Wydarzenia Cieszyn

Ważne jest dobre sąsiedztwo

Fot. Archiwum Joanny Wowrzeczki.

W niedzielę, 29 grudnia, krótko po godz. 4.00 rano, doszło do wybuchu, pożaru i zawalenia się kamienicy przy ul. Głębokiej 32 w Cieszynie. Po katastrofie pomocą otoczono trzynaście rodzin. Wśród poszkodowanych znalazła się m.in. Joanna Wowrzeczka.

Socjolożka, wykładowczyni akademicka, działaczka społeczna, a od 2018 r. cieszyńska radna odpowiedziała na naszą prośbę i opowiedziała red. Witoldowi Kożdoniowi, jak wyglądały jej pierwsze godziny i dni po wybuchu. Radna mówi też, czy my wszyscy – jako społeczność lokalna – zdajemy egzamin w tak ekstremalnych momentach.

No więc jak zaczęła się ta historia?

Szczęśliwie… Po prostu z synem wyjechaliśmy w Góry Izerskie. Paradoksalnie dzięki temu nabraliśmy sił, by zmierzyć się ze wszystkim, co wydarzyło się później i co dzieje się nadal. Mój telefon zadzwonił natomiast o czwartej z minutami, więc wszystko musiało się dziać jeszcze wówczas, gdy sąsiedzi uciekali z mieszkań. Wtedy jeden z sąsiadów wszedł do mojego mieszkania, bo jak relacjonował, wybuch wyrwał drzwi. Szukał mnie, nie mógł znaleźć, więc zadzwonił. Później dowiedziałam się, że szukał mnie również inny sąsiad. To wspaniałe i bardzo wzruszające, choć pewnie wszyscy zrobilibyśmy to samo. Warto jednak dodać – i wiem to z relacji sąsiadki – że na schodach było wówczas ciemno, a korytarz pozostawał mocno zakurzony i zadymiony. Mieszkańcy szukali się więc albo po omacku, albo z pomocą latarek. To pokazuje, jak ważne jest dobre sąsiedztwo.

Uściślijmy jednak – bo nie wszyscy wiedzą – że mieszka Pani w kamienicy nr 34, czyli tej poniżej budynku, który runął.

W dodatku moje mieszkanie znajduje się na piętrze, na którym zieje słynna dziura, tyle że po drugiej stronie.

Mamy piątą rano 29 grudnia. Co było dalej?

Dalej był powrót do Cieszyna. Planowaliśmy go już zresztą, więc wszystko zostało jedynie trochę przyspieszone. A że pojechaliśmy z przyjaciółmi samochodem, podróż minęła bardzo sprawnie. Tyle że z Gór Izerskich jest jednak do Cieszyna kawałek drogi.

No właśnie. Jest o czym myśleć.

Faktycznie dużo myślałam, ale systemowo, bo tylko systemowe myślenie może zapewnić nam właściwe rozwiązania. Postanowiłam na przykład stworzyć społeczność, która będzie w stanie pomagać sobie nawzajem. Przyszło mi do głowy, by zbudować grupę na WhatsAppie, więc na początek zaczęliśmy się wymieniać informacjami. Jadąc zastanawialiśmy się także, co zrobić, by jak najsprawniej odnaleźć się w nowej sytuacji.

W końcu dotarła Pani do Cieszyna.

Nad Olzą było około godziny 14.00, a potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Już wtedy wiedziałam, że nie mogę wrócić do mieszkania, więc przede wszystkim musiałam zadbać, byśmy mieli gdzie się zatrzymać. I spotkała mnie niesamowita sytuacja. Okazało się bowiem, że już podczas podróży czekało na nas nowe lokum. To było wzruszające, a jednocześnie bardzo potrzebne. I tu znowu mamy opowieść o sąsiedztwie. Ale także o pomaganiu innym. O byciu dla ludzi niezależnie, czy mamy do czynienia z katastrofą czy nie. Dobro powraca i ja tego doświadczyłam. Dostałam nie tylko ciepły obiad, kołdry czy ręczniki, ale wszystko, co było potrzebne, by w najtrudniejszym momencie wylądować na miękkiej poduszce. I od razu móc myśleć o innych. Choć przyznaję, że moje myślenie o innych było trochę odwracaniem uwagi od samej siebie. Z drugiej jednak strony od razu miałam się gdzie zatrzymać, a dzięki temu, że wróciłam z gór, posiadałam przy sobie dokumenty, odzież i najpotrzebniejsze rzeczy. Czułam się wręcz luksusowo.

Przespała Pani noc z niedzieli na poniedziałek? Bo pewnie emocje łatwo nie opadły?

Rzadko koncentruję się na sobie. A wówczas najważniejsze było zdiagnozowanie, czego poszkodowani potrzebują najbardziej. I chodziło nie tylko o dobra materialne. Na przykład ważne było, by poszkodowanych nie odzierać z godności. By w ramach pomocy nie czyścić szaf, ale kupować im rzeczy nowe. I na rozwiązywaniu takich problemów upłynęły mi pierwsze dni. A przy okazji obserwowałam, jak reagujemy na tę sytuację jako obywatele. Bo okazuje się, że większość z nas nie wierzy, iż w kryzysie państwo o nas zadba.

Mieszkańcy Cieszyna nie wierzą władzy? No co Pani…

Nie chodzi o Cieszyn. To raczej ogólnopolska diagnoza. Zaufanie Polaków do instytucji jest mocno ograniczone, nawet jeżeli w różnych badaniach wychodzi, że instytucje samorządowe cieszą się największym autorytetem. Poza tym w ubiegłym roku przećwiczyliśmy to trzykrotnie. Nawiedziła nas przecież potężna wichura, potem powódź, a na finał pożar kamienicy. To były ogromne katastrofy, z którymi miasto nie jest w stanie samodzielnie sobie poradzić. Tymczasem rząd nie palił się do reakcji. Nie ma też adekwatnych rozwiązań.

Dostaliście przecież pieniądze z budżetu państwa.

To prawda, osiem tysięcy złotych od wojewody śląskiego i pięć z budżetu miasta. Przy czym tych pieniędzy nie otrzymali wszyscy poszkodowani. Bo rodziny, które mieszkają naprzeciwko zwalonej kamienicy, nie „łapią się” na zasiłek celowy, mimo że fala wybuchu uderzyła bezpośrednio w ich kamienicę, mocno dewastując ich mieszkania. Ale dla mnie czerwcowa nawałnica, wrześniowa powódź i wybuch na Głębokiej pod pewnym względem się łączą. Mianowicie, to katastrofy, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nawet jeśli wiemy, że coś się może wydarzyć, nie potrafimy przewidzieć konsekwencji. Zatem im lepsze modele działania w czasie kryzysu przygotujemy, tym bardziej będziemy bezpieczni. I to jest wyzwanie. Bo jakie wnioski wyciągnęliśmy z grudniowego wybuchu? Pierwszy dzień stycznia spędziłam z cieszyńskimi powodzianami. Rozmawialiśmy, co się wydarzyło, co zostało zrobione i co z tego wynika dla nas wszystkich. Zrobiliśmy też przegląd rowów, odpływów, studzienek Małej Łąki.

I jakie są wnioski?

Pewne jest, że zwykli cieszyniacy zachowują się wspaniale. Dzięki temu większość z nas w pierwszych dniach po wybuchu potrafiła się odnaleźć. Do tego ludzie pomagają nam nadal i wiem, że jeśli poproszę, odzew w Internecie nastąpi dosłownie w ciągu kilkunastu minut. Ale wzorcowo zachowali się również poszkodowani. Wykonywali wszelkie komendy i nakazy. Do tego nie narzucają się, nie są wścibscy, są cierpliwi. Na wysokości zadania stanęły również instytucje samorządowe, jednak najsłabszą stroną okazała się komunikacja. Jej brak między instytucjami odbija się na poszkodowanych. Na przykład dzisiaj przyszliśmy na miejsce katastrofy, żeby coś ogarnąć, ale okazało się, że „nastąpił niewłaściwy przepływ informacji” i w zasadzie zjawiliśmy się tam niepotrzebnie.

Tyle że komunikacja to sfera, która zawsze wymaga poprawy.

Zaznaczam, że stałej poprawy wymaga nie tylko kontakt na linii gmina – obywatel, ale także na linii rząd – obywatel, a także rząd – gmina. Bo, gdy ta komunikacja nie działa dobrze, mieszkańcy, przedsiębiorcy, a często i samorządowcy, zostają z poczuciem, iż są pozostawieni sami ze swymi problemami.

A propos, wiadomo już, gdzie będzie Pani mieszkała za rok albo dwa?

I tak i nie.

?

My nie słyszymy: „za rok będziecie mogli wrócić”. My słyszymy: „za rok być może będziecie mogli wrócić”. Tymczasem w naszych mieszkaniach pozostało jeszcze mnóstwo rzeczy. Mieszkania po stronie Placu Teatralnego pozostały nienaruszone. Oczywiście jest w nich brudno, śmierdzi, wiadomo, że wiele rzeczy będzie trzeba usunąć, jednak żadnych konkretów nie znamy. Na przykład ja mam tysiące książek i nie wiem, co z nimi będzie. Oczywiście przez rok wytrzymam w tymczasowym lokum. Ale dwa, trzy lata… Poza tym jak podejmować decyzje w sytuacji, gdy nic nie wiadomo. Jak się zachować, kiedy „twardych” wiadomości, pod którymi ktoś złożyłby swój podpis, zwyczajnie nie ma? Uważam, że w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, dostęp do jasnych i wiążących informacji to chyba największe wyzwanie. Do tego sytuacja kamienicy nr 34 zmienia się z każdym tygodniem. Dzisiaj wiemy, że gdy zaczęto usuwać gruz, coś zaczęło się dziać z tylną ścianą budynku, ale szczegółów nie znamy. Nie mamy więc pewności, że w ogóle wrócimy do naszych mieszkań. Mówię o kamienicy 34, bo mieszkańcy budynku nr 30 już wiedzą, że nie wrócą. Widać to zresztą gołym okiem. Kamienica nr 30 w każdej chwili może się rozpaść jak domek kart. Ale jej lokatorzy mają już jakąś wiedzę, natomiast my nie. Poza tym kamienica 34 jest administrowana przez Przedsiębiorstwo Zarządzania i Obrotu Nieruchomościami Zapon, a nie Zakład Budynków Miejskich, co też istotnie wpływa na naszą sytuację. A ja dodatkowo – podobnie jak dwoje sąsiadów – jestem właścicielką mieszkania i wzięłam na niego kredyt. Jestem więc trochę jak przedsiębiorcy, którzy nie mogą teraz handlować na ulicy Głębokiej. To zresztą znacznie szersza opowieść o tym, czym jest własność. W kryzysowych momentach zostajemy bowiem sami i słyszymy: „no cóż, to jest twoje, musisz sobie radzić”. I to także mój problem.

Pani sytuacja jest specyficzna z jeszcze jednego powodu. Jest Pani nie tylko mieszkanką, ale także radną i zarazem znaną działaczką społeczną. Zna więc pani „kulisy władzy”, a raczej codzienną pracę administracji. Zdaje sobie Pani sprawę z prawnych i finansowych ograniczeń. Stąd moje pytanie o ocenę kryzysowych procedur w Cieszynie. Sprawdziły się?

Jest mi ciężko odpowiedzieć, ponieważ nie jest tajemnicą, że często jestem wskazywana jako opozycyjna radna wobec obecnych władz miasta, choć to może dziwić, bo wydaje się, że powinniśmy realizować podobne cele. Natomiast moim zdaniem cieszyński samorząd robi tyle, ile potrafi i tyle, ile wie, że może. Nie odbieram więc włodarzom miasta poczucia, że osiągają maksimum swych możliwości. Ale czy to wystarcza? Tutaj stawiam pytajnik. Często boimy się wypowiadać krytycznie, ponieważ jest to odbierane jako atak. Ale nie o atak tutaj chodzi. Krytyczne uwagi od mieszkańców są dobre i ważne, bo tam, gdzie władza nie dociera, są mieszkańcy. Dlatego warto ich słuchać i przeprowadzić ewaluację tego, co mówią. Nie oburzać się, tylko sprawdzić i przyjąć te uwagi, bo to nie władza, ale zwykli ludzie tracą swój dorobek pod wodą, w błocie czy ogniu. Należy więc uważnie słuchać i myśleć, co da się wcielić w życie. Bo niczego bardziej nie potrzebujemy, niż sprawnych modeli działania w sytuacjach kryzysowych.

Tyle że taki wybuch jak na ul. Głębokiej wydarzył się w Cieszynie po raz pierwszy. I jest mało prawdopodobne, że powtórzy się za naszego życia.

Miejmy nadzieję, że tak nie będzie, ale nie o wybuch tu chodzi, tylko o kryzys. W sytuacjach kryzysowych zwykły mieszkaniec pozostaje z reguły z domysłami. Tak więc tym, czego ludzie potrzebują, są w dużej mierze sprawdzone wiadomości. I im ich mniej, tym więcej pojawia się konfabulacji i teorii spiskowych. Katastrofy będą się zdarzać, dlatego nie można zaniedbywać opowieści na ich temat. Bo jeżeli do tego dopuścimy, pojawią się opowieści spiskowe. A tego nikt nie chce, bo one w niczym nie pomagają. U nas w Cieszynie służby zareagowały profesjonalnie. Akcja ratunkowa przebiegła szybko i sprawnie, choć jest jeszcze element spinający. I pytanie, czy tutaj wszystko poszło zgodnie z planem? Na przykład jedna z mieszkanek, powracająca do kamienicy za zgodą jednej instytucji, nie miała zgody policji. Brak komunikacji między instytucjami naraził kobietę na ogromny stres w i tak już trudnej dla niej sytuacji.

Co teraz, ponad miesiąc po katastrofie, dzieje się w waszej kamienicy?

Teraz trzeba opróżnić strych. Strych, który w połowie jest zdemontowany. Rodzi się więc pytanie, kto to ma zrobić? Gdy o tym mówiłam, usłyszałam pretensje: „po co wstawialiście tam wasze rzeczy”. Zgadzam się, ja także trzymałam tam kartony z pamiątkami, ale sądzę że strychy trochę od tego są. Jeśli nie, zaryglujmy je. Teraz jednak trzeba go jak najszybciej opróżnić. To niby błaha sprawa, ale nie ma tam części podłogi, więc zwyczajnie może być niebezpieczne. Dlatego nie powinniśmy tego robić. Równocześnie otrzymujemy jednak komunikat, że strych ma zostać wysprzątany w ciągu paru dni. No i co mamy robić?

No właśnie…

Gdy nie ma procedur, wówczas pojawia się coś, co amerykański socjolog Robert K. Merton opisał jako innowację, czyli dobrze znane nam polskie kombinowanie. Bo kombinatorstwo w pewnych kategoriach – kiedy nie wartościujemy tego zachowania – jest innowacją, czyli sięganiem po niestandardowe rozwiązania. Ale osobiście wolałabym, byśmy w momentach kryzysów nie musieli uciekać się do takich „innowacji”, ale używali standardowych, sprawdzonych procedur. Odnosząc się zaś do naszej sytuacji, chodzi o to, żeby we współpracy z mieszkańcami opróżnieniem strychu zajęły się odpowiednio wyposażone i wyszkolone służby. To byłaby dla nas realna pomoc.

google_news