Wydarzenia Bielsko-Biała

Pokochać, wychować, oddać…

To miała być rozmowa o niej. O mamie z urzędu. O tym, jak to jest wychowywać cudze dzieci, a później się z nimi rozstawać. Ale w tle tej opowieści przewijał się wciąż mały Andrzejek, który rozdarł jej matczyne serce.

– To było pierwsze dziecko, które przyjęliśmy pod nasz dach w ramach zawodowej rodziny zastępczej – mówi Anna Kania z Bielska-Białej. – Z myślą o tym, że zostanie u nas aż do pełnoletności. Oboje z mężem byliśmy mocno wystraszeni i podekscytowani.

Andrzejek miał wtedy 8 miesięcy i wyglądał jak przysłowiowa kupa nieszczęścia. Tak ten lipcowy dzień dziesięć lat temu zapamiętała pani Ania. – Miał skórę, która wyglądała i w dotyku przywodziła na myśl papier – wzdycha moja rozmówczyni. – No i te oczy… Miał opadające powieki i wyglądało to tak, jakby był niepełnosprawny umysłowo. W końcu oczy to ponoć zwierciadło duszy. A jemu w te biedne oczy zajrzeć się prawie nie dało.

Ale chłopczyk był zdrowy, tyle że mocno zaniedbany. Razem z biologiczną matką, cierpiącą na nieuleczalną chorobę, mieszkał w domu samotnej matki. – To dziecko z miejsca nami zawładnęło – mówi pani Ania. – Po prostu nie dało się go nie kochać.

Mama z urodzenia

Pani Ania w ogóle kocha, jak twierdzi, wszystkie dzieci. Sama, będąc jeszcze dzieckiem wiele razy namawiała własnych rodziców, aby zabrać z domu dziecka kogoś na święta. – Dzisiaj wiem – wspomina – że to było naiwne, a rodzice mieli rację odwodząc mnie od tego i tłumacząc, że nie można być egoistą. Że przecież święta miną i dziecko będzie musiało wrócić tam, skąd przyszło. Nie można sobie takich dzieci zabierać i oddawać, jakby były maskotkami.

Ale ta niezwykła chęć pomocy obcym maluchom najwidoczniej tkwiła w niej głęboko, skoro będąc już dorosłą kobietą któregoś dnia, po rozmowie z mężem, zdecydowała, że rzuci dotychczasową pracę i zawodowo zajmie się pomaganiem dzieciom, które z różnych przyczyn nie mogą być wychowywane przez biologicznych rodziców. – To we mnie narastało latami, czułam, że to jest moja rola w życiu – wspomina dzisiaj.

Gdy klamka już zapadła, oboje z mężem zaczęli załatwiać formalności. Niemal na wyścigi, żeby całą kwestię biurokracji mieć już za sobą. Później było jeszcze odpowiednie szkolenie, no i wreszcie ten dzień, w którym zadzwonił telefon z bielskiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. – Jest dziecko do wzięcia, usłyszałam w słuchawce i serce mi zamarło – opowiada bielszczanka. – Bo nagle poczułam wątpliwości, czy my sobie z tym damy radę. Mieliśmy przecież własne dzieci.

Trudne rozstania

Andrzejek był darem od losu, można powiedzieć, bo sprawił, że pani Ania i jej mąż Roman przekonali się, że podjęli właściwą decyzję. – Utwierdziliśmy się też po jakimś czasie w przekonaniu, że chcemy pomóc w ten sposób wielu dzieciom, nie tylko jednemu – tłumaczy pani Ania. Była to odważna decyzja – Andrzejek zawładnął przecież ich sercami i już sama myśl o tym, że kiedyś trzeba go będzie oddać, jeśli znajdzie się rodzina chcąca go adoptować, przyprawiała panią Anię o zawrót głowy.

I taki dzień w końcu nadszedł. Po blisko trzech latach pobytu Andrzejka u rodziny Kaniów, przyszła wiadomość, że są ludzie, którzy chcieliby go adoptować. – Trochę to trwało, to poszukiwanie odpowiedniej rodziny, bo w Polsce nikt się nie zgłosił – tłumaczy nasza rozmówczyni. – Ale znaleźli się dobrzy ludzie w Stanach Zjednoczonych.

Kolejny rok trwały formalności i przygotowywanie malca na spotkanie z nową mamą i tatą. – To było trudne, zawsze jest – wzdycha pani Ania. – Po tych trzech, a później czterech latach Andrzejek był członkiem naszej rodziny. Byłam dla niego mamą, a nagle musiałam mu jakoś tłumaczyć, że będzie miał inną mamę. Ale udało się. Mieliśmy fachową pomoc ze strony MOPS-u i jakoś to poszło. W każdym razie nasz Andrzejek wyjeżdżał z Polski już jako obywatel USA.

Mały bielszczanin trafił do rodziny znanych prokuratorów, którzy równolegle adoptowali osieroconą dziewczynkę z Rosji. Dzisiaj chłopiec ma już prawie 10 lat, a jego historia zdążyła zagościć w lokalnej prasie amerykańskiej. – Mamy cały czas kontakt ze sobą – cieszy się pani Ania. – Piszą listy, przysyłają zdjęcia, rozmawiamy przez internet. Andrzejek jest kochany i chyba znalazł swoje szczęście w życiu. No i rzecz nie bez znaczenia – dzisiaj nie ma już problemów z powiekami. W Stanach możliwa była operacja, której w Polsce nie dało się przeprowadzić.

Zawodowe emocje

Jak to więc jest być matką zastępczą, albo wręcz zawodową, skoro w końcu jest to zawód, za który pobiera się wynagrodzenie? – Ciężki kawałek chleba, w każdym razie nie dla każdego – uważa pani Ania. – Na pewno ci, którzy się na to decydują nie mają na myśli pieniędzy. Dzisiaj jest to trzy tysiące złotych brutto za pracę 24 godziny na dobę, więc nawet nie ma co przeliczać na godziny. Nie czuję się przy tym jakaś wyjątkowa, po prostu kocham to robić i mogę, bo mam warunki. Ale człowieka rozkładają te rozstania.

W ciągu dziesięciu lat przez dom pani Ani przewinęło się dziewięcioro dzieci w wieku od kilku miesięcy do kilkunastu lat. Każde z nich było częścią rodziny średnio przez dwa lata, po to, by później trafić do rodzin adopcyjnych, bądź powrócić do rodziców biologicznych. – Tak naprawdę to jest to ciągła huśtawka emocjonalna, bo o trudach zwykłego wychowania nie wspomnę – twierdzi bielszczanka. – Dzieci chodzą do przedszkola, szkoły, chorują, kłócą się, jak wszędzie. I nagle znikają, a pojawiają się nowe…

12
Skomentuj

avatar
4 Komentarzy
8 Odpowiedzi
0 Śledzących
 
Najwięcej odpowiedzi
Najgorętsze komentarze
12 Komentarzy
MkIwoIwoHermenegildaBunia Ostatnio komentujący
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bunia
Gość
Bunia

tyle dzieci w domach dziecka a akurat zabrali go z rodzinnego domu dziecka. andrzejek na bank ma traume szkoda chlopa

Iwo
Gość
Iwo

Kazde dziecko pragnie milosci i mamy i taty ciocia jest na chwile😊

Reni
Gość
Reni

To jest straszne. Takie z rąk do rąk. Przekazywanie dziecka.
Wychowywać dziecko 3 lata a później je oddać.
Tak nie powinno być. 🙁
Jeśli już dziecko trafia do jakiejś rodziny to tam powinno zostać.
Z tą mamą, którą już poznał, pokochał.
Serce boli 🙁

Hermenegilda
Gość
Hermenegilda

“Mieliśmy przecież własne dzieci”- ile? Jeśli pani Anna mówi, że była na początku myśl, że Andrzejek zostanie do pełnoletności – nie jest jasne dlaczego był wysunięty do adoptowania już po może 2 latach opiekowania się.

ANDZIA
Gość
ANDZIA

Ano dlatego, że rodzinna forma opieki nad dzieckiem, jest zgodnie z obecną ustawą tymczasowa. Co oznacza, że dziecko może wrócić do rodziców biologicznych lub jeśli jest wolnie prawnie, zostać adoptowane. Nie każdy rodzic zastępczy chce adoptować i nie musi, a powody są różne.

Hermenegilda
Gość
Hermenegilda

Zgoda z ustawą, ja zwracam uwagę na niekonsekwencję wypowiedzi. Andrzejek był wyjątkowy i bardzo kochany.

Iwo
Gość
Iwo

Myślę ze nikt kto nie jest RZ nie jest w stanie pojac co robimy, dlaczego, zawsze chcemy dobra dziecka mie naszego😊a dla dziecka zawsze najlepsza jestama i tata nie zawsze biologiczna ta z serca tez potrafi bardzo kochać.

Mk
Gość
Mk

Drodzy Państwo jestem mamą adopcyjna i nasze maluchy też przebywały w takiej kochającej rodzinie – to ogromny dar, dzieci dzięki takim ludziom potrafią zaakceptować i pokochać nowych rodziców. A czemu dwa lata? Dzieci musza mieć uregulowana sytuację prawną. My na zwykla sprawę adopcyjna czekamy 8 miesięcy, a co dopiero w sytuacji jak sąd musi podjąć trudne decyzje! Ogromny szacunek dla Państwa, bo praca jest bardzo ciężka, i osoby które nie miały do czynienia z dziećmi z traumami i innymi ciężkimi historiami pewnie nigdy tego nie docenia 😁

Pola
Gość
Pola

Czemu pani wysłał dla chłopczyka do innych państwach. Bo andrzejek będzie smutnych i będzie płaczać bez ciebie i rodzeństwo . Wszystkie polsce nie wysyłają do innych państwach . Adopcji dzieci.

PAULA
Gość
PAULA

To nie było dziecko tej Pani, i nie miała wyboru.

Kasia
Gość
Kasia

Poluniu nie martw się. On jest szczęśliwy nie pojechał by tam gdyby to było dla niego nie dobre. Jego nowa mamusia i tatuś dali mu dużo miłości i jest z nimi szczęśliwy. Czasem tak jest że trzeba coś zmienić żeby było lepiej. Masz dobre serduszko ale uważaj na to co czytasz w internecie nie wszystko jest dla dzieci. Pozdrawiam Cie cieplutko.

Ania
Gość
Ania

Pola, ta Pani nie wysłała dziecka do adopcji. Takie orzeczenie wydaje sąd na wniosek kandydatów na rodzinę adopcyjną oraz opinii ośrodka adopcyjnego.