Wydarzenia Bielsko-Biała

„Zróbmy tu dom kultury!”. Cztery pory roku Marka Małeckiego

„Zerwał plomby” z kina „Marzenie”, statut Domu Kultury przepisywał z pomiętej kartki kolegi z sąsiedniej gminy, w ruinach pałacu dostrzegł przestrzeń dla wielkiej sztuki – Marek Małecki odszedł na emeryturę po ponad 30 latach w roli dyrektora Domu Kultury w Kozach.

Kiedy po raz pierwszy pojawiło się poczucie, że Kozy to nie tylko miejsce zamieszkania, ale przestrzeń Pańskiej odpowiedzialności? Początek lat 80. to przecież czas, gdy jako chłopak z zewnątrz dopiero Pan tu „wsiąkał”.

Marek Małecki: Zaczęło się od dziewczyny. Piękną Koziankę poznałem pracując w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. W stanie wojennym, brodząc w śniegu, mijałem rogatki, by dojść tu do ukochanej. Sympatycznie wspominam ten czas, choć na początku śmiali się ze mnie, że nie potrafię się dogadać. Tu używało się innych słów: zęgruba, jaruga, przykopa… Musiałem się tej gwary i mentalności nauczyć. Ale mój świętej pamięci ojciec powiedział kiedyś, że bardzo szybko stałem się Kozianinem. To był dla mnie największy komplement. Budowałem tu dom, zakładałem rodzinę i naturalnie zacząłem czuć, że chcę dla tej społeczności coś zrobić.

Przed objęciem sterów w Domu Kultury, mocno angażował się Pan w lokalną prasę. Dlaczego to było tak ważne?

W końcówce lat 80. wpadła mi w ręce społecznie redagowana miejscowa gazeta „Nadzieja”. Pracowałem wtedy w Łodzi i urzekło mnie, że w małej miejscowości ludzie wydają gazetę! Niedługo potem dane mi było samemu związać się z lokalnym pismem społecznym – „Gazetą Koziańską”, a później z samorządowymi „Koziańskimi Wiadomościami”. Dzięki tym możliwościom coraz lepiej poznawałem ludzi i charakter wsi. Zrozumiałem, że Kozy to jedna wielka rodzina. Tu wzajemne zaufanie było uderzające – na przykład w lokalnym sklepie pani potrafiła mi dać dziesięć kłódek do domu, bym sprawdził, która pasuje, i zapłacił jutro. W mieście to nie do pomyślenia.

Rok 1993 przyniósł stworzenie Domu Kultury niemal od zera. Jak wyglądały te pionierskie czasy?

Wójt Jacek Falfus rzucił mi wyzwanie: „Zróbmy tu Dom Kultury”. Statut przepisałem od Aleksandra Nowaka z Wilamowic. Wyjął mi taką pomiętą kartkę i powiedział: „Masz, tak to wygląda”. Pamiętam Olka z tamtych lat – dyrektor instytucji, a biegał z wiertarką i wiercił kołki w ścianach. Na początku w Kozach mieliśmy tylko jeden pokój przy ulicy Krakowskiej; część budynku wcześniej zajmował GS i mieszkanie prywatne, a sala była wykorzystywana na wesela i działania sportowe. Powoli przejmowaliśmy kolejne pomieszczenia, robiąc remonty, aż do stanu, który widzimy dzisiaj.

Jednym z najbardziej spektakularnych działań było „odczarowanie” Pałacu Czeczów. Jak wspomina Pan słynny koncert „Cztery Pory Roku”?

To był rok 2008. Pałac był wtedy w opłakanym stanie – zamknięty, niszczejący, bez podłóg. Pomysł koncertu był impulsem, chwilą emocji, ale i strategicznym działaniem. Wraz z Piotrem Sadowskim wzięliśmy klucze z urzędu i weszliśmy do środka. Przestrzeń nas urzekła. Moi pracownicy chwycili za miotły, musieliśmy dosłownie „wyganiać szczury”. Aby zamaskować ruiny, użyliśmy taniego stylonu, który udawał firanki i pokrowce na krzesła. Oświetlenie? Tylko świece. Atmosfera była jednak niesamowita. Do „Czterech Pór Roku” Vivaldiego powstało libretto, które czytali aktorzy z Teatru Polskiego – Rafał Sawicki i Marta Gzowska-Sawicka. Chcieliśmy pokazać ludziom: „Patrzcie, mamy skarb, za którym stoi wielka historia”. To był ten haczyk, który miał pociągnąć rewitalizację pałacu. I to się udało.

Foto: Bartek Hałat

Równie ważnym punktem na mapie Pana działań była Młodzieżowa Orkiestra Dęta. To nie był zupełnie nowy twór.

Orkiestra to stary byt, który w Kozach raz wzlatywał, a nieraz przygasał. W latach 80. mieliśmy wielu muzyków funkcjonujących w orkiestrach w zakładach pracy. Na początku lat 90., przy entuzjastycznym wsparciu ówczesnego wójta gminy Jacka Falfusa, młody wykształcony muzyk Stanisław Wróbel z gronem pasjonatów stworzył zespół otwarty na młodzieży. To był idealny czas – nie było jeszcze elektroniki i smartfonów. Instrument i instruktor były dla młodych ludzi szansą na spędzenie czasu bezpiecznie i kreatywnie. Bardzo szybko w orkiestrze pojawiły się całe rodziny: brat, siostra, kuzynostwo. Grano wszędzie: w kościele, na uroczystościach państwowych, na dożynkach. Orkiestra była okazją do korzystania z atrakcyjnych wówczas wyjazdów zagranicznych. Zespół kilkakrotnie koncertował w Szwecji, Niemczech, Czechach i na Słowacji. Orkiestra nie miała konkurencji i stała się naszą dumą, oazą tradycji oraz doskonałą podstawą dla nowych inicjatyw, takich jak kolejne formacje muzyczne czy festiwal orkiestr.

Wspomniał Pan, iż nowoczesna technologia nie zawsze pomaga w budowaniu kultury. Nowoczesne komunikatory to nie są Pana ulubione narzędzia?

Zdecydowanie nie. Na własnej skórze przerobiliśmy to przy projektach lokalnych. Krótkie wiadomości tekstowe spowodowały dezintegrację zespołu, niezrozumienie słów i spory. W kulturze fizyczne popatrzenie sobie w oczy i mowa ciała robią całą robotę. My się tu znamy, jesteśmy jedną rodziną. Cyfrowe skróty niszczą tę bliskość.

A co pozwalało „naładować baterie” poza pracą? Wiem, że Pańską wielką pasją są latawce.

Oj, to długa historia. Już od dziecka lubiłem majsterkowanie oraz budowanie modeli latających. Jako modelarz budowałem wiele rzeczy, ale latawce zafascynowały mnie przez internet. Poznałem tam rówieśnika z Niemiec; po wymianie kilkuset maili spotkaliśmy się w Kozach – przez trzy dni nie wychodziliśmy z piwnicy, szyjąc latawce. Od tego czasu kilkanaście razy byłem w Danii na wyspie Fanø, gdzie są idealne warunki do latania. To nie było tylko puszczanie „drachów”, to performance, sztuka konstruowania skomplikowanych form i kolejni nowi znajomi. Nawet teraz, na emeryturze, maszyna do szycia znowu poszła w ruch.

Podczas Noworocznego Spotkania Z Twórcami i Animatorami Kultury Powiatu Bielskiego 2026 odebrał Pan kolejne ważne wyróżnienie – Dyplom Honorowy Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jakie to uczucie?

Oczywiście, czuję wdzięczność dla osób, które dostrzegają, a później wnioskują o takie wyróżnienie. Jednak dla człowieka, który pracuje w zespole, a wokół siebie ma wielu innych aktywnych ludzi, takie nagrody to niemal wyrzut sumienia. Ja sam bym nic nie zrobił. To nagroda dla moich współpracowników, autorów i realizatorów inicjatyw kulturalnych, dla wolontariuszy, a nawet liderów lokalnego biznesu, którzy chętnie wspomagają działania lub sami się angażują. Bez takich ludzi, którzy dają „coś z serducha”, Dom Kultury byłby tylko budynkiem – to im przynależy splendor, a przynajmniej słowa podziękowania.

A komu chciałby Pan podziękować najbardziej?

Chciałbym skierować słowo „dziękuję” do wszystkich, którzy wierzyli we mnie, pozwalali mi na wiele, wspierali i szanowali moje wybory, ale przede wszystkim do najbliższych. Przez te wszystkie lata widzieliśmy się niemal wyłącznie przy śniadaniu. Oddałem pracy zawodowej znaczną część życia, często kosztem czasu dla rodziny. Dziękuję żonie za to, że rozumiała moją pasję i zawsze trwała przy mnie, mimo że życie animatora kultury nie zawsze jest tak „cukierkowe”, jak wygląda z zewnątrz. To dzięki tej wyrozumiałości mogłem stać się tym, kim jestem.

Jakaś rada dla następców?

Tylko pokora i szacunek. Pokora wobec własnych działań i szacunek do tego, co robią inni. Nie można chcieć, by „tylko moje było na wierzchu”. Działajcie razem, razem i jeszcze raz razem. Tylko tak buduje się coś trwałego.

Marek Małecki –związany z Kozami od początku lat 80. W 1991 r. powołał do życia i prowadził kino „Marzenie”, współzałożyciel Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Kóz, współorganizatorem Izby Historycznej im. A. Zubera. Jeden z inicjatorów powołania Domu Kultury w 1993 r., od 1994 do 2026 r. jego dyrektor. Zapoczątkował działania na rzecz przywrócenia Pałacu Czeczów do życia. Redaktor lokalnych pism, laureat odznaki „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Pasjonat modelarstwa, fotografii, krótkofalarstwa i budowy latawców.

google_news
Kronika Beskidzka prasa