Wydarzenia Bielsko-Biała Żywiec

Tragiczny lot w gęstej mgle. Jest raport końcowy Komisji

„Zodiak” stał na pasie startowym w Lipowej, choć widzialność nie przekraczała 200 m. Dwaj mężczyźni podjęli decyzję o starcie, mimo że gęsta mgła całkowicie odcinała ich od horyzontu. Maszyna wzbiła się w powietrze, ale lot trwał trzy minuty. Po krótkiej próbie walki o wysokość i nieudanej próbie powrotu na lądowisko, samolot runął pionowo na pole, a wcześniej silnik stracił moc w następstwie oblodzenia gaźnika – to główne ustalenia PKBWL. Śledztwo ws. katastrofy przejęła bielska prokuratura.

Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych opublikowała raport końcowy dotyczący tragedii, jaka rozegrała się 9 września ub. roku. Tego poranka nad Lipową i całą okolicą zalegały bardzo gęste mgły przyziemne. Warunki te nie były przypadkowe – specyficzne ukształtowanie Kotliny Żywieckiej, w połączeniu z bliskością Jeziora Żywieckiego oraz rzeki Soły, sprzyja utrzymywaniu się wilgoci przy gruncie.

Oblodzenie, brak widoczności, utrata świadomości

Brak wiatru spowodował, że widzialność w pionie wynosiła zaledwie kilkadziesiąt metrów. Były to parametry, które w lotnictwie ultralekkim kategorycznie wykluczają bezpieczne operowanie. Mimo to dwaj piloci pojawili się na lądowisku w Lipowej i wsiedli do „Zodiaka”. Celem lotu był przelot do Republiki Czeskiej, gdzie pasażer, również posiadający uprawnienia pilota, miał przejść badania lotniczo-lekarskie.

Raport wskazuje na bezpośredni związek katastrofy z decyzjami podjętymi przez załogę. Kluczowym czynnikiem był sam fakt rozpoczęcia lotu w warunkach drastycznie niższych niż minima dla lotów z widocznością (VFR). Samolot typu CH-601 nie był wyposażony w przyrządy umożliwiające pilotaż bez widoczności zewnętrznej. Piloci nie posiadali uprawnień ani umiejętności do lotów w takich warunkach.

Z ustaleń PKBWL wynika, że sytuację w powietrzu z bardzo dużym prawdopodobieństwem pogorszyło oblodzenie układu dolotowego gaźników. Przy stuprocentowej wilgotności oblodzenie o dużej intensywności występowało w każdej fazie lotu. Spowodowało to spadek mocy silnika, a załoga nie będąc w stanie przebić się w górę nad zalegającą nad lotniskiem mgłę, prawdopodobnie podjęła próbę powrotu na lądowisko.

Bez widocznego horyzontu, piloci zaczynali tracić orientację przestrzenną. Oznacza to, że ich błędnik podawał sygnały niezgodne z rzeczywistym położeniem maszyny. Samolot wszedł w głębokie przechylenie, z którego wyprowadzenie bez widoczności ziemi było praktycznie niemożliwe. Brak uszkodzeń łopat śmigła – zdaniem PKBWL – wskazuje, że tuż przed uderzeniem silnik został wyłączony przez pilotów.

Prokuratura nadal prowadzi śledztwo

Samolot uderzył w ziemię pod bardzo dużym kątem, niemal pionowo. W momencie zderzenia w zbiornikach znajdowało się około 60 l paliwa. Pożar był na tyle rozległy i gwałtowny, że szanse na przeżycie załogi było niemożliwe. Maszyna została doszczętnie zniszczona, a śmierć w katastrofie poniósł 69- i 50-latek.

Starszy z mężczyzn, właściciel samolotu, był mało doświadczonym pilotem, a jego nalot na maszynach ultralekkich szacowano na około 100 godzin. Choć posiadał „Zodiaka” od dwóch lat i znał okolice Lipowej, latał nim jedynie okazjonalnie. Jak wskazuje w raporcie PKBWL, tego dnia nie zgłosił zamiaru lotu zarządzającemu lądowiskiem, co wcześniej zawsze czynił. Z kolei pilot-pasażer w ogóle nie zaanonsował swojego przyjazdu do Lipowej, co mogło wynikać z problemowych relacji z właścicielem terenu.

Sprawę katastrofy w Lipowej wciąż badają organy ścigania. Choć początkowo czynności na miejscu wypadku wykonywała Prokuratura Rejonowa z Żywca, ze względu na stopień skomplikowania sprawy i jej międzynarodowy charakter, śledztwo przejęła Prokuratura Okręgowa w Bielsku-Białej.

BARTŁOMIEJ KAWALEC

google_news
Kronika Beskidzka prasa