Z Pawłem Małaszyńskim red. Mariola Morcinkova spotkała się w Cieszynie, kiedy pod koniec października przyjechał nad Olzę, by dla zgromadzonej w Teatrze im. Adama Mickiewicza publiczności zagrać spektakl „Rodzinne rewolucje”.
W rozmowie nie zabrakło wątków teatralnych, ale również tych muzycznych, bo jakże można inaczej, kiedy od założenia zespołu „Cochise“, którego aktor jest frontmanem, mija 20 lat. Nie mogło się obyć również bez wspomnień z planu „Lekarzy“ i przywitania się z Leśną Górą, w której to jako pediatra Aleks Zagajewski Paweł Małaszyński po raz pierwszy pojawi się w 933. odcinku.
Pan jest kolejną osobą, od której, od samego początku, bije pozytywna energia. Chyba nawet nie mógłby Pan inaczej, prawda?
(śmiech) Takie mam życiowe flow. Nawet w momencie, kiedy problemy się piętrzą, staram się uśmiechać. To zawsze pomaga. Staram się, by każdy dzień, bez względu na to, co dzieje się wokół mnie, był dobry. Czasami, co prawda, zamykam się w swojej konklawie, ale staram się być miły dla ludzi, bo to dla nich gram.
Umie Pan także cieszyć się z małych rzeczy, takich jak spektakl do zagrania. Co ucieszyło Pana ostatnio?
Cieszą mnie naprawdę drobne rzeczy. Jestem dumny z dzieci, cieszę się, że je mam, są dla mnie bezpieczną przystanią. Jestem zadowolony, że po odejściu z mojego poprzedniego teatru układa mi się. Cały czas na swojej drodze spotykam ludzi, którzy mnie inspirują. Jestem wdzięczny za każde spotkanie, każdą miłą rozmowę i za to, że zawodowo mogę się cały czas utrzymywać na powierzchni i doświadczać fajnych, nowych emocji.
Powodów do radości ma Pan wiele, bo nie dość, że przyjechał Pan do Cieszyna ze spektaklem „Rodzinne rewolucje”, to jeszcze Pana zespół Cochise obchodzi 20. urodziny. Gdyby miał Pan te 20 lat zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?
Powiem “rodzina”, choć nie ukrywam, że bardzo trudno zamknąć tę odpowiedź w jednym słowie. „Cochice“ jest też plemieniem, więc faktycznie, z perspektywy czasu kojarzy mi się z moją drugą rodziną, bardzo dla mnie ważną. Przez te 20 lat nigdy nie napinaliśmy się na osiągnięcie jakiegoś sukcesu. Myślę, że zachowaliśmy tę naszą przyjaźń, nad którą cały czas gdzieś tam pracujemy. Udało nam się również zachować luz i dystans do tego wszystkiego. Cieszę się, że dalej możemy tworzyć i ciągle nam się chce. To nasz największy sukces.
Jakie przemyślenia i emocje towarzyszą Panu przy okazji 20-lecia zespołu?
(śmiech) To przede wszystkim ogromne zaskoczenie, że to się udało i cały czas w pewien sposób to ciągniemy. Muzyka stanowi dla nas ogromną przestrzeń, w której jako muzycy się uzupełniamy. Muzyka w pewien sposób ofiaruje nam wolność i możliwość rozwijania naszej wrażliwości. Jestem wdzięczny, że na swojej drodze spotkałem fantastycznych facetów, z którymi świetnie się dogaduję. Jako grupa jesteśmy bardzo skonsolidowani.
Mam wrażenie, że grupy Pana fanów się przenikają, co można zaobserwować, widując te same osoby nie tylko w teatrze, ale również na koncertach „Cochise“.
Tak było zawsze. Ci, którzy lubią lżejszą muzykę, pozostają w teatrze, a osoby, lubiące mnie w rockowym wydaniu, często do niego nie przychodzą. Obie te grupy bardzo pozytywnie się uzupełniają.
6 września swoją premierę miała płyta „Cochise”, która jest Waszą ósmą płytą studyjną. Jak wyglądała praca nad albumem?
Można powiedzieć, że ta praca była do pewnego stopnia łatwa, ponieważ byliśmy przygotowani do wyjścia z tym materiałem od dwóch lat. To jednak prawda, że na swojej drodze spotkaliśmy wiele przeciwności losu, jak odejście naszego perkusisty, później pożegnał się z nami nasz producent. To bardzo nas frustrowało, ponieważ wszystkie nasze działania przesuwały się w czasie. Kiedy zaczęliśmy pracować z Krzysztofem Murawskim, wszystko pięknie się ułożyło i dopięliśmy swego. Jestem zdania, że nagraliśmy najlepszą płytę w naszej karierze. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Problemy, które się pietrzyły, finalnie zadziałały in plus.
Trzymanie swojego krążka w rękach, w dniu premiery, wywołuje emocje nieporównywalne z czymkolwiek innym, prawda?
(śmiech) To tak jak z narodzinami dziecka, a to już przecież nasze ósme dziecko. Wypuśliśmy go w świat i niech sobie teraz radzi. Największą nowością było dla nas wydanie również płyty winylowej. Małymi krokami, być może czasami trochę pod górkę, ale „Cochise“ zawsze idzie do przodu.
Spotykamy się w Cieszynie, na chwilę przed pierwszym spektaklem. Nie jestem pewna, czy był już Pan wcześniej tutaj z jakimkolwiek spektaklem, ale chociażby w 2018 roku grał Pan koncert w Bielsku-Białej. Jak wraca się w te strony?
Jeżeli chodzi o koncertowanie z „Cochise“ i moje wyjazdy teatralne, już czasami nie wiem, w którym mieście byłem, a w którym nie. Nie chce mi się wierzyć, że jeszcze nie grałem w Cieszynie. Teatr jest przepiękny. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Czuję się jak jak w teatrze elżbietańskim, takim z prawdziwego zdarzenia. Podziwiam i gratuluję.
Co opowie Pan o swoim bohaterze? W jakich okolicznościach widz zastaje go na scenie?
Mój bohater zderza się z niezłą rodzinną kumulacją. Staramy się pokazać, co pieniądze robią z relacjami rodzinnymi.
Zgodzi się Pan z większością aktorów, twierdzących, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do zagrania dla aktora?
Zdecydowanie tak. Oczywiście, wszystko ma swój poziom trudności, ale uważam, że zagrać dobrze komedię, jest trudno. W tym repertuarze trzeba zachować pewną równowagę.
Na szczęście nie trzeba, ale gdyby musiał Pan z czegoś zrezygnować, łatwiej byłoby Panu zrezygnować z aktorstwa czy z muzyki?
Nie ma takiej możliwości. Chyba, że to wszystko samo się rozleci. Gdybym dzisiaj miał zadecydować, nie byłbym w stanie wybrać teatr lub muzykę. Film i serial zawsze jest dodatkiem. Chyba, że my, jako „Cochise“, któregoś dnia zwyczajnie się rozejdziemy, a z drugiej strony, być może teatr kiedyś zrezygnuje ze mnie. Ja na pewno, nie zrezygnuję ani z jednej, ani z drugiej przestrzeni.
Nie tak dawno zakończył się pierwszy sezon serialu „Zdrada“, w którym wcielał się Pan w rolę Pawła Kamińskiego. Co łączy z mim Pana, oprócz imienia?
(śmiech) Piętrzące się problemy.
Jest szansa na drugi sezon?
Serial tak naprawdę posiada trzy sezony z zamknięciem. To trylogia. Decyzja, czy wszystkie trzy zostaną wyemitowane, należy do stacji Polsat. Wiem, że są zadowoleni z pierwszego sezonu, obecnie dostępnego w Polsat Box Go. Na wiosnę ma pojawić się na antenie.
W 933. odcinku „Na dobre i na złe“ (emisja miała miejsce 13 listopada – przyp. red.) w Leśnej Górze pojawił się nowy pediatra Aleks Zagajewski, dla przyjaciół “Aleś”. W serialu po raz pierwszy pojawił się Pan w 121. odcinku, jako Łukasz Sadowski, pacjent, którego uczucie połączyło ze starszą od siebie kobietą. Do dziś to pamiętam. Jak wraca się do Leśnej Góry?
Prawda jest taka, że w kraju nie ma chyba aktora, który nie zagrał w „Na dobre i na złe“. 25 lat temu zdarzyło mi się spotkać na planie Krzysztofa Pieczyńskiego, Artura Żmijewskiego, Małgorzatę Foremniak i nieodżałowaną Darię Trafankowską. Nie sądziłem, że dostanę tego typu propozycję, by wrócić do Leśnej Góry w roli lekarza, ale przyszła w odpowiednim czasie, bo miałem dosyć sporo wolnej przestrzeni na nowe wyzwania. Uważam, że ten serial jest solidnie robiony. Miło było się spotkać również z kolegami, z którymi dawno się nie widziałem. Jestem zadowolony z tej współpracy, zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Czy umiejętności, zdobyte na planie serialu “Lekarze”, teraz się przydają?
Tak, jak najbardziej. Jak tylko pojawiłem się na planie w Leśnej Górze, otwierały mi się różnego rodzaju czakramy. Przypominałem sobie wszystko, co wydarzyło się w Copernicusie. Materiał bardzo znany, więc nie mam większych problemów.
Jak radzi Pan sobie z terminologią medyczną?
Nie ma żadnego problemu. To kwestia dobrego wyuczenia się tego wszystkiego.
Czy nadal najczęściej jest Pan kojarzony przez widzów z Piotrem z „Magdy M.“ oraz właśnie Maksem z “Lekarzy”? (śmiech)
Nie tak do końca. Bo faktycznie najczęściej jestem kojarzony z Piotrem z „Magdy M.”, ale też z Grandem z “Oficera”.
Dziękuję za rozmowę.