo miło. Takie propozycje są przyjemne. Fajnie byłoby mieć zajęcia ze specjalistami od tańca. Ale nie, mam swój teatr, to mój świat. Najczęściej tańczę w sztukach albo z wnukami. Poskaczemy i to mi wystarczy do szczęścia.

Podobno, zanim została Pani aktorką, chciała zostać… marynarzem. Jak do tego doszło?

Tata był marynarzem, więc ja też chciałam nim zostać. Fascynował mnie ten świat, zachwycały mnie zapachy, które ze sobą przywoził. Kiedy raz do roku otwierał walizkę, nie pachniała komunizmem, a wszystkim tym, czego w Polsce nie było. Tam można było wyczuć zapach cytrusów, dobrych perfum, lepszego, kolorowego życia. Tęskniłam za tym otwartym światem. Za wolnością.

Co finalnie zadecydowało o wyborze aktorstwa?

Kiedy zrezygnowałam z tego, że zostanę marynarzem i dalej nie wiedziałam, co powinnam robić, byłam w klasie matematyczno-fizycznej, a tata chciał, żebym poszła studiować fizykę jądrową do Warszawy. Kiedy byłam w liceum i oglądałam „Hamleta” w Teatrze Telewizji, powiedziałam, że zagrałabym to inaczej niż jeden z aktorów. I kawałek zademonstrowałam. Wtedy zdumiona siostra powiedziała, że powinnam być aktorką, tak więc zawdzięczam to siostrze.

W tym zawodzie przecież można być każdym.

Oczywiście, że tak.

Wśród licznych produkcji, w których Pani zagrała, była m.in. „Seksmisja” i „Boże ciało”. Z którą rolą jest Pani najczęściej kojarzona?

Najczęściej jestem kojarzona z Helusią ze „Spotkania z Balladą”, czyli z tych telewizyjnych programów kabaretowych, jako że były one emitowane prawie 30 lat. Co prawda, tak się przebrałam, że mnie rodzona matka nie poznała, (śmiech), bo nie chciałam być kojarzona wyłącznie z tą rolą. Taka łatka przylega później do aktora przez całe życie.

Po czasie zaakceptowała Pani tę sytuację?

Czasami kojarzono mnie po głosie. I wystarczy. Jeśli chodzi o film, to faktycznie najczęściej jestem kojarzona z „Bożym ciałem”, nominowanym do Oscara. W „Seksmisji” miałam do zagrania jedną scenę. Byłam tuż po szkole, w ogóle nie miałam świadomości, że biorę udział w czymś wiekopomnym, a film ten okazał się przecież kultowym.

W serialu „Zatoka szpiegów” zagrała Pani Hilde Rathenau, sekretarkę Bergmana.

Wredną Niemkę, sekretarkę-donosicielkę, każda rola to ekscytujące wyzwanie.

Na dużym ekranie można Panią było ostatnio zobaczyć w filmie „Oskar, Patka i Złoto Bałtyku”. To film familijny. Co musi mieć takie kino, by podobało się dzieciom?

Takie kino powinno mieć w sobie optymizm, ale też taki rodzaj tajemnicy, którą dziecko jest w stanie śledzić i utożsamić się z nią. Główny bohater zawsze musi zwyciężyć.

Ostatnio zakończyły się zdjęcia do filmu „Miłe kobiety”, w reżyserii Jakuba Kroffty i Marii Wojtyszko. Można już coś powiedzieć?

Mam nadzieję, że to będzie bardzo ważny, kobiecy film, łamiący stereotypy, które przylgnęły do kobiet. Mówię tu przede wszystkim o tym, że kobieta w naszym społeczeństwie musi być wszechstronną bohaterką, nawet jeśli nie daje rady.

Na planie partnerowała Pani m.in. Julia Totoszko. Lubi Pani pracę z młodym pokoleniem aktorów?

Świetnie mi się pracuje. Siebie również uważam za młode pokolenie, czuję to w środku. (śmiech) Kiedy pracowałam na planie z panią Basią Wrzesińską, czułam od niej tak samo. Mimo swoich 88 lat niczym nie różniła się od Julki, mnie i innych, w swojej dziecięcej energii. Człowiek rodzi się ze starą lub młodą duszą. Kiedy rodzi się z młodą duszą, czuje się wspaniale bez względu na wiek.

Dziękuję za rozmowę.

google_news
Kronika Beskidzka prasa