Ładunek eksplodował pod Al-Mahawil, gdy kolumna wracała z akcji z udziałem saperów. Był 24 marca 2004 r. Pierwszy samochód siłą rozpędu przejechał dalej. Dwa następne stanęły unieruchomione. W jednym z nich był st. sierż. sztab. Jerzy Ludwin.
– Byliśmy ogłuszeni eksplozją, przed nami gęstniał czarny dym, sypały się kamienie – wspomina nasz rozmówca, ratownik pola walki, który półtora miesiąca wcześniej wraz z drugą zmianą polskich żołnierzy rozpoczął misję w ramach operacji NATO „Iracka Wolność”. Jako Pierwsza Grupa Bojowa 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego stacjonowali w bazie Al-Hilla, kilkanaście kilometrów od miejsca zasadzki. – We trzech: ja, „Hoze”, który był kierowcą i lekarz, kpt. Tomasz Hajzler, wyskoczyliśmy z samochodu i pierwsza myśl: co się komu stało? I jednocześnie oczekiwanie: skąd za chwilę oberwiemy? Znaleźliśmy się w tak zwanej strefie śmierci. Wiedzieliśmy, że kiedy wykonamy ruch, rozpocznie się ostrzał lub zostanie odpalony drugi ładunek – wspomina.
Zeskakując na kamienistą nawierzchnię, doznał poważnej kontuzji nadgarstka, wskutek czego później otrzyma status weterana poszkodowanego. W tamtej chwili poziom adrenaliny był jednak tak wysoki, że nie czuł bólu. Skrył się ze swoim Berylem (polski karabin automatyczny – przyp. red.) za kołami pojazdu i obserwował okolicę. Kilkanaście metrów od nich zatrzymał się samochód osobowy z dwoma Irakijczykami. Widział, że kierowca wykonuje jakieś ruchy rękami. – Pomyślałem, że zaraz zdetonują ładunek. Zamiast do nich puściłem jednak serię w opony i krzyknąłem po arabsku: „Wyjdź z samochodu, podnieś ręce do góry” – opowiada. – Potem okazało się, że to byli nieuzbrojeni cywile, natomiast mina-pułapka, wybuchając, uszkodziła przewody drugiego ładunku, także umieszczonego we wraku samochodu, który nie eksplodował. Gdyby wybuchł, nie mielibyśmy szans – stwierdza Jerzy Ludwin.
Przysięga na sztandar
Pięć miesięcy w Iraku, w najgorętszym okresie powstania szyickiego Muktady as-Sadra, nie było pierwszą misją emerytowanego podoficera bielskich „czerwonych beretów”. – Wcześniej były Wzgórza Golan, Bośnia i Kosowo – wylicza z dumą, dodając, że od dzieciństwa jego ambicją było złożyć przysięgę na sztandar i brać udział w misjach pokojowych.
Jerzy Ludwin urodził się w Oświęcimiu, w rodzinie o tradycjach mundurowych. Służbę w 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym rozpoczął w 1980 r. Po przeprowadzce do Bielska-Białej zamieszkał z żoną na Osiedlu Beskidzkim. Dziś mają dwie córki i wnuczkę, której zdjęcia zajmują w mieszkaniu honorowe miejsce, tuż obok pamiątek z dwudziestopięcioletniej służby.
W latach 1993–1995 pełnił funkcję dowódcy posterunku w Polskim Kontyngencie Wojskowym na Wzgórzach Golan. – Misja w Syrii na ogół była spokojna, zagrożenie stanowiły głównie miny, a także skorpiony i skolopendry – przybliża. Jako bardziej niebezpieczną wspomina służbę w dawnej Jugosławii, najpierw w Bośni (1996–1997), później w Kosowie (1999–2000). – Zagrożenia spowodowane minami oraz bezpośrednim ostrzałem były większe – stwierdza. – Wstrząsem były dla nas świadectwa zbrodni na cywilach, na które natrafialiśmy, w postaci masowych grobów i miejsc kaźni – przyznaje.
Właśnie w Kosowie „czerwone berety” z Bielska-Białej wybawiły z opresji amerykański patrol, który został otoczony w jednej z serbskich wiosek. Amerykanie stali nieruchomo za ścianą tarcz, osaczeni przez wrogo nastawiony tłum cywilów. – Po przybyciu nasz dowódca zdjął hełm, włożył beret i wszedł pomiędzy miejscowych – relacjonuje. – Chwilę rozmawiał, gestykulował, tłumaczył, że jesteśmy Polakami i nie mamy złych zamiarów. Wskutek tych negocjacji Serbowie w końcu wypuścili Amerykanów – wspomina z uśmiechem.
Następna misja miała już całkiem inny charakter. Po obaleniu w 2003 r. Saddama Husajna Polski Kontyngent Wojskowy w Iraku był odpowiedzialny w swoim sektorze za przywracanie porządku, bezpieczeństwa oraz odbudowę infrastruktury. Do jego zadań należała także ochrona ważnych obiektów cywilnych i wojskowych oraz szkolenie funkcjonariuszy nowych irackich służb bezpieczeństwa. – W rzeczywistości była to misja bojowa – ocenia Jerzy Ludwin.
Szalony pułkownik i kamikaze
Wkrótce po przybyciu naszego rozmówcy do Camp Charlie, bazy w Al-Hilli, niedaleko ruin starożytnego Babilonu, o mały włos nie doszło do masakry. Nieszczęścia udało się uniknąć tylko dzięki przytomności umysłu stojącego na warcie żołnierza z mongolskiej kompanii sojuszniczej. Zauważył on dwa rozpędzone pojazdy kierujące się od strony miasta wprost na betonowe ogrodzenia obozu. Kiedy oddał w ich kierunku strzały, doszło do potężnych eksplozji. Później ustalono, że pojazdy wykorzystane przez rebeliantów do samobójczego ataku zawierały blisko tonę ładunku wybuchowego. – Wstrząs wybuchu, oszołomienie, nie wiemy, co się stało – wspomina emerytowany podoficer. – Szybko wsiedliśmy w karetki, wjechaliśmy w ruiny. Domy zburzone, ludzie mówią, że zasypane są trzy rodziny. Opatrzyłem chłopca, może dwunastoletniego. Spod gruzów wyciągnęliśmy kobietę. Nie żyła. Płyta stropowa przygniotła dziewczynkę, dalej mężczyzna przygnieciony płytą. Wokół rwetes, wrzask… – przybliża.
St. sierż. sztab. Jerzy Ludwin mimo odniesionej kontuzji odsłużył w Iraku pełne pięć miesięcy. W tym czasie Camp Charlie był w dzień i w nocy stale pod ostrzałem z moździerzy. Prawie codziennie dochodziło do kontaktów ogniowych z nieprzyjacielem. – W kwietniu, w czasie bitwy w Karbali, byliśmy już załadowani do wozów, by ruszyć na pomoc kolegom – wspomina. – W ostatniej chwili odwołano akcję, gdyż przyszedł meldunek, że rebelianci na trasie przygotowali zasadzkę.
O tym, jakim wyzwaniem byli dla przywódców rebelii bielscy spadochroniarze, świadczą nagrody wyznaczone za ich głowy. – Za jednego martwego „kamikaze”, jak nas nazywali, terroryści płacili 5 tysięcy dolarów amerykańskich, za naszego dowódcę, płk. Piotra Patalonga, którego nazywali „crazy colonel”, czyli szalony pułkownik, oferowali 10 tysięcy dolarów – wylicza Jerzy Ludwin. – To nie było tak, że „trzymaliśmy się trochę z tyłu” – stwierdza z przekąsem nasz rozmówca, odnosząc się do znanych słów prezydenta Donalda Trumpa, który stwierdził niedawno, że w misjach z udziałem amerykańskich żołnierzy sojusznicy „pozostawali trochę z dala od linii frontu”.
Po powrocie z Iraku st. sierż. sztab. Jerzy Ludwin jeszcze przez dwa lata służył w 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym. W czerwcu 2006 r. przeszedł w stan rezerwy. Od 2018 r. pełni funkcję prezesa bielskiego koła Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ. Na pytanie, jakie jest jego życiowe motto, odpowiada: – Audaces fortuna iuvat. Szczęście sprzyja odważnym. Drugim jest Semper fidelis. Zawsze wierni – dodaje weteran.




