Wigilii Łukasz Karcz nie zapomni do końca życia. Wraz z 21 kolegami spędził ją 500 metrów pod ziemią. Był trzeci dzień strajku w kopalni „Silesia” w Czechowicach-Dziedzicach.
Po nabożeństwie w pomieszczeniach związków zawodowych do protestujących zjechało trzech księży.
– Łamaliśmy się opłatkiem, śpiewaliśmy kolędy – mówi Łukasz Karcz, zastępca przodowego i kombajnista z czternastoletnim stażem w „Silesii”. – To były wzruszające chwile. Myśleliśmy, że jesteśmy twardzi, a każdy miał w oczach łzy – przyznaje.
Grzegorz Babij, przewodniczący „Solidarności” w PG „Silesia”, przekazywał strajkującym przez telefon wiadomości od rodzin. Jego głos, rozlegający się z kopalnianego głośnika, docierał do zgromadzonych pod ziemią uczestników protestu. W pewnej chwili odczytał SMS-a o treści: „Proszę przekazać mojemu mężowi, że jesteśmy razem z nim. Dla mnie jest bohaterem, a dla moich dzieci wzorem do naśladowania”.
– Nie powiedział, dla kogo jest ta wiadomość, ale ja wiedziałem, że jest dla mnie – wspomina Łukasz Karcz. Podkreśla przy tym znaczenie wsparcia, jakie otrzymał w dniach strajku od szefa zakładowej „Solidarności”.
Dwa lata na antypodach
Praca w kopalni nie była jego pierwszym wyborem. Przyszły górnik urodził się w Pewli Wielkiej koło Jeleśni. Po maturze w Zespole Szkół Mechaniczno-Elektrycznych w Żywcu w 2008 r. dwukrotnie starał się o przyjęcie do policji. – Niestety, nie miałem szczęścia – stwierdza. – Wówczas na jeden etat przypadało tam trzydziestu chętnych – zaznacza.
W czerwcu 2009 r. wyjechał do Australii. – Wujek mnie namówił – przyznaje. – Byłem u niego dwa lata w Gold Coast koło Brisbane. Pomagałem w zajęciach domowych, bo podupadał trochę na zdrowiu, podejmowałem też na miejscu różne dorywcze prace zarobkowe, zwykle w budownictwie. Miałem 21 lat i traktowałem ten wyjazd bardziej jak przygodę niż emigrację.
Po powrocie z antypodów zatrudnił się w branży budowlanej. Na kilka miesięcy wyjechał na budowę do Karpacza. Były to jednak zajęcia krótkotrwałe, a on rozglądał się za pracą na stałe. I tak w lipcu 2012 r. za namową kuzyna trafił do czechowickiej „Silesii”.
Do dziś z przejęciem opowiada o swoim pierwszym dniu pod ziemią. – Akurat tak się złożyło, że główny szyb był nieczynny – wspomina z uśmiechem. – Poszliśmy więc do szybu zastępczego. Żeby jednak się do niego dostać, schodziło się najpierw ostro w dół po kilkudziesięciu nierównych drewnianych schodach, a potem jeszcze, zgięty wpół, musiałem się przeciskać wąskim korytarzem, zewsząd lała się woda – relacjonuje.
Koledzy zastanawiali się, czy po takim „chrzcie” Łukasz Karcz przyjdzie nazajutrz do pracy. Tłumaczyli jednak, że nie powinien się zrażać, bo tu tak nie jest na co dzień, a on miał pecha i w pierwszym dniu trafił na wyjątkowo trudne warunki. – To byli fajni ludzie, bo w ogóle w kopalni fajni ludzie pracują. I mieli rację, bo następnego dnia było dużo lepiej – stwierdza.

Kopalnia jak narkotyk
Po kilku latach w „Silesii” stwierdził, że praca pod ziemią jest tym, co chce w życiu robić. – To działa jak narkotyk – przyznaje. – Były chwile, że mówiłem sobie, że to koniec, że trzeba szukać innej pracy, a później wyjeżdżałem do góry, do domu, do rodziny, na następny dzień budziłem się i jak gdyby nigdy nic znowu szedłem do roboty. Jest coś takiego w tej pracy, co pociąga. Może ten metan w powietrzu? – zastanawia się z uśmiechem.
Do trudnych momentów zalicza wypadek z początku 2017 r. – Mogło być znacznie gorzej – ocenia. – Zabezpieczaliśmy górotwór, strop nie wytrzymał i mocno się posypało. Jeden z głazów upadł mi na nogę, w efekcie miałem stłuczony staw kolanowy i na kilka miesięcy wylądowałem na chorobowym – wspomina.
Uciążliwe są też codzienne dojazdy z rodzinnego domu w Pewli Wielkiej, gdzie mieszka z żoną i dwoma synami. – Latem 2017 r. mieliśmy wziąć ślub. Przymusową przerwę w pracy wykorzystałem więc, żeby dopilnować przygotowań do wesela – opowiada. Swoją przyszłą żonę poznał cztery lata wcześniej. Anna, jego małżonka, z zawodu kosmetyczka, pochodzi z Targanic koło Andrychowa.
Kiedy Łukasz Karcz został już górnikiem, postanowił zdobywać w tym fachu kolejne szlify i piąć się w zawodowej hierarchii. – Jak już się w coś angażuję, to na sto procent – podkreśla. Pierwsze dwa lata pracował dla firmy kooperującej z PG „Silesia”. Wykorzystał ten czas, by poznać specyfikę pracy pod ziemią i wykazać się przed przełożonymi. Ukończył też kursy taśmowego i młodszego górnika. Starał się bowiem o zatrudnienie bezpośrednio przez kopalnię.
– W 2014 r. pojawiła się szansa, bo kopalnia nagle ogłosiła, że chce zatrudnić 20 osób – wspomina. – Wtedy mój kierownik, wymagający, ale bardzo życzliwy nadsztygar, oświadczył, że ja i kilku kolegów nadajemy się i powinniśmy trafić do oddziału wydobywczego, na „ścianę”, czyli do samego serca kopalni.
Już jako pracownik PG „Silesia” skończył dwuletni kurs zawodowy i zdał egzamin państwowy na górnika, a następnie zaliczył kolejno kursy: rabunkarza, sekcyjnego i kombajnisty. Podnosił kwalifikacje własnym sumptem, poświęcając na to wolny czas i godząc z codzienną pracą. Dzięki pracowitości i determinacji doszedł do szczebla zastępcy przodowego.
Zwolnienie karą za strajk?
Kiedy w nocy z 21 na 22 grudnia ubiegłego roku w „Silesii” rozpoczął się podziemny strajk, długo się nie namyślał. – Wszystko, do czego doszedłem przez lata, zawdzięczam wyrzeczeniom i ciężkiej pracy – tłumaczy, zaznaczając, że nigdy wcześniej nie brał udziału w protestach. – Nikt mi za bardzo nie pomagał. Poczułem, że teraz, kiedy ktoś mi to wszystko chce zabrać, moje miejsce jest między kolegami, którzy bronią naszych miejsc pracy – stwierdza.
Mimo że protest w kopalni „Silesia” zakończył się po ośmiu dniach podpisaniem porozumienia, które zapewniało jego uczestnikom ochronę przed konsekwencjami, miesiąc później Łukasz Karcz otrzymał wypowiedzenie. – Sądzę, że to kara za udział w proteście – uważa. – A także próba zastraszenia załogi i pokazania, że każdego da się zwolnić – dodaje z żalem.




