Wydarzenia Bielsko-Biała Cieszyn

Porodówki w regionie pod lupą. Gdzie w tym wszystkim jest pacjentka?

W 2026 roku Stowarzyszenie Tulimy Mamy z Cieszyna ponownie przygląda się porodówkom w regionie. W ramach działań strażniczych organizacja analizuje funkcjonowanie oddziałów w Szpitalu Śląskim w Cieszynie, Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej oraz Szpitalu Specjalistycznym nr 2 w Jastrzębiu-Zdroju. To nie jest klasyczna kontrola. To próba odpowiedzi na pytanie, jak naprawdę wygląda opieka okołoporodowa – widziana oczami kobiet. Ile jest porodów, w jakich warunkach przychodzą na świat dzieci, czy przestrzegane są prawa pacjentek: do wsparcia laktacyjnego, kontaktu skóra do skóry, obecności bliskiej osoby czy wyboru pozycji porodowej.

Działania te – prowadzone dzięki wsparciu Unii Europejskiej z projektu Splot Wartości 2.0 – zbiegają się z wejściem w życie nowych przepisów Standardu organizacyjnego opieki okołoporodowej, które mają wzmocnić prawa rodzących. Jednocześnie dane pokazują niepokojący trend – w regionie cesarskich cięć jest już więcej niż porodów naturalnych. Co to wszystko oznacza dla kobiet? Czy porodówki są gotowe na zmiany? I gdzie w tym wszystkim jest głos pacjentek?

O tym rozmawiamy z prezeską stowarzyszenia Tulimy Mamy, Małgorzatą Bryl-Sikorską (na zdjęciu niżej z prawej strony).

Zacznijmy od podstaw. Mówicie o działaniach strażniczych na porodówkach. Co to właściwie oznacza w praktyce – jak wygląda taka praca od środka?

Najprościej mówiąc: zaczynamy od słuchania. I to naprawdę jest punkt wyjścia dla wszystkiego, co robimy. Bo kiedy mówimy „działania strażnicze”, to nie mamy na myśli kontroli w sensie urzędowym, tylko działania rzecznicze – reprezentowanie bardzo konkretnej grupy: kobiet rodzących i ich dzieci. I ten głos do nas trafia różnymi drogami. Kobiety piszą, dzwonią, zgłaszają się po pomoc albo po prostu chcą opowiedzieć swoją historię porodową. Takich historii jest kilkadziesiąt rocznie. I są bardzo różne – chcę to mocno podkreślić. Nie tylko dramatyczne. Są też takie, które pokazują, że można być świetnie zaopiekowaną, że poród może być doświadczeniem wzmacniającym. Ale są też relacje trudne, bolesne, czasem traumatyczne. I to właśnie one bardzo często są impulsem do tego, żeby przyjrzeć się danej placówce bliżej.

Czyli zaczynacie od indywidualnych historii, ale na nich nie kończycie?

Zdecydowanie nie. Te historie są ważne, ale dla nas równie ważne są dane systemowe. I tutaj ogromną rolę odgrywa ankieta „Głos matek” Fundacji Rodzić po Ludzku, która od samego początku działalności naszego stowarzyszenia jest naszym partnerem merytorycznym. To największe w Polsce badanie opinii kobiet o porodówkach – mówimy o 15 tys. odpowiedzi rocznie i około 200 tys. odpowiedzi od początku tej akcji. To jest bardzo rozbudowana ankieta – jej wypełnienie zajmuje około godziny. I to też jest kluczowe, bo dzięki temu te odpowiedzi nie są przypadkowe. Jeśli ktoś poświęca tyle czasu, to znaczy, że naprawdę chce coś przekazać. Są tam pytania zamknięte – bardzo konkretne, dotyczące przebiegu porodu – ale też otwarte, w których kobiety opisują swoje doświadczenia. I tam często pojawiają się rzeczy najtrudniejsze, łącznie z opisami przemocy położniczej. My analizujemy te dane, wyciągamy wnioski i na tej podstawie decydujemy, które porodówki wymagają szczególnej uwagi.

Ale bierzecie pod uwagę też inne czynniki, prawda?

Tak, bo chcemy mieć możliwie pełny obraz. Dlatego korzystamy również z danych pozyskanych ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, które pokazują tzw. turystykę porodową – czyli gdzie kobiety faktycznie rodzą, a nie tylko gdzie powinny rodzić według miejsca zamieszkania. I to jest bardzo ciekawe, bo widać wyraźnie, że kobiety podejmują decyzje świadomie – wybierają placówki, które ich zdaniem zapewniają lepszą opiekę. Na przykład w naszym regionie około połowa kobiet z powiatu cieszyńskiego rodzi w Cieszynie, ale druga połowa jeździ do Bielska-Białej, Jastrzębia-Zdroju, Żywca, a czasem jeszcze dalej. To jest dla nas ważna wskazówka – bo pokazuje, gdzie koncentruje się realny ruch pacjentek.

Działania strażnicze prowadzone są m.in. w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej.

Na tej podstawie wybrałyście trzy szpitale do tegorocznych działań?

Tak. Kontynuujemy działania w Szpitalu Śląskim w Cieszynie i Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej, a po raz pierwszy prowadzimy je w Szpitalu Specjalistycznym nr 2 w Jastrzębiu-Zdroju. To nie jest przypadkowy wybór – to są miejsca, które mają duże znaczenie dla kobiet z naszego regionu.

Co dzieje się dalej? Jak wygląda właściwa „kontrola”?

To jest bardzo skrupulatny proces. Najpierw składamy wnioski o udostępnienie informacji publicznej. I pytamy naprawdę szczegółowo – nie tylko o liczby porodów. Interesują nas tzw. wskaźniki opieki okołoporodowej: ile było cesarskich cięć, ile nacięć krocza, ile przypadków dokarmiania mlekiem modyfikowanym, ile porodów do wody, jakie są wyniki ankiet jakości prowadzonych przez szpital. To są twarde dane – obejmujące wszystkie porody, a nie tylko opinie. Ale pytamy też o rzeczy, które decydują o doświadczeniu kobiety: czy są porody rodzinne, czy partner może być obecny przy cesarskim cięciu, jak wygląda wsparcie laktacyjne, jakie są warunki na salach porodowych. Interesuje nas całe środowisko porodu – czy to jest miejsce, które wspiera fizjologię, czy raczej ją ogranicza. Na przykład pytamy w szpitalu: czy macie bezprzewodowe KTG? Dlaczego to jest tak ważne? Bo to jest rzecz, która może wydawać się techniczna, a ma ogromne znaczenie dla przebiegu porodu. Jeżeli kobieta jest podłączona do aparatury przewodowej, to często nie może się ruszać. Musi leżeć albo siedzieć. A ruch w porodzie jest kluczowy – dla postępu akcji porodowej, dla komfortu, dla zmniejszenia ryzyka komplikacji. Jeżeli kobieta jest unieruchomiona, poród może się zatrzymać – i wtedy pojawia się decyzja o cesarskim cięciu. Dlatego pytamy o takie rzeczy, bo one realnie wpływają na statystyki.

No właśnie – statystyki. Mówicie, że cesarskich cięć jest już więcej niż porodów naturalnych.

Tak i to jest bardzo wyraźny trend. Z najnowszych danych wynika, że we wszystkich analizowanych przez nas szpitalach liczba cesarskich cięć przekroczyła liczbę porodów drogami natury. To jest moment, w którym musimy się zatrzymać i zadać pytanie: dlaczego?

No właśnie – dlaczego?

Nie ma jednej odpowiedzi. Z jednej strony mamy czynniki medyczne: rosnący wiek matek, choroby współistniejące, większą wykrywalność komplikacji. Ale z drugiej strony mamy coś, co ja bym nazwała problemem społecznym i kulturowym. Kobiety się boją. I to jest zrozumiałe. Boją się bólu, nieznanego, utraty kontroli. I próbują znaleźć sposób, żeby tego uniknąć. Czasami to przyjmuje formę dążenia do cesarskiego cięcia – nawet jeśli formalnie nie ma czegoś takiego jak „cesarka na życzenie”. To jest często próba obejścia systemu z powodu lęku.

Czyli problem zaczyna się wcześniej – na etapie przygotowania do porodu?

Dokładnie. Z danych „Głosu matek” wynika, że tylko około 60 proc. kobiet korzysta z edukacji przedporodowej. Reszta – nie. Nie ma wiedzy, nie ma planu porodu, nie ma przygotowania. A potem wchodzi w sytuację, która jest trudna, intensywna i nieprzewidywalna. I reaguje lękiem. Zawsze zastanawiam się, jak to się dzieje, że potrafimy na przykład zorganizować perfekcyjnie wesele, a nie przygotowujemy się do porodu. Idąc dalej i spodziewając się dziecka, wydajemy tysiące złotych na rzeczy materialne – wózek, gadżety, sesje zdjęciowe, a mamy opór przed zainwestowaniem w wiedzę, wsparcie, przygotowanie psychiczne. Tymczasem to właśnie te rzeczy decydują o tym, jak przeżyjemy poród i połóg, a być może także o tym, czy zdecydujemy się na kolejne dziecko.

Jak w prowadzonych przez Was kontrolach odnajdują się szpitale? Czy są otwarte na współpracę?

To jest bardzo zróżnicowane. Na poziomie formalnym muszą odpowiadać na nasze wnioski. Ale później, kiedy proponujemy spotkanie i rozmowę o raporcie, zaczyna się prawdziwy test. To są trudne rozmowy, bo nikt nie lubi być oceniany. Komentarze rodzących kobiet są często bardzo bolesne dla szpitala. Personel często reaguje emocjonalnie, pojawia się zaprzeczenie, tłumaczenie, czasem bagatelizowanie: „to tylko kilka przypadków na tysiąc porodów”. A my wtedy mówimy jasno: dla tej jednej kobiety też byśmy tu przyszły. Bo ta sytuacja nie miała prawa się wydarzyć. To jest bardzo ważna zmiana perspektywy – odejście od statystyki na rzecz doświadczenia konkretnej osoby.

Czy te relacje się zmieniają z czasem?

Tak i to jest bardzo budujące. Bo kiedy wracamy do tych samych placówek, kiedy widzą, że jesteśmy konsekwentne i że naprawdę zależy nam na zmianie, zaczynają nas postrzegać inaczej. Pojawiają się głosy, że nasze działania były katalizatorem zmian. Że coś zostałoby wdrożone później, a może wcale. I to pokazuje, że nawet trudny dialog może przynieść dobre efekty.

Wspomniałaś o konkretnych zmianach. Co realnie udało się poprawić?

Na przykład w szpitalu w Bielsku-Białej po pandemii doszło do totalnego zachwiania procedur kangurowania noworodków przez ojców, zapomniano o ogromnej roli kontaktu skóra do skóry mamy i dziecka. To, co wcześniej było standardem, przestało funkcjonować w praktyce. Nasza kontrola przypomniała, jak to powinno wyglądać. I efekty były bardzo konkretne – wskaźnik kontaktu skóra do skóry wzrósł z niespełna 30 proc. do blisko 80 proc. To pokazuje, że czasem wystarczy zmiana podejścia, przypomnienie priorytetów.

A co z porodami do wody i bardziej „naturalnym” podejściem?

To jest kierunek, który naszym zdaniem powinien się rozwijać, szczególnie w szpitalach o niższym stopniu referencyjności, jak w Cieszynie. Poród do wody łagodzi ból, rozluźnia tkanki, sprzyja fizjologii. A jednocześnie wciąż jest dostępny w niewielu miejscach. Jeśli porodówka chce być konkurencyjna i przyjazna kobietom, to powinna inwestować w takie rozwiązania.

Mówicie też o porodach rodzinnych przy cesarskim cięciu. To nadal wyjątek?

Niestety tak, choć powoli się to zmienia. A przecież skoro już wiemy, że co druga kobieta rodzi przez cesarskie cięcie, to musimy zadbać o jakość tego doświadczenia. Obecność partnera na sali operacyjnej, możliwość kontaktu skóra do skóry od pierwszych minut – to są rzeczy, które mogą diametralnie zmienić przeżycie porodu.

Przed nami wejście w życie nowych przepisów Standardu organizacyjnego opieki okołoporodowej. Co one zmieniają z perspektywy pacjentki?

Dwie rzeczy są kluczowe. Pierwsza to wzmocnienie ochrony i wsparcia karmienia piersią – ograniczenie stosowania butelek ze smoczkiem i smoczków w okresie wczesnej laktacji oraz promowanie alternatywnych metod dokarmiania, które nie zaburzają naturalnego procesu karmienia piersią. Druga to wspomniany już kontakt noworodka z mamą skóra do skóry po porodzie, który staje się standardem także po cesarskim cięciu – realny, nieprzerwany, a nie symboliczny.

Jak wygląda sytuacja dziś?

Z naszego raportu „Maluchy na brzuchy” wynika, że w 2025 roku pełnego kontaktu skóra do skóry po cesarskim cięciu doświadczyło mniej niż 7 proc. Polek. To pokazuje skalę wyzwania.

Czy system jest gotowy na te zmiany?

Tu pojawia się poważny problem. Mamy bardzo dobre prawo, ale jego egzekwowanie jest niewystarczające. Największe badania opinii o porodówkach prowadzą organizacje pozarządowe. Największe szkolenia z laktacji również. To pokazuje, że system w dużej mierze opiera się na działaniach społecznych. A to nie powinno tak wyglądać.

A gdybyś miała powiedzieć jedną najważniejszą rzecz każdej kobiecie przed porodem?

Powiedziałabym, że nie musi tego dźwigać sama. To może brzmi prosto, ale za tym zdaniem stoi ogromna zmiana myślenia, której – jako kobiety – bardzo potrzebujemy. Bo poród i macierzyństwo to nie tylko piękne doświadczenie, ale też ogromna odpowiedzialność, wysiłek i zmęczenie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. I naprawdę nie jesteśmy stworzone do tego, żeby przechodzić przez to w pojedynkę. Dlatego jeszcze przed porodem warto świadomie zbudować sobie zaplecze wsparcia. Zacząć od najbliższych – partnera, ojca dziecka, rodziny, przyjaciół – i jasno podzielić się odpowiedzialnością. Ale też pomyśleć szerzej: przygotować sobie listę specjalistów, którzy mogą pomóc, kiedy pojawią się trudności. Dobra położna, doradczyni laktacyjna, fizjoterapeutka uroginekologiczna, fizjoterapeuta dziecięcy, psycholożka okołoporodowa czy doula – to nie są „dodatki”, tylko realne wsparcie w jednym z najbardziej wymagających momentów życia. Bo prawda jest taka, że żyjemy dziś inaczej niż kiedyś. Nie mamy wokół siebie naturalnej „wioski kobiet” – babć, cioć, sąsiadek, które były obok i pomagały. Często jesteśmy same, w nowych miejscach, bez zaplecza rodzinnego. W tej samotności próbujemy udźwignąć wszystko – bo tak nas nauczono. Że mamy być dzielne, samodzielne, że mamy sobie radzić. Tylko że macierzyństwo bardzo szybko pokazuje, że to nie działa. Musimy pozwolić sobie na pomoc. To wcale nie jest takie oczywiste. Wiele kobiet ma z tym problem – z proszeniem, z przyjmowaniem wsparcia, z odpuszczeniem kontroli. A potem, po kilku miesiącach, przychodzi zmęczenie, którego nie da się już zignorować. Bo energia to nie jest studnia bez dna. Nawet najbardziej zaradna, silna, zorganizowana kobieta w pewnym momencie ją traci. Dlatego najważniejsze jest to jedno zdanie: nie jestem w tym sama. I jeśli tylko pojawi się taka potrzeba – mam prawo poprosić o pomoc. I mam prawo ją przyjąć.

Fot. mat. pras.

google_news
Kronika Beskidzka prasa