Wydarzenia Wadowice

Schabowy i kieliszek na zdrowie

Nigdy nie stosowała żadnej diety. Jadła i piła zawsze to, na co miała ochotę. Żywieniowcy niechybnie orzekliby, że nikt, kto w ten sposób komponuje swój jadłospis, nie ma szans na długie życie w zdrowiu. Ale Maria Sołtys ze Spytkowic jest widomym dowodem na to, iż nie warto odmawiać sobie przyjemności podniebienia. Kobieta skończyła 102 lata i czuje się lepiej niż niejedna o połowę młodsza osoba.

Maria Sołtys (z domu Janik), najstarsza mieszkanka gminy Spytkowice, jeszcze w ubiegłym roku poruszała się o własnych siłach i wykonywała różne prace w domu i ogrodzie. Zbierała owoce, robiła nalewki, nawet skubała drób. – Zawsze była bardzo pracowita. Z tatą gospodarowała na dziesięciu hektarach pola, oporządzała bydło, konie, świnie i owce, dbała o dom, opiekowała się dziećmi. I nigdy nie narzekała, że ma za dużo obowiązków. Jeszcze i teraz chciałaby coś robić, ale nogi już odmówiły jej posłuszeństwa – mówi najstarszy syn jubilatki, Michał. Seniorka pochodzi z Okleśnej, gdzie – jak zapewnia – spędziła szczęśliwe dzieciństwo oraz pozbawioną większych trosk młodość. – Miałam bardzo dobrych rodziców – wspomina.

W rodzinnej wsi niczego jej nie brakowało, prócz odpowiedniego kandydata na męża. Żaden z miejscowych kawalerów nie był w stanie wzbudzić jej zainteresowania. Udało się to dopiero Michałowi Sołtysowi ze Spytkowic, którego poznała na wiejskiej potańcówce. Poślubiła go w 1935 roku i zamieszkała z nim na jego ojcowiźnie. – Tata był skory do żartów. Kiedyś specjalnie tak popędził konia, by wywróciły się sanie, którymi wiózł mamę i inne kobiety ze wsi do Zatora na jarmark. Potłukły się wszystkie jaja na sprzedaż – wspomina Michał junior. Oprócz niego para doczekała się jeszcze trójki dzieci – Krystyny, Józefy i Kazimierza. Dziś rodzina jubilatki to również sześcioro wnucząt, dziesięcioro prawnucząt i dwóch małych praprawnuczków.

Seniorka jest stanowczą, lecz dobroduszną kobietą. Lubi postawić na swoim, a jednak zawsze starała się unikać konfliktowych sytuacji. – Nigdy nie podniosłam na nikogo ręki. Nie umiałabym nawet zrobić komuś na złość – twierdzi. Uwielbia towarzystwo, rozmowy z rodziną i znajomymi. Ponieważ sama już nie wychodzi z domu, niecierpliwie wyczekuje każdej wizyty. Goście często pytają ją o receptę na długowieczność, lecz ona nie potrafi jej podać. – Nie dbałam o siebie, a mimo to nie chorowałam. Nadal jestem zdrowa i nic mnie nie boli – mówi z nieukrywanym zadowoleniem. Jej nawyki żywieniowe przyprawiłyby dietetyków o apopleksję. Jeszcze niedawno w jej jadłospisie dominowały tłuste, smażone potrawy. Dzień zaczynała od mocnej kawy, a kończyła go kieliszkiem wina lub nawet mocniejszego trunku. – Nie przesadzała z ilością, ale zawsze musiała mieć jakiś alkohol w domu. Butelkę wina trzymała koło łóżka. Wystarczała jej na tydzień – opowiada wnuczka Marii, Barbara Michalec.

Z pierwszą poważną chorobą seniorce przyszło się zmierzyć dopiero 7 lat temu. Zdawało się wówczas, że nadszedł kres jej życia, ale organizm Marii okazał się nad podziw mocny. – Wyzdrowiała i czuła się bardzo dobrze aż do sierpnia ubiegłego roku, kiedy dostała zakrzepicę. Wtedy lekarz bez ogródek nam powiedział, żebyśmy się przygotowali na najgorsze. Dawał jej najwyżej dwa tygodnie. Ale zastrzyki, tabletki i okłady wyciągnęły ją z tego. Tyle tylko, że od tamtej pory babcia już nie chodzi – mówi Barbara Michalec. 

google_news