Wydarzenia Cieszyn

Między granicą a peronem. Stacja kolejowa w Zebrzydowicach we wspomnieniach komendanta

Fot. Witold Kożdoń

„Macie śliczny dworzec kolejowy. Takie słowa usłyszałem w telefonie od mieszkanki powiatu myszkowskiego, która jeszcze przed pandemią pytała, gdzie leżą Zebrzydowice. Niestety, ta pochlebna opinia o zebrzydowickim dworcu była spóźniona o kilkadziesiąt lat” – napisał do naszej redakcji Ryszard Wiśniewski.

Po transformacji ustrojowej Zebrzydowiczanin szefował policji kolejowej w Zebrzydowicach. Funkcjonariusze tej formacji odpowiadali nie tylko za porządek na samym dworcu, lecz także za bezpieczeństwo całej infrastruktury kolejowej na rozległym odcinku – od Kaczyc, przez Kończyce Małe, Zebrzydowice, Ruptawę, Moszczenicę, Jastrzębie, Bzie i Pawłowice, aż po Warszowice.

– Mając już spore doświadczenie w pracy prewencyjno-operacyjnej i będąc mieszkańcem Zebrzydowic, uważałem, że służba na PKP będzie czymś zupełnie normalnym. Jak bardzo się myliłem, okazało się dopiero później – wspomina emerytowany mundurowy.

Dworzec, który był dumą regionu

Ówczesny dworzec kolejowy w Zebrzydowicach uchodził za prawdziwą krajową perełkę. Wybudowany w połowie lat 60. XX wieku może nie zachwycał architekturą, ale jak na stację średniej wielkości był jednym z najbardziej funkcjonalnych w Polsce. W jego wnętrzu, obok siedziby zawiadowcy, mieściły się liczne komórki kolejowe, przestronna i schludna poczekalnia, z której prowadziły wejścia do boksu bagażowego, kas biletowych oraz sal restauracyjno-kawiarnianych WARS.

Działały tam również ORBIS, salon fryzjerski, poczta, kiosk RUCH-u, kwiaciarnia, a także – co w tamtych czasach było rzadkością – toalety o bardzo wysokim standardzie. Na zewnątrz znajdowały się postój TAXI, duży parking, rowerownia oraz butiki drogeryjno-odzieżowe.

Fot. Witold Kożdoń

Przed każdym przyjazdem pociągów dalekobieżnych obsługa WARS wyjeżdżała na perony specjalnymi wózkami handlowymi, tzw. separatorami gastronomicznymi. – Odprawy celne trwały stosunkowo długo, dlatego podróżni bardzo chwalili tę zebrzydowicką inicjatywę – podkreśla Ryszard Wiśniewski.

„Przemytniki” i dalekobieżne legendy

W ciągu każdej doby z Zebrzydowic wyjeżdżało wiele pociągów pasażerskich, szczególnie w kierunku południowych stolic Europy: Budapesztu, Wiednia, Pragi, Bukaresztu, a także dalej – do Stambułu, Burgas czy Warny. Składy te potocznie nazywano „Przemytnikami”.

Zaczynały bieg w Warszawie i bardzo często już w stolicy były wypełnione pasażerami do granic możliwości. – Prędzej można było wygrać na loterii, niż „załapać się” na taki pociąg w Częstochowie czy Katowicach – wspomina Ryszard Wiśniewski.

W Zebrzydowicach czasem jednak pojawiała się szansa. Po odprawach celnych zdarzało się bowiem, że część „turystów” rezygnowała z dalszej podróży, woląc wrócić do domu, niż stracić przemycane dolary czy przedmioty zakazane wywozem.

Fot. Witold Kożdoń

– Policjanci często pełnili w pociągach służbę operacyjno-prewencyjną, a służby celne regularnie ujawniały fantazyjne skrytki w sufitach i ścianach wagonów. Jeśli więc ktoś stracił towar albo gotówkę, to po co miał jechać dalej? I właśnie wtedy w Zebrzydowicach pojawiały się wolne miejsca w pociągu – tłumaczy Ryszard Wiśniewski.

Towary, które robiły interes

Najprościej było wywozić z kraju dolary i inne zachodnie waluty, choć wiązało się to z dużym ryzykiem. Znacznie „bezpieczniejsze” okazywały się upominki dla rzekomych krewnych, szczególnie gdy podróżny posiadał zaproszenie.

– Za granicą tacy „turyści” natychmiast trafiali na bazary i targowiska. A przebicie cenowe było ogromne. Przed świętami Bożego Narodzenia za świerka o wysokości około metra sprzedanego przed katedrą w Wiedniu można było przywieźć kuchenkę mikrofalową. Ogromnym wzięciem cieszyły się kremy Nivea i kryształy. Za kryształowy wazon Bohemia Crystal można było wrócić samochodem. Wprawdzie często kompletnie rozbitym, ale od czego byli polscy mechanicy? – stwierdza z uśmiechem Ryszard Wiśniewski.

Dodaje, że zebrzydowicki Urząd Celny był jednym z zaledwie dwóch w kraju, które posiadały uprawnienia do odprawy zagranicznych aut.
– Bywały więc dni, gdy kolejki do odprawy ciągnęły się od placu dworcowego aż do ul. Kochanowskiego, obok budynku Kolejowej Służby Zdrowia. Kto zna Zebrzydowice, wie, jak duża to odległość – zaznacza.

Kożuchy, maszyny do pisania i… wojska sowieckie

Gdy minęła moda na koszule non- iron i ortalionowe płaszcze, nastał czas kożuchów. Prym wiodły te tureckie – lekkie, eleganckie i bardzo drogie.

– Nawet dziś ich cena potrafi sięgać tysiąca euro. Jedyną wadą było to, że nie były szyte lecz klejone, w przeciwieństwie do naszych z Nowego Targu – wyjaśnia Zebrzydowiczanin.

Przez pewien czas nastała też moda na sprowadzanie do kraju… maszyn do pisania. Kupowali je głównie studenci, którzy musieli pisać prace dyplomowe i magisterskie. I bardziej opłacało się im się sprowadzić maszynę z zagranicy niż zlecać napisanie zawodowej maszynistce. – Przywożono więc małe, podręczne maszyny na zamówienie lub na bazary. Na takiej inwestycji nie można było stracić, ponieważ po napisaniu pracy dyplomowej można było odsprzedać maszynę i to z nawiązką – przekonuje Ryszard Wiśniewski.

Fot. Witold Kożdoń

W 1990 r. wycofywano z Czechosłowacji wojska sowieckie. Jeden z ewakuowanych oddziałów przez pewien czas stacjonował w eszelonach na zebrzydowickich bocznicach, ponieważ Sowieci nie byli przygotowani do tej operacji. Jednostka znad Piotrówki była przeznaczona do przerzutu za Ural, ale czekała, ponieważ tamtejsza baza pozostawała zupełnie nieprzygotowana na przyjęcie żołnierzy.

– Ponoć stawiali tam dopiero baraki. Jeden z oficerów, lejtnant, namawiał mnie wtedy do wymiany mojego kożucha na kamerę filmową. Obawiałem się jednak, czy została legalnie zakupiona. Dopiero później dowiedziałem się, że oficerowie mieli fundusze na legalne zakupy. Zima minęła więc, a kożuch przez kolejne lata służył mi w ogrodzie jako strach na wróble – żartuje.

Spirytus Royal i skutki reglamentacji

W latach przełomu ogromną popularnością cieszył się przemycany spirytus Royal – techniczny etanol sprzedawany w litrowych, plastikowych butelkach.

– Trzeba jednak przyznać, że miał bardzo ładną etykietę. Na zebrzydowickiej stacji przemytnicy bali się go sprzedawać, bo działało tam wiele służb, ale przy targowiskach w Cieszynie i Jastrzębiu można było go zamówić i to nawet w dużych ilościach, na wesela i inne okazje. Choć był szkodliwy, chętnych nie brakowało, zwłaszcza że do połowy 1989 roku alkohol w Polsce był reglamentowany – przypomina Ryszard Wiśniewski i dodaje, że pewnego razu zagadnął dwóch mężczyzn, którzy kręcili się po zebrzydowickim dworcu, próbując nawiązać kontakt z przemytnikami. – Ponoć przyjechali aż z Sandomierza, a twierdzili, że potrzebują spirytus na wesele. Na naszą sugestię, że jest trujący, odparli, iż wystarczy go rozcieńczyć z wodą w stosunku jeden do jednego i nic się gościom nie stanie – relacjonuje.

Mroczna strona kolejowego handlu

Z Zebrzydowic, po przeprowadzeniu odpraw celno-weterynaryjnych, przez lata masowo wywożono koleją do Europy zwierzęta rzeźne. Jak relacjonuje Ryszard Wiśniewski, konwojentom – formalnie opiekunom zwierząt jadącym w transportach międzynarodowych – wypłacano diety służbowe w dolarach. W praktyce funkcję tę bardzo często pełnili jednak pracownicy handlu zagranicznego, którzy nie mieli żadnego przygotowania ani doświadczenia w obsłudze żywych zwierząt. – Zdarzało się, że bali się nawet wejść do wagonów, nie mówiąc o karmieniu czy pojeniu zwierząt – stwierdza.

Z czasem przewóz zwierząt wagonami kolejowymi zaczęto stopniowo zastępować transportem samochodowym. Przy tym wywózka dotyczyła nie tylko zwierząt pochodzących z Polski. Do Zebrzydowic regularnie trafiały transporty tranzytowe z Litwy, Białorusi czy Ukrainy. Niestety warunki przewozu na długich dystansach były często dramatyczne. Ścieśnione w przyczepach zwierzęta pokonywały setki kilometrów, pozbawione często odpowiedniego dostępu do wody i paszy. Skutkiem były liczne padnięcia jeszcze przed dotarciem do celu. Te, które przeżyły, nierzadko niedożywione i odwodnione, wyruszały w dalszą wielogodzinną drogę – m.in. do Włoch czy Turcji.

Jak podkreśla Ryszard Wiśniewski, skala i charakter tych praktyk były szczegółowo opisywane zarówno dokumentach pokontrolnych służb sanitarno-weterynaryjnych, a także w raportach takich organizacji jak Viva! To właśnie tam znajdowały się precyzyjne opisy realiów transportu zwierząt, który przez lata pozostawał jednym z najbardziej „ciemnych i wstydliwych praktyk międzynarodowego handlu, jaki odbywał się na zebrzydowickim węźle kolejowym”.

Kolejowy kolos

Kolejowy kompleks w Zebrzydowicach to nie tylko dworzec i perony. Według różnych wyliczeń pracowało tam ponad 5 tys. osób: w parowozowni, Agrospedzie, serwisach, zakładach oraz halach napraw i przeglądów, hotelu kolejowym, administracji, służbach weterynaryjnych, wojsku, policji i SOK. Tymczasem stan etatowy jednostki policyjnej był skromny. Zebrzydowiccy policjanci byli doświadczeni i mieli dobre rozeznanie struktur kolejowych, mieli jednak również sporo pracy. Zdarzały się bowiem próby kradzieży atrakcyjnych towarów z wagonów stojących na bocznicach.

Fot. Witold Kożdoń

– To był czas, gdy w Zebrzydowicach pojawiały się rzeczy niekiedy zupełnie nieznane w kraju. Wiele z takich towarów było spieniężanych już na dworcowym parkingu. A chętnych nie brakowało. Przyjeżdżali do nas ludzie od Żywca po Racibórz. Wielkim wzięciem cieszyły się na przykład kolorowe telewizory. I nikomu nie przeszkadzało, że pracowały w systemie PAL SECAM, więc trzeba je było je przerabiać na SECAM – wspomina.

Zmarnowane szanse

Zmiany następowały nieubłaganie. Po elektryfikacji linii kolejowej do Jastrzębia oczywistym stało się, że parowozownia odchodzi do przeszłości. By ją ratować, kolejarze wpadli na pomysł uruchomienia trasy turystycznej „Parowozem w góry” z Zebrzydowic do Wisły. Trasa miała prowadzić przez Jastrzębie – Pawłowice – Chybie – Skoczów – Goleszów – Ustroń do Wisły Głębce. Powrót planowano przez Goleszów – Cieszyn – Kaczyce do Zebrzydowic. Niestety kolejarskie wysiłki spełzły na niczym, a linie kolejowe do Jastrzębia i Pawłowic zostały zlikwidowane. – Po latach dawne torowisko zamieniono w Żelazny Szlak Rowerowy, a ja zastanawiam się, czy kompleks stacyjny w Zebrzydowicach nie mógł się dalej rozwijać, stając się hegemonem transportu kolejowego. Wiele osób twierdzi, że nie było odpowiedniego klimatu do rozwoju. Wykorzystały to Piotrowice koło Karwiny w Republice Czeskiej, które zaczęły się rozwijać, przejmując czynności graniczne, które wcześniej były domeną Zebrzydowic – stwierdza Ryszard Wiśniewski.

Dworzec dziś

Zdaniem Ryszarda Wiśniewskiego polityka władz doprowadziła do zamknięcia wielu połączeń kolejowych. Przez lata nie inwestowano w kolejnictwo, w efekcie dworce i przystanki zaczęły straszyć. Dopiero od kilku lat fundusze europejskie powodują ponowny rozwój.

– Na grudniowym spotkaniu mieszkańców z wykonawcą modernizacji magistrali kolejowej do Zebrzydowic dowiedzieliśmy się jednak, że będący w opłakanym stanie budynek naszego dworca nie będzie remontowany. Nie wiadomo, czy zostanie zaadaptowany, rozebrany czy utrzymywany przez gminę – stwierdza Ryszard Wiśniewski.

Zaskoczenie wzbudził też projekt tunelu pod peronami od ul. Kochanowskiego. – Tam nie przewidziano żadnego zaplecza parkingowego, tymczasem mieszkańcy okolicznych sołectw oraz sąsiednich gmin, m.in. miasta Jastrzębie, muszą korzystać z parkingu. Kto więc będzie wsiadał od ul. Kochanowskiego? Sam w 2025 r. kilkakrotnie podróżowałem koleją i zawsze przyjeżdżałem na dworzec samochodem – stwierdza Ryszard Wiśniewski.

Zebrzydowiczanin przypomina przy tym, że plany budowy tunelu opracowano już w latach 60. ubiegłego wieku, kiedy oddawano do użytku obecny gmach dworcowy. Projektu nigdy jednak nie zrealizowano. – Nie wiem, czy w planach był ujęty także parking przy ul. Kochanowskiego, jednak czas pokaże czy stacja Zebrzydowice po ukończeniu obecnej inwestycji wróci choćby częściowo do dawnej świetności – podsumowuje Ryszard Wiśniewski.

google_news
Kronika Beskidzka prasa