Wydarzenia Bielsko-Biała Cieszyn Czechowice-Dziedzice Żywiec Sucha Beskidzka Wadowice Oświęcim

Spleceni z tradycji. Opowieść o pasji, drewnie i szkle

Zdjęcia: Starostwo Powiatowe

Ich dom w Czechowicach-Dziedzicach wymyka się prostym definicjom. To nie jest zwykły budynek mieszkalny – to żywy, oddychający organizm, prywatna galeria sztuki i świątynia rzemiosła zarazem. W ogrodzie, pośród gęstych piwonii i dumnych irysów, wyrastają dostojne drewniane rzeźby. Z kolei na ścianach wnętrz rozbłyskują feerią barw tradycyjne obrazy malowane na szkle. Rozalia Szypuła (rocznik 1949, rodem z Bestwiny) oraz Józef Szypuła (starszy o rok, urodzony w Zabrzegu) związali swój los z Czechowicami-Dziedzicami, tworząc unikalny duet artystyczny i życiowy. Ona ujarzmia kruche szkło, on wydobywa duszę z surowego drewna. Oboje są filarami Stowarzyszenia Twórców Ludowych i oboje sięgnęli po prestiżową Nagrodę im. Oskara Kolberga. Spotkaliśmy się, by porozmawiać o ich początkach, codzienności rozpiętej między sztuką a ogrodem, oraz o tym, jak te dwie skrajne materie – ciepłe drewno i chłodne szkło – współgrają pod jednym dachem od ponad czterech dekad.

Wasze artystyczne drogi zaczęły nabierać wyraźnych kształtów w latach osiemdziesiątych. Czy te dwie wielkie pasje rodziły się w Was równolegle, z tego samego impulsu?

Rozalia Szypuła: Nasz ślub odbył się latach sześćdziesiątych, ale na ten właściwy, artystyczny poligon wkroczyliśmy dopiero piętnaście lat później. W Czechowicach prężnie działała wówczas Cepelia – instytucja, która dla wielu z nas była oknem na świat. To właśnie tam trafiły moje absolutnie pierwsze, jeszcze nieśmiałe obrazki malowane na szkle. Ta technika, z jej wyjątkową świetlistością i koniecznością malowania „w odwrotnej kolejności”, zafascynowała mnie bez reszty. Poczułam, że to jest mój język, moja droga.

Józef Szypuła: U mnie ten ogień rozpalił się w 1983 roku, świeżo po mrocznym i dusznym okresie stanu wojennego. Żona zaczęła malować dla Cepelii, a ja po prostu siedziałem obok i bacznie się temu przyglądałem. Zdolności manualne miałem we krwi od zawsze. W zakładzie pracy potrafiłem ze zwykłego kawałka metalu zrobić finezyjne obrączki, a do domu własnoręcznie wyczarowywałem półki czy użytkowe meble. Znajomi zawsze powtarzali, że jestem majsterkowiczem z pierwszej wody. Przełom nastąpił jednak wtedy, gdy zwykłe majsterkowanie ustąpiło miejsca potrzebie tworzenia czegoś trwalszego.

Jak wyglądał ten początek w polskiej sztuce ludowej? Kto dostrzegł w Was ten ukryty potencjał?

Józef Szypuła: Kluczową postacią był pan Kazek Leśniak, koordynator Cepelii, z którym na co dzień dzieliliśmy trudy pracy w czechowickiej Walcowni Metali. Pewnego dnia podszedł do mnie i rzucił prosto z mostu: „Słuchaj, Józku, twoja żona maluje te świetne obrazki na szkle, a ja właśnie organizuję wystawę towarzyszącą Tygodniowi Kultury Beskidzkiej w Szczyrku. Niech ona coś przygotuje!”. I tak to poszło. Zaczęło się bez wielkich wernisaży, skromnie, od wystawy zorganizowanej w szczyrkowskiej strażnicy, na długo zanim pomyśleliśmy o własnej domowej galerii.

Rozalia Szypuła: Tamto wydarzenie okazało się kamieniem milowym. Na wystawę przyjechała akurat przedstawicielka Stowarzyszenia Twórców Ludowych, która regularnie gościła w Szczyrku z grupą odbywającą kurs w Rzeszowie. Moje malarstwo natychmiast przykuło jej wzrok. Zaczęła dopytywać pana Leśniaka o autorkę tych prac. Kiedy się poznałyśmy, z miejsca zaczęła mnie namawiać, bym zgłosiła swoje dzieła na oficjalną weryfikację do STL. Broniłam się rękami i nogami! Mówiłam, że maluję zaledwie od roku, że mój warsztat jest zbyt skromny, że się po prostu nie kwalifikuję. Wtedy ona spojrzała na mnie i powiedziała słowa, które pamiętam do dziś: „Pani Rozalio, to w ogóle nie zależy od tego, jak długo pani maluje, ale od tego, jak pani to robi”. W 1985 roku zostałam oficjalnie przyjęta do stowarzyszenia. To dało mi ogromne skrzydła i wyznaczyło azymut na całe dalsze życie.

Józef Szypuła: Moja pierwsza poważna konfrontacja ze środowiskiem i krytyką miała miejsce rok później, w 1986 roku, podczas Prezentacji Twórczości Robotniczej Województwa Bielskiego. To był skok na głęboką wodę, ale opłaciło się – zdobyłem prestiżową nagrodę publiczności, co było dla mnie potężnym zastrzykiem motywacji. Co więcej, jedną z moich rzeźb zakupiło wtedy do swoich zbiorów Muzeum Etnograficzne w Toruniu. Dwa lata po tym sukcesie, w 1988 roku, ja również odebrałem legitymację Stowarzyszenia Twórców Ludowych.

Czy w domowym zaciszu podglądaliście nawzajem swoje techniki, czy raczej od początku obowiązywała twarda zasada całkowitej nieingerencji?

Józef Szypuła: Mówiąc zupełnie szczerze i bez ubarwiania: na początku niespecjalnie wchodziłem w jej świat. Owszem, czasem pomogłem coś podmalować, regularnie oprawiałem żonie gotowe szła w drewniane ramy, ale przez myśl mi nie przeszło, że sam noszę w sobie rzeźbiarski talent. Moje własne rzeźbienie narodziło się z absolutnego przypadku. Dopiero gdy zacząłem regularnie jeździć z żoną na kiermasze, jarmarki i wystawy sztuki ludowej, zacząłem chłonąć ten świat. Przyglądałem się dłutom innych rzeźbiarzy, podpatrywałem snycerzy, ale swój własny, unikalny warsztat wykuwałem w samotności. Samotnie dochodziłem do tego, jak ciąć drewno, na nikim się nie wzorując. Dokładnie tak samo zresztą jak Rozalia w swoim malarstwie. Każde z nas wydeptało swoją własną ścieżkę.

Jak w takim razie wygląda Wasz typowy dzień w czechowickiej oazie? Czy sztuka ma u Was sztywne, z góry zaplanowane godziny, czy raczej płynnie miesza się z prozą życia – gotowaniem obiadów i pielęgnacją ogrodu?

Rozalia Szypuła: (głośny śmiech) O rany, na tradycyjne gotowanie to u nas zazwyczaj brakowało doby! Bardzo często bywało tak, że malowanie całkowicie wygrywało z kuchennymi obowiązkami. Żartowaliśmy, że wystarczy butelka zimnej wody w lodówce i już jest dobrze, byle tylko praca szła do przodu. Choć muszę uczciwie przyznać, że ja już odłożyłam pędzle. Po moim wielkim jubileuszu czterdziestolecia pracy twórczej, który hucznie obchodziliśmy w Szczyrku, podjęłam świadomą decyzję o wyłączeniu się z tego biegu. Chcę już spokoju, nie zależy mi na rozgłosie. Ustępuję pola. Czy mimo tej niezależności potrafiliście być dla siebie nawzajem pierwszymi, surowymi recenzentami?

Józef Szypuła: Na samym początku drogi żona potrafiła zwrócić mi uwagę na pewne niedoskonałości. I wie pan co? Miała stuprocentową rację! Początki w sztuce ludowej bywają surowe, uproszczone, wręcz dziecięco naiwne. Ja jednak miałem w sobie potężną ambicję. Chciałem jak najszybciej doskoczyć do czołówki najlepszych polskich twórców, wniknąć głęboko w tkankę ludowości i zrozumieć jej najgłębszy sens. Zawsze powtarzam sobie jedno fundamentalne motto: nie wolno robić masowych, tanich pamiątek dla turystów. W tym nie ma ani głębszego sensu, ani prawdziwej artystycznej wartości. Trzeba znać temat od podszewki. Studiowaliśmy pasjami literaturę o tradycyjnych strojach cieszyńskich, spędzaliśmy godziny nad detalami, by nie popełnić najmniejszego błędu w ornamentyce czy kroju.

Jak współczesne, cyfrowe pokolenie reaguje na spotkanie z tak namacalną, tradycyjną formą wyrazu?

Rozalia Szypuła: Przez lata prowadziłam intensywne zajęcia plastyczne – najpierw w dawnej świetlicy kopalnianej, potem w murach Miejskiego Domu Kultury. Odwiedzały mnie całe klasy, setki dzieciaków. I muszę powiedzieć, że efekty tej pracy bywały wręcz poruszające. Niektórzy z tych młodych ludzi pokończyli później renomowane studia artystyczne, a po latach wracali do mojego domu, by z dumą pokazać mi swoje dyplomy i dojrzałe prace. To dla mnie najpiękniejsza nagroda.

Józef Szypuła: Ja z kolei zaszczepiałem rzeźbiarską pasję nawet wśród maluchów w przedszkolach. Choć tam, muszę przyznać z humorem, dzieci najbardziej fascynowały się nie samą rzeźbą, ale gigantycznymi stertami pachnących trocin, które sypały się spod moich dłut! Prowadziłem też regularne warsztaty w Domu Kultury. Dzisiejsza młodzież ma nieporównywalnie większe możliwości startu niż my za naszych czasów. Internet daje natychmiastowy dostęp do wiedzy. Niestety, czasami brakuje im kluczowego elementu: wewnętrznej determinacji i cierpliwości. Tych bodźców płynących bez przerwy z ekranów smartfonów jest dziś chyba po prostu za dużo, by usiedzieć kilka godzin nad jednym kawałkiem drewna. Drewno i szkło to z perspektywy rzemiosła dwa skrajne bieguny.

Skąd więc narodził się pomysł, by połączyć te dwie odmienne materie we wspólne, sygowane obojgiem Waszych nazwisk dzieła?

Rozalia Szypuła: Naszym absolutnym debiutem w duecie był duży, misterny tryptyk ołtarzowy. Pomysł polegał na tym, że moje tradycyjne obrazy malowane na szkle zostały precyzyjnie wkomponowane w bogato rzeźbione przez męża drewniane skrzydła ołtarza. Ta symbioza dała niesamowity efekt wizualny. W 2001 roku ta praca zdobyła najwyższe laury i wyjątkowo wysoką ocenę na międzynarodowym konkursie „Patroni Europy w sztuce”.

Józef Szypuła: Do dziś mam przed oczami inną naszą wspólną batalię – tworzenie ogromnej, monumentalnej skrzyni posagowej. To było czyste szaleństwo. Pracowaliśmy nad nią bez minuty przerwy, dzień i noc, przez pełne trzy doby. Dlaczego? Ponieważ jej dokładny wygląd, każdy detal i ornament, po prostu przyśnił mi się w nocy. Obudziłem się z tak potężnym, jasnym obrazem w głowie, że ogarnął mnie strach: jeśli nie złapię za dłuto natychmiast, ten genialny powidok rozmyje się, zblednie i ucieknie na zawsze.

A pamięta Pan swoją pierwszą, w pełni samodzielną nagrodę, która utwierdziła Pana w przekonaniu, że rzeźbiarska droga to nie był przypadek?

Józef Szypuła: Oczywiście. Moja pierwsza rzeźba wysłana na ogólnopolski konkurs pojechała do Łęczycy. Zdobyłem tam trzecią nagrodę. Radość i duma były wprost nie do opisania, ponieważ jako skromny chłopak z regionu stanąłem wtedy w szranki i wygrałem z absolutnymi tuzami, prawdziwymi legendami polskiej rzeźby ludowej. To był moment zwrotny.

Ciekawym wątkiem w Waszych biografiach jest również powrót do klasycznej formy zabawki ludowej. Czy to była próba ucieczki w bezpieczny świat dzieciństwa, czy raczej czysty eksperyment formalny?

Józef Szypuła: W ramach tego powrotu zrekonstruowałem tak zwaną „rawkę” – kultową zabawkę na drewnianych kółkach, wyposażoną w prowizoryczną kierownicę i małą lampkę. Dokładnie takimi wehikułami namiętnie jeździliśmy jako dzieciaki po czechowickich podwórkach i bezdrożach. Przypomniałem sobie ten stan absolutnej beztroski, kiedy każdy chłopak w szkole marzył o własnej rawce, i poczułem silną potrzebę, by uratować ten kawałek pamięci od zapomnienia.

Rozalia Szypuła: Ja natomiast poszłam w stronę tradycyjnego krawiectwa ludowego – własnoręcznie uszyłam klasyczną szmacianą lalkę oraz miękkiego misia. To również były żywe wspomnienia z mojego wczesnego dzieciństwa, kiedy zabawki nie zjeżdżały z taśm produkcyjnych w Chinach, ale miały duszę i zapach domu. W tamtym okresie zainteresowanie naszymi zabawkami na wystawach było gigantyczne.

Dzisiejszy świat zabawek wygląda już zupełnie inaczej, jest przesycony plastikiem i elektroniką. W 2005 roku nadszedł moment szczególny – odebraliście wspólnie Nagrodę im. Oskara Kolberga.

Józef Szypuła: To była dla nas chwila absolutnie metafizyczna. Odebranie Nagrody Kolberga to najwyższy z możliwych honorów, jakie mogą spotkać twórcę ludowego w naszym kraju. Cztery lata później, w 2009 roku, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego uhonorował mnie osobiście odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Przez wiele długich lat miałem też zaszczyt pełnić funkcję prezesa naszego regionalnego oddziału Stowarzyszenia Twórców Ludowych, a także zasiadałem w ścisłym Zarządzie Głównym tej instytucji w Lublinie, co pozwalało mi realnie wpływać na kształtowanie polityki kulturalnej i dbanie o młodych twórców.

Pani Rozalio, w Waszym portfolio znajduje się też niezwykle ciekawy epizod związany z literaturą dziecięcą. Jak wspomina Pani pracę nad ilustrowaniem książek?

Rozalia Szypuła: To była genialna inicjatywa samego stowarzyszenia, które wypuściło na rynek unikalny cykl wydawniczy „Twórcy ludowi dzieciom”. Jeden artysta ludowy pisał rymowany tekst lub wiersz, a inny brał go na warsztat i tworzył oprawę grafiką. Moja debiutancka książeczka w tej serii ujrzała światło dzienne w 1989 roku. Po niej przyszły zaproszenia do zilustrowania kilku kolejnych tomików. Zupełnie osobną, wręcz filmową opowieścią była praca nad książką wydaną w Niemczech pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Trafił do nas zachodni pisarz, który przypadkowo zobaczył jeden z moich obrazów na szkle u swoich znajomych na ścianie. Po niespełna tygodniu zapukał do naszych drzwi z gotowym, skrojonym pod moje malarstwo pomysłem na książkę dla najmłodszych.

Wasz czechowicki dom ma już stuletnią historię. Jakie tajemnice kryją te wiekowe mury?

Rozalia Szypuła: Budynek wznieśli w 1926 roku moi bliscy krewni – ukochana ciocia oraz wujek, który był niezwykle poważanym człowiekiem, maszynistą potężnej maszyny parowej w czechowickiej Walcowni Metali. Ten dom przetrwał straszliwe wichry historii. Podczas II wojny światowej w naszej piwnicy stacjonował oficjalny sztab wojsk rosyjskich, a w trakcie zaciekłych walk jeden z pocisków uderzył bezpośrednio w budynek, poważnie uszkadzając konstrukcję dachu. Po latach, gdy remontowaliśmy dom, mąż odnalazł tę jedną, ocalałą, okaleczoną wojennym odłamkiem belkę dachową. Zamiast ją wyrzucić, Józef tchnął w nią nowe życie – wyrzeźbił z niej piękną, przydrożną kapliczkę, która po dziś dzień dumnie strzeże naszego ogrodu. Ja sama trafiłam pod ten dach jako maleńka, trzyletnia dziewczynka. Moi krewni nie mogli mieć własnych dzieci, a moja rodzona mama w tamtym okresie bardzo ciężko chorowała. Co ciekawe, ta miłość do tradycji została w genach – moja rodzona siostra, która zdecydowała się pozostać w naszym domu rodzinnym, również jest utytułowaną twórczynią ludową, realizującą się z sukcesami w misternej sztuce tradycyjnego haftu.

Gdybyście dziś, bogaci o te wszystkie dekady doświadczeń, sukcesów, ale i trudów, mogli cofnąć czas i spotkać samych siebie z początku drogi – czy dalibyście sobie jakąś radę? Zmienilibyście cokolwiek w tym scenariuszu?

Rozalia i Józef Szypułowie: Nie zmienilibyśmy absolutnie niczego. Wszystko w naszym życiu ułożyło się dokładnie tak, jak miało się ułożyć. W ludzkim losie regularnie nadchodzą takie graniczne momenty, w których staje się na rozdrożu i można pójść albo w lewą, albo w prawą stronę. Nam, z perspektywy czasu, chyba udało się bezbłędnie wykorzystać każdą jedną szansę i każdą furtkę, jaką postawił przed nami los. Jesteśmy ludźmi w pełni spełnionymi.

Prace czechowickich mistrzów były prezentowane na dziesiątkach wystaw w Polsce oraz daleko poza jej granicami – zachwycały publiczność w Austrii, Czechach, Niemczech, Francji, na Litwie i Węgrzech. Trafiły również do prestiżowych prywatnych kolekcji kolekcjonerów w niemal całej Europie, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Brazylii, Meksyku, a nawet w odległej Australii. Pod dachem ich stuletniego domu w Czechowicach-Dziedzicach chropowate drewno i kruche szkło od dekad prowadzą nieprzerwany, fascynujący dialog. To piękna, uniwersalna opowieść o dwojgu ludziach, którzy mieli odwagę bezkompromisowo pójść za głosem własnej, niczym nieograniczonej wyobraźni.

Rozmawiał: Paweł Więzik

 

google_news
Kronika Beskidzka prasa