Pani Maja, młoda mieszkanka Pisarzowic, jest znana w internecie jako Pani Dywaniara. Od trzech lat zajmuje się ręcznym tworzeniem dywanów metodą tuftingu – techniką rzadko spotykaną w okolicy, choć coraz bardziej popularną na świecie. Jej prace zachwycają kolorami, precyzją i bajkowymi wzorami.
Nasza rozmówczyni przyznaje, że zaczęło się od przypadku. – Zobaczyłam takie kolorowe projekty w internecie i zaciekawiło mnie, co to jest i jak się to robi. Poszukałam informacji, zamówiłam potrzebne rzeczy, między innymi pistolet tuftingowy i po prostu spróbowałam. Jestem samoukiem – mówi.
Technika tuftingu polega na „wstrzeliwaniu” włóczki w napięty na ramie materiał. Wymaga to cierpliwości, czasu i wyczucia, ale efekty potrafią być spektakularne. – Lubię kreatywne rzeczy, więc ta technika od razu mi się spodobała. A ponieważ w okolicy mało kto się tym zajmuje, wszystko robiłam metodą prób i błędów – dodaje.
Jak przyznaje, jej nowym hobby szczególnie zafascynowała się jej babcia. Choć Pani Maja pracuje na co dzień w zupełnie innej branży, ręczne szycie dywanów zajmuje jej coraz więcej czasu. – Robię to hobbystycznie, ale też zdarzają się zamówienia. Zwłaszcza przed świętami jest większy ruch – opowiada. – Ludzie zamawiają prezenty, często totalnie spersonalizowane.
Wśród zamówień przeważają motywy bajkowe, dziecięce, fantastyczne, ale nie brakuje też bardziej poważnych projektów. Jednym z nich była… Królowa Elżbieta, którą Pani Maja wykonała dla przyjaciółki. Sporo klientów zamawia również dywaniki z wizerunkami swoich zwierząt. – Co trzeci projekt to pupil! Ludzie przysyłają mi zdjęcia, ja przerabiam je graficznie i tworzę dywan. To świetna pamiątka – przyznaje.
Prace Pani Mai trafiają nie tylko do domów. Kilka firm zamówiło u niej dywanowe… logotypy, które zdobią ich biura. Swoje dywany mieszkanka Pisarzowic prezentuje i sprzedaje za pośrednictwem Instagrama. Jak powstaje dywan? Proces zaczyna się od przygotowania ramy. – Mam drewnianą ramę zrobioną z pomocą taty. Na nią naciągam jutę, bo pracuje mi się na niej najlepiej. Czasem korzystam też z projektora, żeby idealnie odwzorować wzór – tłumaczy.
Najpierw powstaje kontur, potem wypełnienie. Włóczka potrafi się plątać, pistolet zacinać, materiał przesuwać. Mimo to efekty wynagradzają trud. – Stworzenie dywanu to kilkanaście godzin pracy, nie licząc schnięcia kleju. Minimum dwa dni – zaznacza. Materiały również nie należą do najtańszych. – Używam włóczek akrylowych, bo mają największą gamę kolorów, w tym neonowe i ombre. Do tego trzy rodzaje kleju, specjalne nożyczki, filc do podklejenia. Koszty się zbierają – wylicza. Standardowy dziecięcy dywan to wydatek około 500 zł na materiały.
Jak mówi pani Maja – gdyby przeliczyć to na godziny pracy, powinna sprzedawać je znacznie drożej. Choć jej dywany są w pełni funkcjonalne, trzeba obchodzić się z nimi delikatniej niż z tymi sklepowymi. – Można po nich chodzić, piesek może na nich spać – tylko z suchymi łapkami – śmieje się pani Maja. – Są delikatniejsze, ale przy odpowiedniej pielęgnacji posłużą długo. Na Instagramie podpowiadam, jak je czyścić. Instagram okazał się dla pani Mai najskuteczniejszą formą kontaktu z klientami. – Profil nazywa się Pani Dywaniara. Tam publikuję swoje prace i tam można do mnie napisać – mówi. Jak się okazuje, odbiorcy są bardzo różnorodni. – Piszą do mnie zarówno nastolatki, jak i panie po sześćdziesiątce. Często klienci wracają po czasie z nowymi pomysłami. To dla mnie ogromnie miłe.
Na pytanie, czy chciałaby zajmować się tuftingiem zawodowo, odpowiada bez wahania: – Gdyby była taka możliwość, pewnie tak. To byłoby jak spełnienie marzeń. Ale trzeba by ogromnej reklamy i czasu, żeby z tego żyć. Na razie jednak pozostaje to jej twórczym, kolorowym światem po pracy. Czy boi się trudnych zamówień? – Zupełnie nie. Wyzwania są fajne – mówi pani Maja. – Jeśli coś można przenieść na tkaninę, to jestem w stanie to zrobić – podsumowuje pasjonatka z Pisarzowic.



