Ratował zdrowie i kariery najlepszym polskim piłkarzom. Przyjeżdżali do niego Zbigniew Boniek, Grzegorz Lato czy Kazimierz Deyna. W Bielsku-Białej przez cztery i pół dekady urazy sportowców leczył niegdyś wybitny chirurg, ortopeda-traumatolog, wielki przyjaciel futbolu – nieżyjący już Bronisław Kaźmirowicz.
Do Bielska-Białej przybył w 1961 r. W mieście ogłoszono wówczas konkurs na zorganizowanie Oddziału Urazowo-Ortopedycznego w Szpitalu Miejskim im. M. Rutkowskiego przy ulicy Wyzwolenia. Wygrał go właśnie Bronisław Kaźmirowicz. – Mieszkaliśmy wówczas w Bytomiu – opowiada Aleksander Kaźmirowicz, syn doktora. – Przez pierwszy rok organizowania oddziału ojciec mieszkał w szpitalu, miał tam pokój. W sobotę przyjeżdżał do nas do Bytomia, a w niedzielę znów wyjeżdżał na cały tydzień do Bielska. Poświęcił się temu całkowicie. Zresztą w ogóle był niesamowicie oddany swojej pracy.
W późniejszych latach Oddział Urazowo-Ortopedyczny został przeniesiony na ulicę Wyspiańskiego, a w kolejnych latach na ulicę Konopnickiej. – Ojciec prowadził go aż do emerytury – dodaje syn.
Uniwersytet i zsyłka
Bronisław Kaźmirowicz urodził się w 1916 r. we Lwowie. Jeszcze przed II wojną światową studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Lwowskiego, a dyplom lekarza uzyskał w 1941 r. Do listopada 1942 r. odbywał staż podyplomowy w Klinice Chirurgicznej u cenionego ortopedy profesora Adama Grucy. Na polecenie władz niemieckich pracował na Oddziale Chirurgicznym Szpitala Miejskiego w Stryju. 4 stycznia 1945 r. został aresztowany za działalność w Armii Krajowej. Po krótkim pobycie w więzieniu został przewieziony do łagru w Donbasie, gdzie przebywał do 23 października 1945 r. – Był tam lekarzem, więc obozowi przełożeni traktowali go nieco lepiej niż innych więźniów – opowiada Aleksander Kaźmirowicz. – Leczył między innymi żonę komendanta. Wykorzystywał to, by zdobywać leki dla współwięźniów. Wypisywał zapotrzebowanie na leki dla niej, a potem część medykamentów przekazywał chorym towarzyszom niedoli.
Po uwolnieniu z zesłania zamieszkał na Górnym Śląsku i pracował w szpitalach w Katowicach, Głuchołazach, Warszawie, znów Katowicach, Piekarach Śląskich i Bytomiu. – W Głuchołazach, gdzie pracował na stanowisku ordynatora Oddziału Chirurgiczno-Położniczego, poznał swoją przyszłą żonę, czyli moją mamę – mówi Aleksander Kaźmirowicz. – Po tym, jak zorganizował Oddział Urazowo-Ortopedyczny w Bielsku-Białej, przenieśliśmy się tu całą rodziną i już tu osiedliśmy.
Biblioteczka z Ameryki
Ortopedia była jego wielką pasją. Miał w domu pokaźną biblioteczkę wydawnictw o tej tematyce, głównie amerykańskich. – Siostra mojej babci osiadła w latach trzydziestych w Ameryce. A ponieważ bardzo lubiła mojego ojca, kupowała i przysyłała mu fachową amerykańską literaturę medyczną – wspomina Aleksander Kaźmirowicz. – Ojciec miał też brata, który mieszkał w Wiedniu i który opłacał mu udział w sympozjach zachodnich ortopedów. Tata bywał więc na konferencjach w Wiedniu czy Salzburgu i poznawał różne metody leczenia, nieznane jeszcze w Polsce.
Syn doktora opowiada, że natknął się kiedyś na wspomnienia profesora Pawła Lampe, słynnego później lekarza, który przed egzaminami na medycynę przychodził na oddział do Bronisława Kaźmirowicza, gdzie przyglądał się operacjom. – Wspominał on, że gdy już dostał się na medycynę, jeden z profesorów mówił podczas zajęć o nowej metodzie operacji, stosowanej na zachodzie. Paweł Lampe powiedział wtedy: „przecież ja to już widziałem w Bielsku-Białej” – opowiada Aleksander Kaźmirowicz.
Wymagający szef
Na bielskim oddziale współpracował między innymi z lekarzami: Janem Lasotą, Ryszardem Batyckim, Bogdanem Bożkiem, Adamem Rajewskim, Józefem Popkiem, Ryszardem Wróblewskim czy Tomaszem Bączkiem. – Nie były to łatwe czasy, pracowało nas na oddziale mało, jednak mimo to stanowiliśmy bardzo prężny zespół – wspomina Ryszard Batycki, znany bielski chirurg ortopeda. – Przepracowaliśmy razem aż do emerytury doktora Kaźmirowicza. Gdy w 1998 roku zostałem dyrektorem Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej, spotkałem się z nim w drzwiach szpitala. Powiedział mi wówczas: „Rysiu, jestem z ciebie dumny”. Stać go było na takie słowa, choć trzeba przyznać, że charakter miał niełatwy. Jako szef był wobec nas bardzo wymagający i trzymał dyscyplinę. Nieraz dochodziło do sporów i krzyków. Pamiętam, jak po ostrych dyskusjach na oddziale szedł do oddziałowej i mówił jej: „daj mi jakąś tabletkę uspokajającą”. Jednak z perspektywy czasu widzę, że wszystko co robił Bronisław Kaźmirowicz, było robione dobrze.

Również wnuk doktora, Daniel Kaźmirowicz przyznaje, że dziadek miał porywczy charakter. – Był człowiekiem bezkompromisowym i dość nerwowym, potrafił zajść niektórym osobom za skórę. Słyszałem opowieść, że rozdrażniony czymś, rozrzucił kiedyś w sali operacyjnej narzędzia, a asystująca mu instrumentariuszka powiedziała, że został już tylko jeden czysty skalpel. Natomiast gdy ktoś zatrąbił na niego w ruchu ulicznym, potrafił krzyknąć: „co na mnie trąbisz, i tak trafisz do mnie na stół!” – wspomina z sentymentem.
Sytuację na sali operacyjnej, kiedy doktor w sposób dość wybuchowy przywołał do porządku swoich współpracowników, pamięta 84-letni Stanisław Stwora z Kaniowa, wówczas młody piłkarz LKS-u Kaniów. – Jako zawodnik byłem operowany na oddziale doktora Kaźmirowicza trzykrotnie – wspomina. – To były czasy, kiedy pacjentów przywiązywano za nadgarstki do stołu operacyjnego pasami, a usypiano ich eterem. Przed jedną z operacji pielęgniarze zaaplikowali mi na gazę na ustach tyle eteru, że polał mi się on po szyi, a ja zachłysnąłem się i zerwałem krępujące mnie pasy. Doktor mył wtedy ręce przed zabiegiem. Gdy zorientował się, co się stało, zaczął ganić pielęgniarzy, że podali mi za dużą dawkę eteru i kazał im przygotować nową gazę. Innym razem pewien lekarz robił mi punkcję kolana. Doktor Kaźmirowicz uznał, że robi to źle, odtrącił jego rękę i sam ściągnął mi płyn z kolana. Widać było jednak, że współpracownicy bardzo go cenią i mają wobec niego respekt.
Lekarz klubowy
Od dzieciństwa wielką pasją Bronisława Kaźmirowicza była piłka nożna. Chodził na mecze, kibicował, śledził wyniki. I zaczął wspierać zawodników jako lekarz. – Gdy mieszkaliśmy w Bytomiu, współpracował z Polonią Bytom i Ruchem Chorzów. Natomiast w Bielsku-Białej został lekarzem klubowym BKS-u Stal – mówi Aleksander Kaźmirowicz. Po kontuzji kręgosłupa postawił na nogi ówczesną znakomitość drużyny BKS-u – Jana „Tolo” Satławę, operował też trudną kontuzję kolana Jana Rudnowa. Doktor nie tylko leczył, ale także sugerował władzom klubu, których piłkarzy dobrze byłoby pozyskać. To dzięki niemu do BKS-u trafili Józef Klimczok, Józef Gomoluch, Jan Rudnow czy Eugeniusz Kulik. Ten ostatni miał grać w BKS-ie tylko przez pół roku. W tym czasie odnowiła mu się kontuzja łękotki. Trafił w ręce doktora Kaźmirowicza i obiecał mu, że jeśli go wyleczy, przeniesie się do BKS-u. Tak też się stało i Eugeniusz Kulik został jednym z najlepszych piłkarzy w historii BKS-u.
Bronisław Kaźmirowicz przez wiele lat prowadził jednocześnie prywatną praktykę lekarską. Przyjeżdżali do niego piłkarze, szkoleniowcy i sędziowie z drużyn lokalnych, ze Śląska, a także z całej Polski. Z jego fachowej opieki korzystali tej miary piłkarze co Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek czy Grzegorz Lato. – Przez jego gabinet przewijało się ich mnóstwo. Ojciec nie tylko ich leczył, ale także się z nimi przyjaźnił, a oni dawali mu w podziękowaniu różne gadżety piłkarskie, koszulki czy proporczyki – opowiada Aleksander Kaźmirowicz. – Ja do dziś mam koszulkę reprezentanta Polski Zygmunta Maszczyka, którą dostałem od dziadka na pamiątkę – dodaje wnuk Daniel Kaźmirowicz.
Wspaniały człowiek
Ciepłe wspomnienia o Bronisławie Kaźmirowiczu ma również Michał Kobiela, społecznik z Kaniowa. – Nazwisko doktora przewijało się wielokrotnie we wspomnieniach moich dawnych znajomych, piłkarzy miejscowych klubów z Bestwinki i Kaniowa. Doktor operował też łękotkę mojego wuja – opowiada. – Po latach dane mi było poznać doktora, gdy w 2006 roku leżeliśmy razem jako pacjenci na sali bielskiego szpitala. Doktor miał już wówczas dziewięćdziesiąt lat. Był pełen zachwytu, widząc wyposażenie współczesnego oddziału szpitalnego. Ubolewał jednocześnie, że w czasie jego praktyki nie miał dostępu do nowoczesnych urządzeń. Z niesmakiem mówił także o stosowanych w tamtych czasach środkach usypiających. Doktora odwiedzała rodzina i widziałem niesamowicie silną więź między nim a synem – panem Aleksandrem. Ja trafiłem na stół operacyjny wcześniej niż pan doktor. Gdy byłem już po zabiegu i fatalnie się czułem, z oddaniem się mną opiekował i służył mi pomocą. To był wspaniały człowiek.
Bronisław Kaźmirowicz prowadził praktykę lekarską aż do czerwca 2006 roku. Za swoje zasługi był honorowany wieloma odznaczeniami. Został też wpisany do Księgi Zasłużonych dla Miasta Bielska-Białej. Zmarł 4 stycznia 2007 roku.



