Wydarzenia Bielsko-Biała Cieszyn

Pod warstwą farby bije moje serce

Zdjęcia: Paweł Więzik

Florian Kohut, twórca legendarnej galerii „Pod Strachem Polnym” w Rudzicy, opowiada o duszy polskiego stracha i malowaniu wiatrem.

Od ponad pięćdziesięciu pięciu lat, z pędzlem w dłoni i sztalugą rozstawioną pośród beskidzkich i cieszyńskich pól, dokumentuje krajobraz, który na naszych oczach staje się historią. Florian Kohut – malarz, dla którego zwykły strach na wróble stał się metafizycznym przewodnikiem, a szum trzcin na landeckich stawach fundamentem unikalnego stylu, w świecie cyfrowych kopii wybiera trudną prawdę pleneru.

Paweł Więzik: W Pana biografii często wraca data graniczna – 14. rok życia. To wtedy, zamiast biegać z rówieśnikami młody chłopak z Rudzicy postawił na polu swoją pierwszą sztalugę. Ale to nie kwiaty czy góry przykuły Pana uwagę, a stary, słomiany strach. Co Pan w nim wtedy dostrzegł?

Florian Kohut: To nie był przypadek, to było przeznaczenie, które poniekąd zapowiedział mi mój dziadek. Pamiętam, jak zawsze powtarzał: „Rób ze mną strachy, bo to ci się w życiu przyda”. I rzeczywiście, robiliśmy je wspólnie – głównie na czereśnie, te nasze słynne żółte bielice, żeby chronić owoce przed ptakami, bo wiśni u nas wtedy nie było. Ale ten prawdziwy moment olśnienia przyszedł nieco później, gdy szedłem malować pola lnu – to był jeszcze ten czas, gdy len kwitł u nas na niebiesko. Nagle w życie zobaczyłem postać, która całkowicie mnie urzekła. To był bardzo prosty strach. Nie był nawet wypchany słomą, po prostu wisiał na patyku, miał kapelusz – u nas mówi się na to czopka – i starą marynarkę, czyli kabot. On tam stał i tak niesamowicie się kręcił na wietrze.

Dla kogoś innego to był tylko zlepek szmat, dla mnie okazał się doskonałą rzeźbą ludową, którą po prostu trzeba było się zainteresować. Zobaczyłem w nim istotę, która żyje i ma w sobie niezwykłego ducha. I właśnie o tego ducha mi chodziło. Zacząłem z nim, w pewnym sensie, rozmawiać, choć brzmi to może osobliwie. Pytałem go: po co tu stoisz? kto cię zrobił? On mi oczywiście nie odpowiadał słowami, ale czułem tę cichą odpowiedź gdzieś tam z powiewów wiatru. Zrozumiałem wtedy, że muszę go tak studiować i tak malować, żeby pod warstwą farby uchwycić nie tylko materię, ale właśnie tego ducha, ten wiatr, szum i powietrze. Od tamtego spotkania strach przestał być dla mnie tylko rekwizytem rolniczym, a stał się symbolem trwania i emocji zaklętych w krajobrazie.

Mówi Pan o „malowaniu wiatrem i szumem”. To brzmi poetycko, ale w praktyce malarskiej wymaga specyficznej techniki. Jak udało się Panu wypracować ten dynamiczny, niemal taneczny ruch pędzla, który sprawia, że Pana strachy ożywają?

Zanim na dobre zająłem się strachami, przez rok czy dwa moim głównym tematem były trzciny, czyli łodymy, jak to mówimy na Śląsku Cieszyńskim. Cały ten okres, gdy miałem 14-15 lat, spędziłem na stawach landeckich, studiując ich ruch. Obserwowałem, jak trzciny uginają się pod ciężarem wiatru, jak siadają na nich kolorowe ważki, jak kumkają żaby. To właśnie tam narodził się mój „łodymowy” styl – mocne, zdecydowane, grube pociągnięcie pędzla.

Kiedy staję przed płótnem, zawsze zadaję sobie pytanie: jak to namalować? jaki kolor dać? jaki ruch wykonać, żeby widz poczuł ten wiatr? To jest wieczne poszukiwanie. Ta moja „plama łodymowska” stała się fundamentem, ale wciąż nad nią pracuję. Nie mogę powiedzieć, że już ją w pełni opanowałem, ale to właśnie ona pozwala mi uchwycić ruch i powietrze. To technika, która nie bierze się z planowania, ale z nastroju chwili. W plenerze, który jest dla mnie najpiękniejszą boginią świata, nie ma miejsca na chłodną kalkulację. Trzeba się poddać energii miejsca, zamienić się w słuch i wzrok.

Przez te ponad 55 lat pracy twórczej świat wokół nas zmienił się drastycznie. Czy w dobie nowoczesnego rolnictwa i wielkich monokultur jest jeszcze miejsce dla Pana słomianych bohaterów? Czy strachy polne mają jeszcze gdzie mieszkać?

Krajobraz zmienił się nie do poznania i, niestety, tych strachów jest w naturze coraz mniej. Kiedyś, gdy dominowały małe poletka, a na roli pracowali rolnicy i chłoporobotnicy, strach był elementem obowiązkowym. Każdy gospodarz miał swojego strażnika, te strachy rodziły się wraz z wiosną. Potem przyszły PGR-y, pola stały się ogromne, a mentalność ludzi zaczęła ewoluować. Młodemu pokoleniu już się tak bardzo nie chce ich tworzyć. Dawniej ludzie żyli w znacznie ściślejszej symbiozie z przyrodą. Oni wiedzieli, że zwierząt nie należy wypędzać na siłę, że trzeba im coś zostawić do jedzenia, ale też chronić własne plony. Strach był ich zastępcą na polu – dwa skrzyżowane patyki, pion i poziom, żeby całość mogła tańczyć na wietrze. Widziałem strachy ubrane w piękne sukienki, bo dziś można je kupić za parę złotych w ciuchach używanych. Niedawno pojawiły się też strachy na stawach, mające chronić ryby przed kormoranami. To są fascynujące obiekty, bo one na wodzie tańczą bez przerwy, odbijając się w lustrze wody.

Niestety, dzisiejszy styl życia oddziela nas od tych widoków. Zasuwamy autostradami, otoczeni betonowymi murami dźwiękochłonnymi, zza których nic nie widać. Ostatnio widziałem pięknego stracha za Opolem, ale nie było jak nawrócić. Musiałbym przejechać 45 kilometrów, żeby się do niego dostać. To symbol naszych czasów – pędzimy, nie mając czasu, by dostrzec to, co ulotne i ważne.

W Pana pracach uderza jednak coś, co stoi w sprzeczności z tą melancholią – te obrazy buzują kolorami: fioletami, różami, intensywną żółcią. One nie są smutne. Czy to Pana świadoma walka z pewnym stereotypem – „szarego Polaka”?

Tak, to prawda. Często za granicą spotykałem się z opinią, że polskie strachy są smutne, bo sami Polacy ubierają się na czarno, szaro i buro. To dało mi dużo do myślenia. Ja chcę pokazać coś innego. Moje strachy mają w sobie ogromną dawkę pozytywnej energii. One nie są tylko straszydłami, one niosą emocje. Wiem od moich klientów, że te obrazy stwarzają w domach niesamowitą atmosferę. Są nawet gabinety psychologiczne, w których moje prace wiszą jako element terapeutyczny.

Ludzie opowiadają mi, że kiedy siedzą przed takim obrazem z kawą, za każdym razem odnajdują w nim coś innego. Niektórzy mają wręcz wrażenie, że te strachy się do nich uśmiechają albo ruszają na płótnie. To dla mnie dowód, że udało mi się uchwycić tę iskrę życia. Ostatnio wprowadziłem motyw stracha na rowerze. Sam dużo jeżdżę, zwłaszcza po Toskanii, ze szkicownikiem i akwarelami. Widzę tam siebie jako takiego stracha poruszającego się wśród winnic, ciągnącego wózek pełen winogron. To jest radosne, barwne i pełne słońca.

Galeria Autorska „Pod Strachem Polnym” w Rudzicy działa już od 1991 roku. Czy od początku miała to być taka przestrzeń, swoiste sanktuarium dla Pana słomianych bohaterów? Bo dziś to miejsce legendarne.

O własnej galerii marzyłem od piętnastego roku życia. Pamiętam swoją pierwszą wystawę w Grodźcu, w Klubie Prasy, Książki i Ruchu. Już wtedy zacząłem rozmyślać, co zrobić, żeby tutaj, na miejscu, stworzyć coś trwałego. Jestem „stela”, urodziłem się w Rudzicy i zawsze byłem patriotą swojej miejscowości. Chciałem ją w jakiś sposób podnieść na duchu. Inspiracja przyszła z Włoch. Mój przyjaciel pokazywał mi małe galerie w wioskach nad jeziorem Garda. Pomyślałem: „Fajnie by było, gdyby taki chłop ze Śląska Cieszyńskiego też coś takiego u siebie zrobił”.

W 1991 roku, kiedy organizowałem pierwszy „Dzień Stracha Polnego”, przeżyłem szok. Bałem się, że nikt nie przyjdzie, a pojawiły się tłumy. To wydarzenie rozrosło się na niesamowitą skalę. Dziś galeria to mój dom pracy twórczej – na górze pracownia, na dole wystawa, która, prawdę mówiąc, jest już za mała, bo obrazów wciąż przybywa. Zjeżdżają się tu ludzie z całego świata i to jest dla mnie największa nagroda.

Skoro wspomniał Pan o świecie – jak na polski, rustykalny motyw stracha reaguje publiczność za granicą? Wystawiał Pan przecież w San Remo czy na Cyprze.

Reakcje są często zaskakujące. Na Cyprze, w Galerii Sztuki Współczesnej w Nikozji, zaproszono mnie na warsztaty robienia strachów. Pojawił się jednak zabawny problem – nie było patyków ani gałęzi, bo przecież rosną tam głównie palmy! W końcu przynieśli mi jakieś wiotkie gałązki i jakoś daliśmy radę. Po wernisażu ludzie zabrali te strachy do swoich domów i trzymali je w pokojach jak wielkie dzieła sztuki.

Z kolei we Włoszech, na plantacjach winorośli, widziałem strachy bardzo podobne do naszych, tylko znacznie bardziej kolorowe. Wszędzie tam, gdzie rysuję pastelami na oczach ludzi i opowiadam o konstrukcji naszych polskich strachów, widzę wielkie zaciekawienie. To motyw, który, choć lokalny, ma w sobie coś uniwersalnego – dotyka tęsknoty za prostotą i związkiem z ziemią. Strach to przecież postać ponadnarodowa, strażnik plonów, który jest obecny w każdej kulturze, tylko u nas ma tę wyjątkową, słowiańską duszę.

Pańskie malarstwo jest bardzo fizyczne, zmysłowe. Jaki zapach ma sztuka Floriana Kohuta? Bo plener to przecież nie tylko obraz, ale cała paleta aromatów.

To zapach mojego ducha twórczego i… terpentyny. Kiedy maluję w plenerze, zwłaszcza w czerwcu czy lipcu, ten zapach przyciąga mnóstwo owadów. One po prostu lgną do świeżej farby i czasami się do niej przyklejają. Trochę mi ich żal, bo tam giną, ale zostają utrwalone na zawsze w strukturze obrazu. Miałem kiedyś klienta, który kupił obraz właśnie z tymi „pamiątkami” z pola – muchami i komarami. Powiedział mi: „Panie Kohut, to jest właśnie dowód na oryginalność, to jest zapach tej ziemi i przyrody”.

To jest dla mnie esencja pleneru – uchwycenie danej sekundy, która już nie wróci. Często powtarzam, że czas spędzony przy sztaludze to mój czas prywatny, od którego ja już krócej żyję. Każda minuta oddana płótnu to cząstka mnie. Rzecz w tym, by to moje serce uchwycić czystą farbą i podpisać się pod tym z pełną szczerością. Pod tą grubą warstwą farby naprawdę bije moje serce. Kiedyś w Kołobrzegu podszedł do mnie człowiek, którego pierwszy raz widziałem na oczy, i powiedział: „Wie pan, kiedy patrzę na pana obraz w domu, to czuję bicie pana serca”. To było tak poruszające, że aż mi łzy stanęły w oczach. To jest właśnie sens tworzenia – zostawienie tego „tętna” dla innych.

Mówi Pan o czasie, od którego Pan krócej żyje. To mocne stwierdzenie. Czy malarstwo to dla Pana rodzaj ofiary z własnego życia?

W pewnym sensie tak. Proszę spojrzeć: wczoraj zacząłem malować kwitnącą roślinę pod moim domem. Ten czas, który poświęciłem na to jedno drzewo, już mi nigdy nie wróci. Ja go „zużyłem”, żeby to piękno zostało na płótnie. Dlatego w malarstwie nie może być oszustwa. Nie można malować z fotografii, nie można kopiować cudzych pomysłów. Jeśli chcesz, żeby widz poczuł autentyzm, musisz tam być fizycznie, pocić się w słońcu, czuć ugryzienia komarów. Dopiero wtedy obraz ma prawo żyć własnym życiem. Moja żona czasem mówi, że dobraliśmy się bo oboje rozumiemy tę kulturę i pasję. To jest kluczowe. Bez wsparcia najbliższych, bez tego zrozumienia, że artysta czasem musi „zamilknąć” i wejść w swój świat, nic by nie powstało. Znałem ludzi, którzy musieli wybierać między pasją a rodziną i kończyli tragicznie – tracili ten blask w oczach. Ja miałem szczęście.

Miał Pan również szczęście spotkać na swojej drodze wielkich nauczycieli. Która z ich rad okazała się najcenniejsza?

Najbardziej cenię sobie dwie postacie. Pierwszą był Ignacy Bieniek, którego poznałem jako szesnastolatek. Nazywał mnie czule „Floruś”. Kiedy malowaliśmy wspólnie w naszych Beskidach, zwłaszcza na Równicy, powtarzał mi: „Floruś, maluj buczki! Popatrz, jakie one są powykrzywiane, jaki mają ciekawy, ciepły kolor”. Dawał mi niesamowitą, pozytywną energię. Z kolei Karol Kubala z Ustronia, z którym pracowałem w pracowni plastycznej, był mistrzem przekazu. To on nauczył mnie dyscypliny, szczególnie w akwareli. Mówił, że w tej technice rządzi woda, którą trzeba sobie podporządkować pędzlem. To wielka sztuka zapanować nad tym żywiołem. Ci dwaj artyści najbardziej na mnie wpłynęli, choć nauki pobierałem też w Państwowym Ognisku Sztuk Plastycznych w Bielsku i na wielu międzynarodowych plenerach. Do dziś zresztą szukam inspiracji u impresjonistów, na przykład w muzeach w Zurychu, gdzie analizuję ich plamy i z radością odkrywam, że są one bardzo podobne do moich.

Czy przez te wszystkie lata zdarzyło się, że strach… naprawdę Pana wystraszył? Że miał w sobie coś mrocznego, co kazało Panu cofnąć się od sztalugi?

Właściwie tylko raz miałem taką sytuację. To było jakieś trzydzieści parę lat temu. Wybraliśmy się z małżonką na stawy landeckie, żeby malować kopki siana – których dziś już u nas niestety prawie nie ma. Słońce zachodziło bardzo krwawo, było intensywnie czerwone. Myśmy sobie tam rozłożyli kocyk, serwetę, a ja malowałem pastelami. Nagle zza jednej z tych wielkich kopek wychylił się strach. Wcześniej stał w kapuście, ale widocznie się przewrócił i w tym specyficznym świetle wyglądał przerażająco realnie. Przez ułamek sekundy naprawdę się wystraszyliśmy, myśląc, że to jakiś rolnik z grabiami idzie nas przepędzić. To było tak silne uderzenie wizualne, że natychmiast go namalowałem. Ten strach na moich oczach zmieniał kolory – z czerwieni przechodził w głębokie fiolety. Sprzedałem ten obraz później w Wiśle na placu Hoffa i do dziś żałuję, że nie mam nawet jego zdjęcia. Ale mam go wciąż pod powiekami jako jeden z najpiękniejszych momentów, gdy natura mnie zaskoczyła.

Gdyby mógł Pan dziś spotkać siebie jako młodego chłopaka, który dopiero otwiera swoją pierwszą wystawę, co by mu Pan powiedział?

Powiedziałbym mu tylko jedno słowo, powtórzone trzy razy: pracować, pracować i jeszcze raz pracować! Nic samo nie przychodzi, całe życie trzeba nad sobą pracować i szukać siebie. Bardzo ważne jest też, by nie poddawać się opiniom innych, nie szukać poklasku na siłę. Do każdego nowego obrazu trzeba podchodzić osobno, tak jakby się w ogóle nie umiało malować. Każde rozpoczęcie nowego dzieła to odkrywanie czegoś zupełnie nowego. Nigdy nie wolno osiąść na laurach i powiedzieć „ja już umiem”. Malarstwo to wieczna droga. Każdy kolejny strach uczy mnie pokory wobec przyrody. Jeśli człowiek zachowa w sobie tę ciekawość dziecka, którą ja miałem na polach lnu jako czternastolatek, to zawsze będzie miał o czym opowiadać światu.

Florian Kohut – urodzony w 1958 roku w Rudzicy artysta malarz, pastelista, członek Związku Polskich Artystów Plastyków. Od 1991 roku prowadzi Galerię Autorską „Pod Strachem Polnym” w Rudzicy, która stała się centrum kultury promującym motyw stracha polnego. Dokumentalista odchodzącego krajobrazu wiejskiego, laureat licznych nagród artystycznych, w tym odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych i muzealnych na całym świecie.

google_news
Kronika Beskidzka prasa