Piszczałka wystrugana z czarnego bzu, dudka zrobiona z trzciny, gwizdek ze znalezionej w lesie kości zwierzęcej. Te i wiele innych instrumentów wykonuje w swojej pracowni Sylwester Białas – mieszkający w Bielsku-Białej twórca ludowy, miłośnik natury, Beskidów, muzyki i tradycji.
Sylwkowa dudka to majstersztyk. Podłużny instrument oprawiony jest z jednej strony miniaturową rzeźbą głowy barana z jednym rogiem. – To na pamiątkę opowieści mojego wuja Stefana o walce dwóch baranów. A wygrał ją wbrew pozorom ten, który miał tylko jeden róg – wspomina Bielszczanin. Na drugim końcu dudki znalazła się muszla ślimaka winniczka, spełniająca funkcję czary głosowej. Dzięki niej dźwięk dudki jest naprawdę głośny. Sylwek udowadnia to, dmuchając w instrument i tańcząc palcami po „przebierce”, czyli rzędzie dziurek. Rzeczywiście, tradycyjna melodia niesie się daleko.
Zupełnie inny charakter ma dźwięk, który muzyk wydobywa z orzecha-okaryny. W skorupie orzecha włoskiego Sylwek wydrążył dziurki, a do całości przytwierdził ustnik z bzu. Gdy w niego dmucha, z malutkiego instrumentu wydobywa się przytłumiony, głęboki, przyjemny dźwięk, przypominający ten, jaki wydaje okaryna z ceramiki.
Sylwek prezentuje również inne instrumenty. Są wśród nich kościana fujarka wykonana ze znalezionego piszczela kozy, gwizdek zrobiony z zęba dzika czy grzechotka, która powstała po napełnieniu skorupy orzecha wysuszonymi pestkami jabłek.

Ale instrumenty tworzy również sama natura. – Tu są skorupki orzecha włoskiego i laskowego wygryzione przez myszy – pokazuje Sylwek, po czym dmucha umiejętnie w otwory, wydobywając dźwięk podobny do wiatru. Niemal gotowymi instrumentami są także rdest, łodygi mleczy czy kłosy żyta. – Rdest trzeba odpowiednio naciąć i przystawić do warg – tłumaczy twórca. – W przypadku mlecza albo żyta, po urwaniu łodygi jedną końcówkę trzeba zgnieść na czole, po czym dmuchać w drugą. W moich stronach, z których pochodzę, taki instrument zwany był „pierdkiem”. Natomiast instrument zrobiony z dłuższego kłosa zboża mój wujek Stefan nazywał „prućką”.
Dzieciństwo wśród pasterzy
Sylwester Białas mieszka w Bielsku-Białej od około 25 lat. Wywodzi się natomiast ze Wzgórz Opoczyńskich (rejon na północ od Gór Świętokrzyskich) i to tamtejsze tradycje go ukształtowały. – Moja mama pochodzi z Opoczna, a tata wywodził się z Ogonowic – opowiada. – Na co dzień mieszkałem w bloku, ale bywając u babci Józefy w Ogonowicach albo u wuja Stefana i innych wujków, miałem kontakt z życiem wiejskim. Patrzyłem na krowy, głaskałem psa, miałem przygodę z atakiem koguta. Na ziemi opoczyńskiej tradycje pasterskie są żywe po dziś dzień. Pamiętam z dzieciństwa, jak na błoniach było biało od zwierząt – owiec czy gęsi. Pasterze stali na pastwiskach przez cały dzień, mimo deszczu czy chłodu. Mieli wielki szacunek do ziemi i do zwierząt, bo one ich karmiły.
Przerwana ojcowska lekcja muzyki
Pradziadek Sylwka grał na skrzypcach, a ojciec, Tadeusz Białas, na harmonii. – Mój tata umarł, gdy miałem dziesięć lat – wspomina Bielszczanin. – Pamiętam, jak sadzał mnie na kolanach, kładł moje palce na harmonii i przygrywał melodię „Stary niedźwiedź mocno śpi”. Dziś myślę, że chciał mi przekazać miłość do muzyki, lecz choroba i śmierć nie pozwoliła mu na to.

Sylwek mocno podkreśla, że jest bardzo przywiązany do swoich korzeni. – To mój motor napędowy, moje paliwo. Bez tych korzeni nie byłbym tym, kim dziś jestem – zaznacza.
Z dzieciństwa pamięta również bardzo dobrze lekcje muzyki w szkole. – Bardzo lubiłem grać na trójkącie czy cymbałkach. Ale mimo to dostawałem kiepskie oceny. W mojej edukacji nie pojawił się bowiem dobry nauczyciel, który pochyliłby się nad uczniem słabszym. Paradoksalnie o mało co nie przeszedłbym do następnej klasy z powodu gry na flecie – śmieje się. – Właśnie na tym instrumencie nie umiałem grać. Nie rozumiałem tych dziurek, a żaden nauczyciel mnie w tej kwestii nie poprowadził.
Późniejszy wybór zawodu był dziełem przypadku. – Mój tata był kolejarzem, całe osiedle było kolejowe, więc większość moich kolegów również szła na kolejnictwo, do szkoły zawodowej. Poszedłem zatem i ja – wspomina. – W pierwszej klasie każdy uczeń musiał zaliczyć warsztat ślusarski, który polegał na obróbce metalu. Dzięki temu nauczyłem się prac manualnych, co dało mi podstawy do tego, co robię dziś. Natomiast z zawodu jestem elektromonterem taboru szynowego.
Janioły i grajki
Rzeźbić zaczął pod wpływem żony Moniki, która z zawodu jest snycerzem. – To dzięki niej po raz pierwszy dotknąłem dłuta. W ogóle żona to mój przewodnik po życiu – przyznaje. – Dlatego pierwsze stworzone przeze mnie dzieło podarowałem właśnie jej. Rzeźba ta przedstawia obejmującą się parę.
Tworzenie wciągnęło go bez reszty, a dziełem jego rąk stały się „Janioły”, grajki, muzykanty czy figurki Jezusa Frasobliwego. – Moim zdaniem najważniejsze w rzeźbie są oczy i uśmiech postaci – mówi. – Monika twierdzi, że moje rzeźby mają tak rozpoznawalne twarze, że bez trudu można je odróżnić od dzieł innych twórców. Charakterystyczne dla moich prac jest również to, że brakuje w nich symetrii. Ale takie właśnie lubię tworzyć. Są moje i już.
Sylwek mówi gwarą staropolską z regionu, z którego pochodzi. – Jest ona bardzo zbliżona do tej używanej w Beskidach – stwierdza.
Ręce, oczy, uszy
Z czasem pokochał tworzenie instrumentów muzycznych – tych wywodzących się z tradycji pasterskich. Z czarnego bzu wykonuje gwizdki, piszczałki i fujarki. – Ważnym budulcem jest też trzcina – podkreśla. – Trzeba oprawić ją nożem bardzo długo i delikatnie, umiejętnie wyczyścić w środku, po czym wypalić gwoździem dziurki.
Sylwek nie tylko wytwarza instrumenty, ale także je zdobi. Są to motywy roślinne, tradycyjne oraz akcenty chrześcijańskie. – Na przykład na tej fujarce sześciootworowej widnieje motyw zdobniczy pisanek opoczyńskich, w kształcie krzyża Jezusa Krysta – pokazuje. – Na fujarkach czy piszczałkach lubię też rzeźbić czy wypalać postacie grających pasterzy.

Jest rzeźbiarzem samoukiem, a tworzenie to jego wielka pasja. Miejscem, w którym uwielbia przebywać, jest jego pracownia. – To moja przestrzeń do tworzenia rzeźb i instrumentów. Natomiast narzędzia, którymi się posługuję, to przede wszystkim ręce, oczy i uszy. Nie obrabiam drewna tokarką, wszystko robię manualnie – mówi.
Dźwięki z natury i folkloru
Jego druga wielka pasja to muzyka. – Bez niej nie umiałbym żyć – przyznaje. – Codziennie albo śpiewam, albo gram. Muzyka towarzyszyła mi od dzieciństwa, choć wówczas mniej to sobie uświadamiałem. Oprócz tworzenia instrumentów, piszę także wiersze i pieśni.
Muzyka nie musi być jednak skomplikowanym układem nut. To także dźwięki pochodzące z natury, chociażby szum wiatru, który można wydobyć z wygryzionego orzecha albo pustej muszli po ślimaku. A także śpiew ptaków. – Człowiek od dawna się nim inspirował – mówi Sylwek, po czym prezentuje na gwizdku i fujarkach trele ptaków śpiewających, kukanie kukułki, pohukiwanie sowy…
Bielszczanin wygrywa również na swoich instrumentach tradycyjne melodie pasterskie. I okrasza je dawnymi przyśpiewkami z folkloru opoczyńskiego, przekazanymi mu niegdyś przez babcię Józefę. – W fujarkę się dmucha, fuja albo duje – mówi, prezentując melodie na fujarce z drewna i fujarce z kości. Choć na pozór dźwięki te brzmią podobnie, te pierwsze są bardziej stłumione, a drugie subtelniejsze.

Choć wyrósł na ziemi opoczyńskiej, jego drugim domem stały się Beskidy. – Tradycje pasterskie są w Beskidzie Śląskim i Żywieckim pięknie kultywowane. Bardzo często uczestniczę w organizowanych tu redykach pasterskich i bardzo je lubię – mówi.
Sam znalazłem wujka
Jedno z wydarzeń, podczas których Sylwek prezentował swoją twórczość, odwiedził także 8-letni Aleksander z rodzicami. Łagodny mężczyzna w kapeluszu, z brodą od razu przykuł uwagę chłopca. Tak zaczęła się ich przyjaźń. – Sam znalazłem wujka. Usłyszałem, jak gra i ta nuta podeszła mi do ucha – mówi rezolutnie mały Bielszczanin. – Też chciałbym kiedyś umieć robić takie fujarki i gwizdki – dodaje.

W niecodziennej, niszowej wręcz pasji wspierają chłopca jego rodzice – Natasza i Grzegorz. – Aleks w domu jest bardzo muzykalny, lubi słuchać i śpiewać. Ale w szkole nie potrafi sprostać wymaganiom programu nauczania. Myślę, że Sylwka i Aleksa połączyło to, że obaj zostali „odrzuceni muzycznie” przez system oświaty, mimo chęci grania – mówi tata chłopca. – Aleks lubił muzykę od maleńkości – dodaje Natasza. – W ciągu ostatniego roku, gdy Sylwek się nim zajął, syn bardzo się w tę przyjaźń zaangażował, a jego pasja do tradycyjnego muzykowania nabrała dynamizmu. Aleks chłonie tę wiedzę i jest wszystkiego ciekawy. Ostatnio, gdy chodzili z Sylwkiem po lesie i rozmawiali o graniu, syn spytał go, czy fujarka ma tożsamość. Było to pytanie bardzo dojrzałe, którym wszystkich nas zaskoczył.
Sylwek na razie nie uczy Aleksa rzeźbienia. – Z tym nie należy się spieszyć. Będę go prowadzić powolutku. Na obecnym etapie najważniejsza jest przyjaźń i wzajemne poznanie się, które dadzą podstawy do dalszego działania – mówi twórca. Z Aleksem chodzi więc na spacery po lesie i łąkach, opowiada o naturze, pasterstwie i instrumentach. I bawi się z chłopcem dmuchawcami. Bo najważniejsza jest nauka poprzez zabawę. Pokazuje też, jak grać na łodygach różnych roślin. I pozwala – jak nikomu innemu – grać na swoich fujarkach. Bo Aleks to jego przyjaciel.

Zabawa w kapelę
Sylwester Białas nie tylko kultywuje muzyczne tradycje pasterskie, ale także przekazuje swoją wiedzę i umiejętności następnym pokoleniom. – Moja babka Józefa, która była poetką ludową, powiedziała mi kiedyś: „Sylwek, dostałeś jedno życie. Z tego jednego życia daj dwa. Niech się to mnoży i darzy”. Cieszę się więc, że spotkałem takich ludzi, dzięki którym mogę edukować muzycznie dzieci.
Bielszczanin zapraszany jest często na spotkania z dziećmi w szkołach i przedszkolach. Prowadzi także warsztaty tworzenia instrumentów – w różnych placówkach czy na bielskich Błoniach. – Czasem nie są to nawet zajęcia zaplanowane, wyreżyserowane. Po prostu siadamy razem na skórach baranich i rozmawiamy, wymieniamy się doświadczeniami. Jest wesoło i takie chwile są bezcenne – opowiada. – Gdy gram, dzieci reagują spontanicznie i pozytywnie. Skaczą, klaszczą, tupią do rytmu i śpiewają. Jest to dla nich zabawa i właśnie w ten sposób staram się przekazywać im wiedzę. Na przykład bawimy się w kapelę – ktoś gra na grzechotce, ktoś inny wystukuje rytm laską, jeszcze inne dziecko klaszcze. Śpiewam im fragmenty pieśni, a one odśpiewują. Natomiast na niektórych warsztatach faktycznie instruuję, jak stworzyć jakiś prosty instrument i każde dziecko wychodzi z takich zajęć ze zrobionym przez siebie, własnym, grającym instrumentem.
Słabsze ogniwa
Swoje zajęcia Sylwek nazwał „Muzyka z patyka”. – Kiedyś coś takiego przypadkiem powiedziałem, a że się zrymowało, stwierdziłem, że będzie to hasło świetnie przemawiające do dzieci – mówi. – Gdy jadę do przedszkola, spędzam tam cały dzień i pracuję z dziećmi w małych grupach. Zawsze staram się pochylać nad słabym ogniwem. A więc nie szukam talentów, lecz dzieci, które siedzą w kącie czy ziewają. I zaczyna się moja walka o nie. Bo to też są talenty. Tylko ich jeszcze nikt nie odkrył i nie poświęcił im odpowiedniej ilości czasu.
Sylwester Białas podkreśla, że dzieci są dziś przebodźcowane i brakuje im umiejętności skupienia. – Na co dzień posługują się głównie smartfonami i niedługo nie będą umiały wbić gwoździa młotkiem czy wkręcić śrubki śrubokrętem – komentuje. – Winien jest temu między innymi system edukacji, kładący nacisk na realizację programu nauczania i dobre wyniki egzaminów. Tymczasem moim zdaniem nie powinniśmy dzieci testować, tylko więcej z nimi rozmawiać i uczyć je umiejętności praktycznych.
Najważniejsza – przyjaźń
Dobrą energię płynącą z Sylwkowego serca doskonale odbiera Aleks. Gdy jego „wujek” gra na fujarce, chłopiec wpatrzony w niego słucha, wystukując rytm na drewnianej lasce. Po chwili siadają razem na trawie, a Sylwek pokazuje, jak z łodygi mlecza zrobić „pierdka”. Na dźwięk tej nazwy chłopiec co rusz śmieje się, po czym próbuje wydobyć dźwięki z naturalnego instrumentu. Wspólne chwile na trawie nie mogą się też obejść bez rozdmuchiwania na siebie nawzajem nasion dmuchawców.
Jak żartuje Sylwek, w relacji między nim a Aleksem dwa plus dwa nie równa się cztery, lecz pięć. Bo do prostych rachunków i przekazywania wiedzy dochodzą jeszcze przyjaźń i radość ze wspólnego przebywania.







