Zaczęło się od czerwonego fletu znalezionego przypadkiem w szkolnym pudle. Potem były pierwsze melodie wygrywane na prostych pasterskich piszczałkach, odkrywanie muzycznych dziejów rodziny, szkoła muzyczna w Żywcu, studia w Katowicach, Wiedeń i lekcje muzyki okupione pracą przy sprzątaniu oraz graniem na ulicy. Dziś Katarzyna Gacek-Duda ma w swojej kolekcji około 250 etnicznych fletów, koncertuje z artystami reprezentującymi bardzo różne gatunki, komponuje, prowadzi projekt artystyczny „Królestwo Beskidu” i jako doktor sztuki dzieli się swoją wiedzą o muzyce. A przede wszystkim pokazuje, że muzyka Beskidów nie musi być zamknięta w skansenie. Może żyć, rozwijać się, przenikać z innymi gatunkami i trafiać na największe sceny.
– Jestem góralką z Żywca – mówi bez wahania. Beskidy nie są dla niej jednak jedynie miejscem pochodzenia. Są przestrzenią, z której wyrósł jej język artystyczny. Muzyka była obecna w rodzinie od pokoleń. Dziadek Mieczysław grał na skrzypcach. W czasie okupacji Niemcy zabrali mu instrument i roztrzaskali go przy studni, przy ponadstuletnim rodzinnym domu. Grał wtedy polską, beskidzką melodię. To wydarzenie stało się dla niego traumą. Dopiero kiedy wnuczka sama zaczęła interesować się muzyką, otworzył się i zaczął opowiadać jej o tamtych czasach. Wspominał również o dawnych rzemieślnikach i rodzinie, którzy tworzyli kierpce i gunie. Babcia Genowefa pochodziła z pasterskiej rodziny, wywodzącej się z rodu, który miał nawet około 400 owiec w Cięcinie Górnej.
– Tato pracował przy straży granicznej, jego ojciec był właścicielem młyna i potężnej ilości ziem w górach świętokrzyskich, a matka grała na bębnach. U babci od strony taty grano na akordeonie i okarynach, śpiewano – opowiada.
Pierwszy flet pojawił się właściwie przypadkiem. Była mała, kiedy w szkole znalazła czerwony instrument. W szkolnym pudle znajdowały się zabawki i instrumenty perkusyjne, ale to właśnie flet przyciągnął jej uwagę. – Zwinęłam go sobie – wspomina z uśmiechem. Tak zaczęła się fascynacja, która trwa do dziś. Niedługo później pojawiły się proste pasterskie piszczałki. Lokalny rzeźbiarz potrafił niemal w kilka chwil zrobić z lipy trzy- lub czterootworowy instrument.
Całą opowieść o artystce przeczytacie w najnowszym numerze „Kroniki Beskidzkiej”, dostępnym w punktach z prasą oraz w formie e-wydania TUTAJ





