Wydarzenia Bielsko-Biała

Janusz Wędzicha: W rzeźbie szukam uśmiechu

Zdjęcia: Janusz Wędzicha

Od pięćdziesięciu lat zamienia surowe kłody drewna w ożywione postaci, nierzadko łamiąc przy tym utarte konwencje sztuki ludowej. Janusz Wędzicha to rzeźbiarz, który w monumentalnych formach potrafi zakląć humor, fantastykę i niezwykłą lekkość. Zaczynał w wojsku, uczył się na własnych błędach, by z czasem reprezentować Polskę na międzynarodowych konkursach. W szczerej rozmowie opowiada o tym, dlaczego rzeźbienie tępym dłutem przypomina krojenie pomidora, jak uczył własnego ojca rzeźbić i dlaczego niektórzy artyści skazują się na życie w biedzie.

Redakcja: Panie Januszu, mówi się, że szkoła uczy techniki, ale artysta musi wydeptać własną ścieżkę. Z czego musiał się Pan uczyć na własnych błędach, o których nie przeczyta się w podręcznikach?

Janusz Wędzicha: To trudna sprawa, bo ja zaczynałem od rzemiosła. Aby za komuny otworzyć firmę, trzeba było mieć odpowiednie uprawnienia – dla twórców ludowych wyglądało to trochę inaczej, ale ja chciałem prowadzić pełnoprawną działalność gospodarczą, więc musiałem przejść przez Cech Rzemiosł Artystycznych. Egzaminy zdawałem w Zakopanem, choć sam pochodzę z okolic Krakowa. To wymagało solidnego przygotowania – podczas egzaminu ustnego musiałem nie tylko wykonać rzeźbę, ale też rozpoznawać rodzaje drewna i opisywać jego walory. Zaliczyłem to.

Później, gdy moja żona studiowała w Krakowie, przeprowadziliśmy się do Bielska. I tu pojawiły się zgrzyty – tutejszy cech zarządził mi kolejny egzamin sprawdzający, mimo że miałem już ten zakopiański. Zdałem go, otworzyłem firmę i tak to się wszystko oficjalnie zaczęło.

A jak wyglądały te zupełnie pierwsze kroki? Czy Pana dziecięce, manualne predyspozycje w szkole podstawowej w Skawinie były przez kogoś zauważone i wspierane?

W Skawinie dość prężnie to wszystko działało, organizowano „Dni Skawiny” z wyścigami rowerowymi i różnymi konkursami. Pamiętam, że był tam konkurs plastyczny. Podszedłem przez przypadek, ulepiłem coś z gliny i od razu wygrałem. Wie pan, jak się ma te 12 czy 14 lat, to w głowie głównie uganianie się za piłką, ale sztuka zawsze mnie interesowała.

Co ciekawe, w mojej rodzinie wielki talent miał mój tato, tylko… w ogóle o tym nie wiedział. Miał niezwykły dar do instrumentów – potrafił wziąć do ręki gitarę czy mandolinę i po prostu zagrać, sam z siebie. A rzeźbić nauczył się ode mnie, kiedy miał już 50 lat. To było po tym, jak wróciłem z wojska.

Udało się Panu przekazać wiedzę w odwrotnym kierunku – syn uczy ojca. To rzadkość.

To prawda, a szło mu naprawdę nieźle i dorabiał sobie tym do emerytury. W rzeźbie ludowej często widać brak proporcji – twarze rzeźbione przez amatorów, niezależnie czy robią dziecko, czy kobietę, zawsze wyglądają jak stary chłop. Mój tato miał jednak świetne predyspozycje, od razu widział, gdy na przykład zrobił za duże usta. To były takie czasy, że w Skawinie królowało technikum elektryczne i maszyny. Nikt nie wiedział, że z dłuta można żyć, zresztą ja sam jeszcze 50 lat temu nie wiedziałem, co doradzić swojemu dziecku. Zawody artystyczne zawsze bywają niepewne. Żeby to się wszystko skleiło w jedną całość, trzeba odnieść chociaż nieduży sukces.

Wspomniał Pan wcześniej o szkole. Czy edukacja plastyczna daje swobodę pracy w drewnie?

Szkoła daje świetną wiedzę teoretyczną i potrafi uczyć poruszania się w stylach, co bywa ułatwieniem, ale często nie daje absolutnie żadnych praktycznych umiejętności manualnych. Miałem u siebie na spotkaniach pod Kozią Górą dziewczyny z krakowskiej ASP oraz konserwatora zabytków z Pszczyny. Chcieli się czegoś poduczyć. Fajnie się z nimi pracowało, dokładnie wiedzieli, co chcą osiągnąć, ale technicznie nie potrafili zrealizować wizji. Łapy mieli pocięte. Malowanie na płótnie nie jest niebezpieczne, ale my pracujemy z ostrymi narzędziami i bardzo wymagającym materiałem. Tego nie da się opanować w jeden czy dwa wieczory.

Jeśli jesteśmy przy materiale – pracuje Pan z drewnem o różnej twardości. Czy to wymaga innej techniki?

Na początku zawsze polecam miękkie drewno i dobry sprzęt. Wielu początkujących używa lipy. Dowiedziałem się od leśnika, że samej topoli jest aż sześćdziesiąt rodzajów, a najlepsza do pracy jest taka ogromna, kanadyjska.

Kluczowe są jednak narzędzia. Przestrzegam przed kupowaniem gotowych, tanich kompletów dłut – one się do niczego nie nadają i nie da się ich naostrzyć. Jak pan próbuje ciąć takim dłutem, to efekt jest taki, jakby chciał pan ukroić pomidora tępym nożem – po prostu się go rozgniecie. Trzeba inwestować w dobre, pojedyncze sztuki. Sam na początku rzeźbiłem w wojsku z nudów za pomocą jakichś nożyków, ale szybko zrozumiałem, że bez narzędzi daleko się nie zajdzie.

W Pana pracach uderza to, że łączy Pan monumentalne formy z ogromnym poczuciem humoru. Czuć tu inspirację fantastyką, a przecież rzeźba ludowa kojarzy się raczej z patosem.

Generalnie rzeźby ludowe bywają bardzo smutne, zwłaszcza figury świętych, które zawsze mają poważne oczy. A ja pomyślałem: czy święty nie może być uśmiechnięty? Zawsze szukałem we wszystkim humoru i uczuć, chciałem wyciągnąć z drewna dynamikę i ruch. Inspiracje czerpałem między innymi z Tolkiena. W rzeźbie muszę dać z siebie duszę, czasem wyolbrzymić pewne wady, stworzyć lekką karykaturę – na przykład ulepić kogoś z wielkim nosem. Uważam, że sztuka to coś przetworzonego przez wyobraźnię twórcy.

Dlaczego tak wielu rzeźbiarzy ludowych nie potrafi odnaleźć tej swobody? Mówił Pan o stoiskach, gdzie leży po kilka identycznych figur.

Zgadza się, widzę czasem stoisko z rzeźbą ręczną, a na nim siedem zupełnie jednakowych prac. Ludzie tego nie docenią, bo czują, że to wyszło jak z fabryki, robione na szybko. Wielu rzeźbiarzy po prostu się blokuje i nie potrafi ruszyć z miejsca. Miałem kiedyś takiego kolegę, który rzeźbił tylko płasko. Miał narysowane na drewnie centymetry i bał się wyjść poza schemat. A w drewnie nie ma się co bać! Trzeba odważnie ciąć i szukać w nim przestrzeni.

To odważne cięcie przestrzeni dzisiaj odbywa się często za pomocą pił spalinowych. Czy przejście z tradycyjnego dłuta na tak agresywne narzędzia to wymóg naszych czasów, by po prostu jako artysta przetrwać?

Teraz w grę wchodzą piły spalinowe, bo czasy są takie, że nie można nad jednym projektem siedzieć dziesięć lat. Gdybyśmy zostali tylko przy dłutach nic by z tego rzeźbienia nie było. Miałem takich kolegów, którzy rzeźbili dla samej idei – po milimetrze odcinali drewno, rysowali, znowu odcinali, bawili się w poszukiwanie idealnego wymiaru. I efekt jest taki, że żyją bardzo skromnie, bez własnych firm, opierając się tylko na jakichś dorywczych umowach zleceniach. Aby utrzymać z tego działalność, trzeba pracować szybko, sprawnie i dobrze. Koszty są ogromne: trzeba kupić drewno, drogie impregnaty, łańcuchy, piły. To niemal praca cyrkowa, żeby to wszystko miesięcznie spiąć.

Skoro to niemal sztuka cyrkowa, jak reagują na nią dzieci? Prowadzi Pan warsztaty, gdzie najmłodsi mają do czynienia z tym surowym, często niebezpiecznym światem.

Wypracowałem sobie prostą zasadę: pozwalam im działać. Gdybym wciąż krzyczał „nie dotykaj, uważaj”, niczego by się nie nauczyły. Kiedy pracujemy, włączam sprzęt i pytam: kto się nie boi piły spalinowej? Pamiętam, jak dziewczyny były przerażone, więc dawałem im mniejszą pilarkę akumulatorową. Rozrysowujemy projekt i wycinamy wspólnie krok po kroku. Nauczycielki były po prostu w szoku, widząc ten poziom zainteresowania w erze smartfonów i komputerów. Dzieci podpisywały swoje prace elektrycznymi lutownicami, malowały je. Oczywiście wszystko musi być maksymalnie bezpieczne – osobiście stoję z tyłu, asekuruję każdy ruch dziecka, a działalność mam ubezpieczoną na 100, czy nawet 200 tysięcy złotych.

Dużo Pan podróżował i brał udział w konkursach. W Europie rzeźba plenerowa to ogromne przedsięwzięcia. Jak wypadamy na tle świata?

Najlepsi rzeźbiarze w Europie to Polacy, Słowacy i Czesi. W Europie czas konkursowy to często około 25 godzin rzeźbienia na stworzenie wielkiej figury i tutaj nie mamy sobie równych. Świetni są też Japończycy na zawodach „English Open”. Szybcy bywają rzeźbiarze ze Stanów Zjednoczonych – potrafią w trzy godziny wyciąć wielkiego niedźwiedzia z idealnie odtworzonym futrem, robią to niemal z zamkniętymi oczami, ale oni zazwyczaj gubią się w skomplikowanej rzeźbie figuralnej.

Zresztą, planowaliśmy tutaj w Beskidach, w Szczyrku, wielki, międzynarodowy plener. Miała zjechać czołówka z całej Europy: Amerykanie, utytułowany Miro Tarnowski ze Słowacji i Hiszpan Marcos Marino. Niestety przyszła pandemia i te wszystkie plany po prostu upadły.

To środowisko jest silnie międzynarodowe. Wspominał Pan też o artystach z Rosji. Jak obecne napięcia geopolityczne wpływają na te relacje i spotkania na konkursach?

Przez wojnę podróżowanie stało się niezwykle skomplikowane. Ostatnio jeden z artystów musiał lecieć aż do Królewca, a potem jechać pociągami, żeby dotrzeć na miejsce. Nie mógł wziąć ze sobą prawie żadnych narzędzi, wszystko musiał pożyczać na miejscu. Niestety, na starcie dali mu dwie zepsute piły spalinowe, co tylko pokazało, z jakimi absurdami i problemami muszą się mierzyć twórcy, gdy w grę wchodzi wielka polityka. Sam miałem zaproszenie na ten konkurs, który odbywał się nad Bajkałem, jednak z uwagi na te przeszkody nie zdecydowałem się wziąć w nim udziału.

Na koniec – po tych pięćdziesięciu latach, konkursach w Europie i zleceniach ze Szwajcarii, co generuje u Pana największą tremę podczas pracy?

Na samym początku człowiek zawsze się stresuje, bo po prostu nie wie, jak do końca podejść do bryły. Teraz wystarczy, że rzucę okiem i wiem, co trzeba zrobić. Technicznie jednak najtrudniejsze pozostają twarze dzieci i pięknych kobiet – tam zawsze niezwykle łatwo zgubić proporcje. Zresztą robiłem już tak różne, wymagające projekty – choćby ołtarze i figury Świętej Katarzyny, Świętego Krzysztofa i Antoniego dla parafii w Szwajcarii, gdzie z dwudziestu europejskich rzeźbiarzy ksiądz proboszcz wybrał właśnie mnie. Po tylu latach strach przed drewnem znika. Zostaje w nim tylko przestrzeń na duszę.

Janusz Wędzicha – rzeźbiarz i twórca ludowy, specjalizujący się w pracy w drewnie z użyciem pił spalinowych. Zdobywca wyróżnień na rzeźbiarskich mistrzostwach Europy i uczestnik międzynarodowych plenerów.
Rozmawiał: PAWEŁ WIĘZIK

 

google_news
Kronika Beskidzka prasa