By zrobić torebkę, musi wykonać nawet do 1200 dziurek, a potem przeciągnąć nić przez każdą z nich. Nad jednym szwem w góralskim pasie spędza czasem dwie godziny, by krawędź była równa. Kaletnik Paweł Juraszek z Cięciny wszystkie swoje wyroby ze skóry wykonuje ręcznie, a najważniejsze są dla niego oryginalność każdego przedmiotu i dbałość o najmniejszy detal.
W pracowni Pawła Juraszka na próżno szukać jakichkolwiek maszyn. W przedsionku stoi jedynie niewielka prasa kaletnicza, służąca do wycinania za pomocą wzornika kształtów późniejszych wyrobów. – Używam jej do drobnych wykrojów, na przykład portfeli – mówi. Centralną część jego pracowni zajmuje duży stół, przy którym spędza godziny nad kolejnymi przedmiotami. By zrobić rząd dziurek w kawałku skóry, raz po raz uderza dużym drewniany młotkiem w rodzaj metalowego „grzebienia”. Później, by połączyć podziurkowane elementy przeznaczone na przykład na torebkę, cierpliwie je zszywa.
Ręcznie wykonuje również ozdobne tłoczenia na skórze. Są to najczęściej motywy roślinne – kwiatuszki czy choinki, albo wzory geometryczne, takie jak romby. – Istnieje też technika rzeźbienia na skórze. Trzeba wówczas narysować dany element na skórze, wyrzeźbić go i pomalować – mówi, pokazując torebki, na których widnieją wykonane tą metodą piękne, niemal malarskie obrazy przedstawiające koty, jelenia czy konie.

Mosiężne ozdoby, takie jak guzy, spinki, sprzączki czy klamry, również tworzy sam. Wycina je z blachy na prasie i zdobi, uderzając młotkiem w puncynę, czyli podłużne metalowe narzędzie o zaokrąglonym lub wyprofilowanym końcu. W ten sposób na mosiądzu powstają ryski i żłobienia. – Następnie zaoblam takie elementy i poleruję – mówi.
Od garbarstwa do kaletnictwa
Kaletnictwu poświęcił się na dobre stosunkowo niedawno, bo około sześciu lat temu. Ale prace manualne towarzyszyły mu od młodości. – Skończyłem szkołę zawodową, która działała przy Żywieckich Zakładach Futrzarskich. Zdobyłem zawód kuśnierza, ale nauczyłem się tam również podstaw garbarstwa – wspomina. – Przepracowałem cztery lata w żywieckiej „Futrzarni”, ale w 1989 roku zakład zlikwidowano. Musiałem się wówczas przestawić na coś innego. Pracowałem trochę w handlu, trochę w budowlance. Były to czasy, kiedy wyroby ze skóry były niemodne, więc nie było sensu podejmować się tego typu działalności. Czasami tylko robiłem przedmioty ze skóry, na przykład pasy góralskie, dla moich kolegów.

Przełom przyszedł osiem, dziesięć lat temu, gdy zaczął wytłaczać i zdobić gotowe torebki. – Garstka ludzi zaczęła to doceniać, a folklor i rękodzieło stały się wówczas popularne. Jeden ze znajomych powiedział mi wtedy, że nie ma na Żywiecczyźnie nikogo, kto by robił pasy góralskie, a jest na to zapotrzebowanie. Postanowiłem więc spróbować i zająć się tym na większą skalę – opowiada. Dziś ma pracownię, którą nazwał „Przeszyte.pl”, a jego produkty cieszą się uznaniem i zainteresowaniem – nie tylko nabywców z regionu, ale także – a właściwie w większości – z innych części Polski. Są to nie tylko odbiorcy indywidualni, ale także zespoły regionalne, które potrzebują skórzanych elementów do strojów ludowych. – Raz zwrócił się do mnie zespół z Poznania, który ma w repertuarze między innymi tańce żywieckie, a więc i zapotrzebowanie na takie stroje – mówi.
Zamiłowanie do tworzenia odziedziczył po rodzinie. – Mój dziadek od strony mamy rzeźbił i malował, a mama również malowała, a także haftowała. Natomiast jej brat, a mój wujek był garbarzem i kuśnierzem. Zatem pasję do kaletnictwa mam chyba po nim, a umiejętność tworzenia zdobień na skórze – po mamie – mówi.
Folk z modą
W przedsionku jego pracowni znajduje się mnóstwo przepięknych przedmiotów ze skóry: od drobnych wisiorków i bransoletek, przez portfele, torebki, paski, rzemyki na dzwonki pasterskie, obroże dla owczarków podhalańskich, ochraniacze na piszczałki, pochewkę na nóż, aż po okazałe pasy góralskie. – W przypadku zdobień elementu stroju góralskiego trzymam się tradycyjnych wzorów, ponieważ symbolika tych oznaczeń jest w kulturze pasterskiej bardzo ważna – mówi. – Na przykład bacowski pas żywiecki, zwany trzosem, zrobiony jest z podwójnej warstwy skóry, ponieważ ma rodzaj kieszeni, w której można trzymać dokumenty, chustkę czy krzesiwo. Oprócz tłoczeń w kształcie rombów, kwiatków czy choinek, ma na górze tak zwaną przeplatankę, czyli rząd ukośnie wplecionych w szparki rzemyczków. Zapinany jest na trzy klamry i wybijany mosiężnymi guzami. Tego typu wzornictwo opisane jest w literaturze fachowej o strojach góralskich. Dodam, że trzos dlatego jest tak wysoki, ponieważ miał za zadanie chronić brzuch bacy przed pobiciem czy wilkami.

Gdy Paweł Juraszek wykonuje pasy nie dla baców czy zespołów regionalnych, lecz dla grup rekonstrukcyjnych albo zbójników, nie trzyma się już sztywno tradycyjnych wzorów. – Mogę wtedy zastosować luźne nawiązania do tradycji, wykazać się inwencją i wcielić w życie nowe pomysły – mówi.
W przypadku takich wyrobów jak torebki czy paski, stara się zestawiać różne style. – Łączę folk z modą. W efekcie wypracowałem swój styl, który jest rozpoznawalny i który coraz bardziej się ludziom podoba – mówi.
Fach dla twardzieli
Jak przyznaje, kaletnictwo to niełatwy fach. – To robota dla twardzieli – śmieje się. – Trzeba mieć dużo cierpliwości, wytrwałości i precyzji. Jedna z najważniejszych czynności kaletnika to… liczenie dziurek. Jeśli człowiek się pomyli, trzeba robić od nowa, bo gdy liczba dziurek się nie zgadza, poszczególnych części skóry nie da się równo zszyć. Nieraz musiałem zaczynać pracę od początku. A dziurek na jednym elemencie torebki jest na przykład 86, ale są i takie, w których jest ich około 1200. Pracochłonne jest również samo zszywanie. Nietrudno się przy tym ukłuć igłą.

Wykrawanie, szycie, tłoczenie i zdobienie to jeszcze nie wszystko. – Przed zdobieniem skórę trzeba wysuszyć – opowiada kaletnik z Cięciny. – Istotne jest też barwienie, dzięki któremu skóra zyskuje odpowiedni kolor, a także większą przyczepność i elastyczność. Robi się to akrylowymi farbami do skóry. Nie zawsze jednak skórę trzeba barwić. Na przykład pochewki na nóż czy obroże dla owczarków podhalańskich impregnuję na gorąco woskiem pszczelim.
Budująca praca z dziećmi
Paweł Juraszek często prowadzi warsztaty dla dzieci z podstaw kaletnictwa. Odbywają się one w Ośrodku Promocji Gminy Węgierska Górka oraz w osadzie Sopki Stopki w Cięcinie. – Mam małą praskę kaletniczą, która jeździ ze mną na takie zajęcia – opowiada. – Każde dziecko wycina sobie na niej bombkę, gwiazdkę albo figurkę „ciastka”, czyli ludzika z piernika. Potem razem je ozdabiamy. Za każdym razem wymyślam uczestnikom warsztatów coś nowego. Na najbliższe zajęcia planuję wykonywanie małych pasków góralskich. Będzie to jednocześnie nawiązanie do tradycji naszego regionu. Praca z dziećmi daje mi dużo frajdy. Budujące jest dla mnie, gdy widzę, jak kilkulatki wykonują takie czynności z ochotą.

Kaletnik z Cięciny chętnie bierze udział w kiermaszach czy targach rękodzieła, ale do startowania w konkursach go nie ciągnie. – Zdarzyło mi się to tylko raz. Fundacja 9sił z Jeleśni zorganizowała w ubiegłym roku konkurs „Konie polskie – Koń w tradycji ludowej”. Można było zgłosić prace w drewnie, glinie lub na tkaninie. Trochę na zasadzie żartu spytałem organizatorkę, czy mogę zrobić konia ze skóry. Odpowiedziała: „pewnie że tak”. Wykonałem więc bryczkę z koniem. Potem okazało się, że zdobyłem jedną z równorzędnych pierwszych nagród – śmieje się. – Ale mój udział w tym konkursie był dość przypadkowy, na zasadzie zabawy. Ogólnie nie przepadam za rywalizacją – dodaje.
Renesans rzemiosła skórzanego
Czy kaletnictwo to profesja wymierająca? – Wręcz przeciwnie – odpowiada Paweł Juraszek. – Od kilku lat obserwujemy renesans rzemiosła skórzanego. A jeszcze siedem, osiem lat temu nie było zainteresowania tą dziedziną. Natomiast dziś wielu ludzi chce posiadać rzeczy unikatowe, oryginalne, będące efektem pracy rękodzielniczej.

Paweł Juraszek nie liczy wykonanych przez siebie przedmiotów, ale przyznaje, że na pewno zrobił ich już setki. – Zależy mi na tym, aby każdy mój wyrób był dopracowany i ciekawy, a przy tym oryginalny. Uwielbiam tworzyć coś nowego, za każdym razem stosuję zmodyfikowane wzory. Nie lubię robić identycznych rzeczy, każda z nich musi być inna.
Co daje mu największą satysfakcję? – Zawsze cieszę się, gdy uda mi się wykonać jakąś ładną rzecz, a gdy uda się to za pierwszym razem, radość jest ogromna. Robię to co lubię i jestem szczęśliwy, że udało mi się pogodzić pasję z codzienną pracą – puentuje.
Paweł Juraszek – ur. w 1971 r. w Cięcinie. Twórca ludowy, kaletnik, członek Stowarzyszenia Twórców Ludowych – Oddziału Beskidzkiego. Uczestnik kiermaszów rękodzieła. Prowadzi zajęcia dla dzieci z podstaw kaletnictwa.



















