Sport Cieszyn

“Trochę próbowaliśmy naśladować Paragona” – sportowa twarz cieszyńskiego rusznikarza | WYWIAD

Fot. z arch. J. Wałgi

Jerzy Wałga to znany cieszyński rzemieślnik, rusznikarz oraz radny miejski. W rozmowie z red. Michałem Cichym opowiedział o swoim kolejnym zajęciu, z jakim w życiu miał do czynienia, czyli o piłce nożnej, bo – jak się okazuje – uprawiał ten sport jako zawodnik nieistniejącego już dziś cieszyńskiego klubu.

– Proszę powiedzieć, w których latach grał Pan w piłkę w klubie?

– Pokażę coś. To jest legitymacja Klubu Sportowego Stal Cieszyn (Jerzy Wałga prezentuje legitymację, widoczną na zdjęciu obok – przyp. red.). Byłem jego członkiem od 1954 roku, czyli od 8. roku życia, choć w piłkę grałem kilka lat później, a sama legitymacja wystawiona była w 1959 roku.

– W jakiej grupie wiekowej Pan grał?

– Początkowo byliśmy trampkarzami, potem juniorami, w końcu seniorami. Ale ja dosyć wcześnie zakończyłem granie i bardziej się zainteresowałem narciarstwem. No i przyszedł też czas na rodzinę.

– Dosyć wcześnie, czyli…?

– Musiałem mieć jakieś 22 lata, bo w 1968 roku, po wojsku, już dałem sobie spokój.

– Gdzie graliście?

– Na boisku, które Celma wybudowała po II wojnie światowej za zakładami, czyli tam, gdzie dzisiaj jest stadion miejski. To było boisko wybudowane przez załogę Celmy. Dyrektorem Celmy był wtedy Bronisław Czuma i on zainicjował budowę stadionu i zadbał o nią. Stworzono też klub Stal Cieszyn. Do tamtej pory w Cieszynie był jeden klub, dzisiejszy Piast, który wtedy nazywał się Ogniwo. Tyle, że wtedy zakład jeszcze też się nie nazywał Celma, tylko M2. Był członkiem zrzeszenia „Stal”.

– Jak wtedy wyglądał „nabór”?

– Zaczęto budować osiedle ZOR. Jego gospodarzem był Jan Macura, który na swojej łące pozwolił nam zrobić boisko. No i tam, jako chłopcy, pogrywaliśmy w piłkę. Ktoś nas zauważył i zaproponował, żebyśmy z ZOR-u wszyscy przyszli do Stali. Część poszła do juniorów, bo byli starsi, część do trampkarzy. Takie zabawy młodych ludzi, po prostu. To były czasy, kiedy popularna była książka pt. „Do przerwy 0:1” Adama Bahdaja. Trochę próbowaliśmy naśladować Paragona i innych.

–  Jeszcze długo potem te postaci były naśladowane, a książka inspiracją.

– No widzi Pan, to były bardzo sympatyczne okoliczności. Zostało mi też pewne zdjęcie. Nie umiem zlokalizować go czasowo, ale to jest chyba gdzieś z 1961 roku. To wszystko chłopcy z ZOR-u. Kazik Śmigiel, Gienek Sikora, ja, Salachna, Karol Chmiel, Janek Żurek (Jerzy Wałga pokazuje kolejne zdjęcie – przyp. red.). Wtedy byliśmy juniorami.

– Widać ze zdjęcia, że silna ekipa.

– Może tak, bo jako juniorzy wygraliśmy mistrzostwo podokręgu bielskiego. Na zdjęciu nie wszyscy są. Był jeszcze dobry bramkarz, Janusz Zubek, nieżyjący już. Grał potem w Polonii Bytom. Był też Marian Tatuś, ale nie przyszedł, gdy robiliśmy to zdjęcie.

– Czyli grał Pan w Stali od 10. do 22. roku życia?

– Coś około tego. Grałem z zapałem, choć nie zaliczałem się do jakichś gwiazd piłkarskich.

– Na jakiej pozycji?

– Na prawej pomocy. Byłem praworęczny i prawonożny.

– Graliście w regularnych rozgrywkach?

– To były rozgrywki na poziomie trampkarzy podokręgu, wtedy to był podokręg Bielsko. Juniorzy grali zawsze dwie godziny przed meczem seniorów, z drużyną z tego samego klubu co seniorzy.

– Czyli graliście na boisku w miejscu dzisiejszego stadionu miejskiego?

– Tak jest. W tamtych czasach Stal Cieszyn grała w A klasie, później trafiło się jej też dostać do trzeciej ligi. Wtedy też graliśmy te przedmecze, czyli też jakby na poziomie trzeciej ligi.

– Z kim na przykład?

– Na przykład był to Dąb Katowice, BBTS z Bielska. BKS Bielsko, Iskra Pszczyna, Elektrostal Czechowice, AZS Gliwice. Drużyny ze Śląska. Dzisiaj często tych klubów już nie ma.

– Graliście z Piastem również?

– Oczywiście. To były derby Cieszyna, mecze Stali z Piastem czy wcześniej z Ogniwem.

– Piast, uporządkujmy, miał boisko tam, gdzie dziś?

– Tak. Była tam jeszcze, pamiętam, zadaszona trybuna drewniana, a Stal, jak już mówiłem, przy Celmie.

– Podobno sąsiedztwo Olzy dostarczało dodatkowych atrakcji grze na „Piaście”?

– Zdarzało się tak, że piłka wpadała do rzeki. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy wzdłuż Olzy był bronowany pas graniczny i w nim były powtykane race. Jak się na taką weszło, wystrzeliwała. Ale to było bardzo króciutko, bo właśnie między innymi chyba za sprawą sportu, uprawianego w sąsiedztwie, zrezygnowano z tej opcji, bo wiadomo, że była niebezpieczna. Ale jak piłka poleciała do Olzy, to potem pilnowali, czy gdzieś na Małej Łące się pojawi i wyciągali.

– Takie derby Cieszyna wzbudzały chyba duże emocje. Dużo było kibiców?

– Oczywiście, były potężne emocje. Nie dochodziło do bijatyk czy czegoś takiego, ale atmosfera była naprawdę waleczna, zarówno na boisku, jak i na pełnych trybunach. Na trybunach po jednej stronie siedzieli zwolennicy Piasta, po drugiej stronie sympatycy Stali.

– Były może jakieś podziały na tym tle, na przykład dzielnice za Piastem albo za Stalą?

– To było tak, że Stal to była Celma, a Piast to była elektrownia, ewentualnie Cefana. Zakłady Termika były dość uniwersalne. W nich byli zwolennicy i Piasta, i Stali oraz sportowcy z tych klubów. Bo dopiero później, w latach 60., powstał Fach i inne zakłady, i sytuacja się ustabilizowała. Jak chodzi o kluby, to był Piast, była Stal, był MKS, LZS. Tych klubów było bardzo dużo i zakłady je utrzymywały. Było to ułatwienie, w stosunku do dzisiejszych czasów. Obecnie to wszystko „wisi” na ratuszu, cały sport. Kiedyś jednak zakłady pracy łożyły na sport, na jego rozwijanie się. Stal zasilali głównie chłopcy z ZOR-u, z ulicy Kolejowej, czyli stamtąd, skąd rekrutowali się pracownicy Celmy i tam była też sympatia ulokowana za Stalą. Piast to była ul. Bobrecka, Hażlaska, odnogi Starego Miasta. Było to bardzo uzależnione od tego, gdzie rodzic pracował.

– Prof. Jan Miodek wspominał, że gdy był młodym chłopcem, wówczas częstym okrzykiem z trybun było – dziś mało zrozumiałe i dosyć zabawne- „sędzia kanarki doić”. Zapamiętał Pan jakieś częste hasła ze swoich czasów?

– Były różne hasła, okrzyki, ale konkretnych sloganów nie zapamiętałem, raczej nie było takich stałych. Ciekawostką było to, że Piast miał co tydzień wywieszane, kto będzie brał udział w meczu pierwszej drużyny i seniorów, i juniorów. Te nazwiska były w gablocie na dzisiejszej siedzibie dyrekcji PSS. Stal z kolei miała swoją gablotkę pod ratuszem. No i młodzi chłopcy lecieli patrzeć, czy wystawił ich trener do meczu czy nie. Swego rodzaju gospodarzem w Stali Cieszyn był Karol Pilch. Mieszkał przy boisku i pamiętam, że zawsze chodził z kosiarką ręczną, taką wózkową i kosił murawę boiska, żeby była równiutka.

– Jaką piłką graliście?

– Pamiętam czasy, kiedy były jeszcze takie piłki, że wkładało się dętkę do środka i zasznurowywało ten otwór. Jak się dostało taką futbolówką w głowę, tym sznurowanym, a były to piłki skórzane, do tego czasem mokre, to było bardzo bolesne. To była waga chyba nawet do 3 kilogramów, gdy się nasączyła. Potem zaczęli smarować futbolówki parafiną, żeby nie chłonęły wilgoci.

– A pozostały sprzęt?

– Buty były też zupełnie inne. Był pan Kukuczka, szewc, który wykonywał naprawy obuwia. Nie było korków w bucie, tak jak dzisiaj są wkręcane albo w całości, tylko to były skórzane krążki, zbijane, sklejane i przybijane do zelówki. Forma tego buta była zupełnie inna niż dzisiaj. Dzisiaj są takie, że nawet się za bardzo nie czuje, co jest na nogach. Przód buta był bardzo okrągły. Żeby podbić piłkę trzeba było bardzo umiejętnie do niej podejść.

– Stroje dostawaliście?

– Tak, to wszystko zabezpieczał zakład. Treningowe również. Oczywiście na mecze te stroje były ładnie odprasowane, ale na treningi czyste, świeże, ale – powiedzmy – lekko już przetarte.

– Mieliście swoje barwy strojów?

– Nie. Przynajmniej nie w takim sensie jak dzisiaj, że są to barwy klubowe. To były jednak inne czasy. Było dogadywane, gdy przyjechała jakaś drużyna, żeby zawodnicy nie grali w takich samych strojach. Uzgadniało się, żeby piłkarze się odróżniali.

– Jeździliście na obozy?

– Tak. W Stali Cieszyn było o tyle dobrze, że Celma miała kilka ośrodków wypoczynkowych. Miała ośrodek nad morzem w Dąbkach, miała w Ustroniu Dobce ośrodek kempingowy. Wyjeżdżało się na takie jakby treningi kondycyjne.

– Czyli bywaliście nad morzem też?

– Też. Skoro przy takich sprawach jesteśmy, to powiem, że dla nas, juniorów i młodszych, też było atrakcją, że po każdym treningu szliśmy do baru mlecznego przy ulicy Szersznika, gdzie czekało na nas kakao i bułka z masłem. Nad morzem, w Dąbkach, wracając do pytania, to był ośrodek wczasowy, który powstał na przełomie lat 50. i 60. Bardzo fajny ośrodek jak na tamte czasy, z kempingami z bezpośrednim dostępem do morza. Potem to wszystko zostało sprzedane, nie zostało z tego nic.

– Przybliżmy nieco Czytelnikom realia tamtych lat. Czy gdyby nie grał Pan w piłkę, byłaby swobodna możliwość wyjazdu nad morze?

– Tak. Ja przyszedłem jako uczeń do Celmy w 1960 roku. Uczniowie mieli zniżki, jeśli chcieli jechać do Dąbek. Było to w zasięgu młodego człowieka, ale trzeba powiedzieć, że zakład pomagał bardzo. Wcześniej też byłem z ojcem nad morzem. Pociąg tam wtedy jechał 24 godziny, z Bielska czy z Katowic. Jak się jeździło na kolonie, to był podstawiany specjalny pociąg w Bielsku i autobusem czy ciężarówką nas zawozili na ten pociąg. Tam nas załadowali i w Koszalinie wysiadaliśmy. To były specjalne pociągi wczasowe. To były lokomotywy parowe wtedy, nie? W latach 50. wtedy nie było jeszcze elektrycznych pociągów. Bywało tak, że w szczerym polu kilka godzin czekaliśmy aż przejedzie pociąg z ważnym transportem.

– Zaczął Pan grać akurat w piłkę, bo ona się podobała czy trafiła się akurat taka okazja?

– Była wśród chłopców taka moda, a też za bardzo nie było wtedy innych sportów, tak powszechnie dostępnych, o których by taki młody chłopak wiedział. Dopiero potem bardziej pochłonęło mnie narciarstwo, a to tylko dlatego, że Celma kupiła małe schronisko w bacówce na Małym Stożku, gdzie potem organizowaliśmy kursy narciarskie. Tam też mieliśmy sekcję narciarską Celmy, bardzo prężną. Za bardzo nie było alternatywy, innego uprawiania sportu, albo piłka noża, albo siatkówka, ewentualnie lekkoatletyka. Do lekkoatletyki to już trzeba rzeczywiście mieć jakieś predyspozycje, chociaż w tamtych czasach było trochę zawodników wybitnych. Na przykład Wiktor Biesok był dobrym skoczkiem wzwyż, było trochę sprinterów, jak Jurek Antonik czy Jadzia Kolrycz w biegu na 400 metrów. Było trochę tych zawodników, którzy nawet na olimpiadę wyjeżdżali.

– Te sekcje to chyba dla Cieszyna typowe?

– Na to wygląda. Z tego, co ojciec mi opowiadał, to przed wojną tak samo były silne sekcje, właśnie piłki nożnej i hokeja na lodzie. Był słynny pan Huta, który mieszkał tutaj naprzeciwko mojego obecnego zakładu, Nowotarski. To są wszystko nazwiska, które wśród starszych cieszyniaków funkcjonują już od wielu dziesiątek lat.

– Potwierdzam, a właściwie potwierdzali starsi krewni, wspominając z tamtych lat skandowany okrzyk „Huta z lodu”.

– No widzi Pan. Byli też bracia Krupowie, bardzo dobrzy piłkarze i hokeiści, część z nich wyjechała do Stanów Zjednoczonych. To są wszystko takie nazwiska osób, które rzeczywiście w Cieszynie jako sportowcy zaistniały.

– Czy bycie wtedy piłkarzem, nawet juniorem, to był prestiż, coś wyjątkowego, powód do dumy?

– Gdy chodziłem do szkoły zawodowej, to na trening mnie zwalniano, przez co się czułem dowartościowany, że nie muszę się prosić, pisać usprawiedliwień, tylko automatycznie idę na trening.

– Skąd braliście wtedy piłkarskie przykłady, wzorce, gdy telewizja nie była jeszcze powszechnie dostępna?

– Między innymi stąd, że działacze załatwiali różnego rodzaju spotkania. Był taki okres, chyba to był 1962 rok, kiedy jeździliśmy na treningi do podokręgu, gdzie przyjeżdżał też Włodzimierz Lubański, Zygfryd Szołtysik, Kowalski, to były moje roczniki. Oni już wtedy byli znanymi chłopakami na Górnym Śląsku, pierwszoligowcami. Mieliśmy kogo podpatrywać i mieliśmy też satysfakcję, że się ich spotykało. Kilka lat później był Lubański. Wiadomo, że był to piłkarz numer jeden w kraju. Piłkarz wybitny, wielkiej kultury osobistej.

– Kto był wtedy trenerem w Stali?

– Był taki dobry trener z Czech, Karol Łabaj. Potem był Tadeusz Geiger, były piłkarz. Dobrym trenerem był Wincenty Huczała, był Janiszewski. To byli trenerzy seniorów, ale wspomagali też prowadzącego juniorów.

– W tej drużynie głównej, seniorów, kto wtedy był najlepszy, wybijający się?

– Zależy w jakim okresie. Był do dzisiaj żyjący Fryderyk Podgórski, bardzo dobry piłkarz, był obrońca Staszko. Andrzej Kasperlik, bardzo dobry obrońca, też żyje. Był Władek Pilarczyk, pamiętam, bardzo szybki, skrzydłowy. Szybkim skrzydłowym był też Władysław Kwiczala. Bramkarze byli też wspaniali, Ryszard Sarga, Stanisław Sowa. Tu mówimy o zawodnikach Stali Cieszyn. Piast też miał swoich orłów jak Leszek Szczygieł, Krupowie, był też legendarny Erwin Moskosz. Straszliwie celne i silne miał strzały. Potrafił bramkarza wrzucić do bramki. Do dzisiejszego dnia pamiętam też braci Henryka i Adama Kostorzów. Wnuk tego pierwszego gra obecnie w holenderskim klubie NAC Breda. Wracając jeszcze do Stali, w latach 1960/70, wybijającymi się piłkarzami byli: Fryderyk Podgórski, Andrzej Kasperlik, Stanisław Baron, Antoni Gancarczyk. Zostali w świadomości wielu cieszyniaków do dziś…

– Któryś klub był wyraźnie lepszy?

– To się wahało. Raz lepszy był Piast, raz Stal, ale rywalizacja była zawsze w miarę wyrównana.

– Piłka nożna w Panu została jako pasja?

– Z całą pewnością sport był i jest w moim życiu bardzo istotną sprawą, dlatego że zawsze się interesowałem sportem, szczególnie sportami sympatycznymi, jak na przykład tenisem, gdzie jest bezpośrednia rywalizacja. Jestem pasjonatem wielu dyscyplin, piłki też. Szkoda, że nasz hokej w Cieszynie teraz jest taki dość na skromnym poziomie. Były czasy, że było lepiej. Z Piasta paru zawodników poszło też grać wyżej. Na przykład do Baildonu Katowice poszedł grać, jak my go nazywaliśmy, Hainrich Święty, dobry hokeista, nieżyjący już.

– W piłce komuś Pan szczególnie kibicował?

– Ja byłem zawsze zwolennikiem Górnika Zabrze. To był dla mnie podstawowy klub. W hokeju kibicowałem klubowi KTH Krynica. Oni byli tacy bardzo sympatyczni. Z tego, co mi opowiadano, to były takie czasy, że jak cieszyńscy hokeiści grali w pierwszej lidze, to w Cieszynie płyta lodowa była nawet do maja. To dlatego, że lodomistrzem był pan Niedoba i on w trakcie zimy wylewał płytę do grubości nawet jednego metra, co potem powoli schodziło. Mieliśmy dobre szkoły tworzenia atmosfery wokół hokeja. To było lodowisko przy dzisiejszej ul. Sarkandra. Tam wodę mogli pobierać bezpośrednio z Bobrówki. Szukało się prostych możliwości i rozwiązań, bo przecież finanse były skromne. Odnośnie tego lodowiska mam na myśli głównie lata 70.

– W jaki to sposób potem zajął się Pan narciarstwem?

– W roku 1977 założyłem warsztat naprawy sprzętu sportowego i ślusarstwa artystycznego. Byłem jednym z pierwszych w Polsce serwismenów narciarstwa. Przykręcało się wiązania, ostrzyło narty. Byłem autoryzowany przez wiele znanych firm. Wiele robót robiło się też pro bono.

– Bycie piłkarzem było ważnym tematem w Pana życiu czy jedną z bardzo wielu spraw?

– Z dzisiejszego punktu widzenia był to okres, kiedy człowiek poznał dużo fajnych kolegów. Był wspólny cel. Była też minimalna rywalizacja, bo dostać się do drużyny nie było tak łatwo, trzeba było się czymś wykazać. Przyjaźnie trwają do dziś, oczywiście z kolegami, którzy jeszcze zostali.

– Czyli futbol to przyjaźnie?

– Tak. Szczerze przyznam, że nie pamiętam za bardzo konfliktów. Chyba ich nie było. Nasze podejście do życia było bardzo harcerskie.

Fo. Michał Cichy

google_news