W wieku 22 lat Grażyna miała za sobą dwie operacje usunięcia jajników. Mimo że lekarze nie dawali jej większych szans, nie mogła pogodzić się z myślą, że nie zostanie matką. Potem na świat przyszła Patrycja. Dziś, nieuleczalnie chora i przykuta do łóżka, nie poddaje się zwątpieniu. – Walczę o każdą chwilę życia – stwierdza Grażyna. – Dla Patrycji, dla Wojtka i dla siebie – dodaje z naciskiem.
Poznali się w 2004 r., gdy była świeżo po maturze w Technikum Żywienia i Gospodarstwa Domowego w Milówce. Zabrakło jej punktu, żeby dostać się na pedagogikę do Cieszyna. Podjęła więc pracę w miejscowym hotelu „Tycjan”. Wojciech, który pochodzi z Milówki, pracował wówczas w bielskim „Teksidzie”. Był od niej trzy lata starszy. Grażyna urodziła się w 1984 r. i dorastała z czwórką rodzeństwa – dwoma braćmi i dwiema siostrami – w pobliskiej Kamesznicy.
Upragnione dziecko
Rozpoczęła trzyletnie studia pedagogiczne na bielskiej ATH. Przeniosła się wtedy do Bielska-Białej, gdzie z koleżankami wynajmowały mieszkanie. W tym czasie wykryto u niej guza, który na szczęście okazał się niezłośliwy. Przeszła operację wycięcia prawego jajnika i części lewego w bielskim szpitalu. Kolejny zabieg miała dwa lata później w Bytomiu. – Została mała część lewego jajnika – wyjaśnia Grażyna. – Lekarze dawali mi 20 procent szans na ciążę – dodaje.
W 2008 r. ukończyła bielską uczelnię z dyplomem licencjata. Z powodów zdrowotnych nie zdecydowała się na kontynuowanie studiów i podjęła pracę. Zatrudniła się w telemarketingu, a potem w markecie „Real” w Gemini. Mieszkają z mężem w Bielsku-Białej. W tym czasie starali się o dziecko i korzystali w skoczowskiej przychodni z metod naprotechnologii pod okiem dr. Adama Kuźnika. Zabiegi przyniosły efekt i w listopadzie 2010 r. na świat przyszła Patrycja.
– Kiedy zaszłam w ciążę, przeprowadziliśmy się do moich rodziców w Kamesznicy – opowiada. – Do Bielska-Białej wróciliśmy, gdy Patrycja miała pół roku. Znaleźliśmy wtedy mieszkanie w Starym Bielsku – wspomina.
Następne lata były najszczęśliwszym okresem w życiu młodej rodziny. Wojciech miał już stabilny etat w zakładach „Anord Mardix” w Wapienicy, w których pracuje do dziś. Ona zajmowała się dzieckiem i domem, a gdy córka miała trzy lata, podjęła pracę w nowym zawodzie. – Opiekowałam się osobami starszymi i chorymi – wspomina. – Najpierw w DPS-ie w Cygańskim Lesie, a potem w MOPS-ie. Bardzo lubiłam tę pracę i myślałam, że będę ją wykonywać do emerytury. Poszłam nawet do dwuletniej szkoły pomaturalnej, żeby podnieść kwalifikacje – dodaje.
Urlopy spędzali nad polskim morzem, gdzie mąż nauczył ją pływać. – Od tego czasu pływanie, obok tańca, sprawiało mi najwięcej przyjemności – wspomina z uśmiechem.
Nieubłagana diagnoza
Pierwsze niepokojące sygnały pojawiły się w 2014 r. Bez przyczyny zaczynały jej nagle drętwieć ręce. Zdarzało się, że nagle traciła czucie i z rąk wypadała szklanka lub talerz. Jeździli na konsultacje do różnych specjalistów, którzy mieli różne opinie. Jedni podejrzewali padaczkę, inni agenezję ciała modzelowatego. Dopiero po dwóch latach trafili do dra Krzysztofa Wierzbickiego, młodego neurologa ze szpitala w Cieszynie, który rozpoznał u niej stwardnienie zanikowe boczne – rzadką i nieuleczalną chorobę układu nerwowego, prowadzącą do stopniowej utraty kontroli nad mięśniami.
Mimo nieubłaganej diagnozy starali się żyć normalnie. Objawy nasilały się jednak stopniowo. Pojawiły się problemy z chodzeniem. Pewnego razu na spacerze z córką nagle się zachwiała i upadła na chodnik. Innym razem mąż musiał wezwać pogotowie, gdy przewróciła się w łazience i rozbiła głowę. W końcu, po półrocznym zwolnieniu lekarskim, postanowiła zrezygnować z pracy. – Nie mogłam dłużej narażać siebie ani bezpieczeństwa moich podopiecznych – tłumaczy Grażyna. Od 2017 r. otrzymuje rentę z tytułu niezdolności do pracy.
Na ile pozwalało zdrowie, starała się nadal wykonywać domowe obowiązki, ale w coraz większym stopniu przejmował je mąż: zawoził Patrycję do szkoły, sprzątał, robił zakupy.
Latem 2019 r. spędzili ostatnie wakacje nad Bałtykiem. Poruszała się już wtedy częściowo na wózku, a po powrocie do domu, kiedy u Grażyny wystąpiły problemy z saturacją, musieli wyposażyć mieszkanie w koncentrator tlenu.
Krytyczna chwila przyszła 1 maja 2023 r. Nic nie wskazywało na nagłe pogorszenie. Mieszkali od pięciu lat w Wapienicy, na parterze bloku przy ul. Jaskrowej. Po powrocie ze spaceru Grażyna poczuła silne bóle brzucha. Wieczorem dolegliwości się nasiliły i Wojciech wezwał karetkę. W drodze do szpitala dostała silnych drgawek. Nazajutrz, po przejściowej poprawie, jej stan znów się pogorszył i trafiła na OIOM. Mąż zastał ją podłączoną do respiratora. Lekarze poinformowali, że mięśnie oddechowe są tak słabe, iż nie będzie mogła normalnie oddychać bez urządzenia.
Chce dobrze wyglądać
Grażyna przez trzy dni była nieprzytomna, kolejne trzy tygodnie upłynęły, zanim zaczęła powoli wracać do sił. Poza respiratorem potrzebowała stale cewnika, ssaka do odciągania płynów z dróg oddechowych i dożywiania jelitowego, a z powodu tracheotomii musiała uczyć się na nowo mówić. Mąż jednak nawet na chwilę nie pomyślał o hospicjum. Po instruktażu z podstaw domowej opieki zabrał ją ze szpitala. Od tego czasu Grażynę otacza w domu troskliwa opieka najbliższych. Dzielnie pomaga w tym Patrycja, dziś uczennica I klasy LO im. A. Asnyka, a także siostra, która mieszka w Bielsku-Białej.
Ze swojej strony chora – na ile może – wciąż angażuje się w sprawy domu. Choć unieruchomiona, imponuje zapobiegliwością i bystrym umysłem. Dzięki laptopowi z funkcją sterowania wzrokiem planuje zakupy, kontroluje rachunki i zbiera fundusze na rehabilitację za pośrednictwem siepomaga.pl (można wyszukać wpisując Grażyna Witos-Fabian).
Jest to tym bardziej istotne, że wszystkie koszty związane z prowadzeniem domu i opieką nad żoną spadły na Wojciecha. Do jego obowiązków należy także regularna rehabilitacja, która zapobiega zanikowi mięśni, oraz codzienne wizyty opiekunki z MOPS. Ponieważ Grażyna, jak każda kobieta, chce dobrze wyglądać, co pewien czas przychodzi też fryzjer. – To, że jestem chora, nie znaczy, że mam być zaniedbana – zaznacza. Podczas jednej z wizyt fryzjera przypadkowo podłączono do listwy suszarkę, co spowodowało zwarcie i przerwanie pracy ssaka. – Na szczęście jakoś sobie poradziliśmy – dodaje z uśmiechem.
Grażyna relaksuje się oglądając filmy przyrodnicze i tureckie seriale. Kiedyś marzyli z mężem o wakacjach w Turcji, choroba pokrzyżowała jednak plany. Lubi też przyglądać się dużemu akwarium umieszczonemu naprzeciw jej łóżka. Pomimo tylu przeciwności losu, jej pogoda ducha ani na chwilę jej nie opuszcza. – Kiedy pracowałam z osobami starszymi i chorymi, zaobserwowałam dwie postawy – wyjaśnia. – Jedni nie godzili się z chorobą i walczyli o każdy dzień życia, inni poddawali się i obojętnieli. Ci drudzy szybko odchodzili. Ale ja mam dla kogo żyć – stwierdza nasza bohaterka.




