Jolanta Fraszyńska na Bieg po Nowe Życie w Wiśle przyjeżdża zawsze, kiedy tylko zobowiązania zawodowe jej na to pozwalają. Otwarcie mówi, że do perły Beskidów wraca się jak do domu.
Red. Marioli Morcinkovej opowiedziała o pracy na planie „Szpital św. Anny” i o tym, czego nauczyła ją serialowa bohaterka. Wspomina także Franciszka Pieczkę, z którym lata temu pracowała na planie serialu „Hotel pod żyrafą i nosorożcem”.
Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. W to wydarzenia angażuje się pani wspólnie ze swoim partnerem, który w 2011 roku przeszedł przeszczep wątroby. Czy czuje się pani ambasadorką tego wydarzenia?
Można mnie zaliczyć do grona ambasadorów tego wydarzenia, albowiem od 18 lat jestem w związku z Tomaszem, który 15 lat temu dostał drugie życie dzięki przeszczepowi wątroby.
Można powiedzieć, że wchodzi pani w to wydarzenie ze swoją historią. Co powiedziałaby pani tym wszystkim, którzy do tej pory zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli, czyli zgody na pobranie swoich narządów po śmierci?
Każdy powinien to rozważyć w swoim sercu, podobnie jak wszystkie inne decyzje. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie przyjdzie nam skonfrontować się z taką lub inną zdrowotną potrzebą. Z tego miejsca chciałabym nakłonić do głębokiego zastanowienia się nad tym tematem i znalezienia odpowiedzi w sobie.
Dzisiejsza impreza jest szczególna, albowiem świętowane jest 15-lecie jej istnienia. Dobrze wspólpracuje się pani z Przemysławem Saletą?
Kiedyś miałam możliwość kroczenia za nim w jednej ze sztafet. Kiedy ja robię osiemnaście kroków, on robi jeden. (śmiech)
Po tylu latach wraca się do Wisły jak do domu, prawda?
Tak. Dzień wcześniej podkreślano też to na gali, na której świętowaliśmy nasz przyjazd. Mówiono właśnie o tym, że Wisła jest domem dla Biegu po Nowe Życie. Potwierdzam.
Nie jest to nasza pierwsza rozmowa, ale od zawsze jestem zafascynowana pani pozytywnym podejściem do życia. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?
Niedawno przeczytałam książkę pani profesor Ewy Woydyłło- Osiatyńskiej o szczęściu. Mówi o tym, że bycie pozytywnym w życiu po prostu nam się bardziej opłaca. Polecam tę książkę z całego serca.
To ułatwia funkcjonowanie nie tylko w codzienności, ale też w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie?
Dawka poczucia humoru i dystansu przydaje nam się w tym wymagającym świecie zawsze.
Pozytywne usposobienie jest jedną z cech, którą podarowała pani Zycie Orłowicz ze „Szpitala św. Anny”. Co jeszcze?
Opowiem o tym, co ona mi dała. Podarowała mi umiejętność wypowiadania się w jasny, klarowny, ale też zdecydowany sposób.
Czy umiejętności, które nabyła pani we wcześniejszych latach, pracując na planie serialu „Na dobre i na złe” i wcielając się w dr. Monikę Zybert, okazały się przydatne?
Najbardziej przydało się to, że dość naturalnie umiem zaprezentować się w lekarskim kitlu. (śmiech)
Jakie są pani sposoby na przyswajanie terminologii medycznej?
To trzeba wykuć lub zapisać na dłoni tak, żeby nikt nie widział. (śmiech) Zdarza mi się dość często korzystać z takiej ściągi.
Fani nam nie wybaczą, jeśli nie zdradzimy, gdzie można nabyć te charakterystyczne okulary, z którymi Zyta się nie rozstaje.
W kraju nie ma możliwości, by je nabyć. Zakupiła je kostiumolog, szykująca nam kostiumy do serialu „Szpital św. Anny”. Muszę faktycznie przyznać, że stały się hitem.
Serial „Teściowie” również cieszy się dużą sympatią widzów. To w nim po latach spotkała się pani z Cezarym Kosińskim, który jest Pani serialowym mężem. Jakie to było spotkanie?
Cezary Kosiński jest wspaniałym aktorem i kolegą. Wcześniej graliśmy razem nie tylko w „Na dobre i na złe”, ale też w serialu „Licencja na wychowanie”. Była to jedna z moich ulubionych produkcji.
Czy to, że wcześniej przez kilka lat graliście razem, pomogło wam w budowaniu relacji między bohaterami?
Kiedy między ludźmi jest chemia, to zawsze lepiej się pracuje.
Czy serialem, z którym najczęściej jest pani kojarzona przez widzów jest dalej „Na dobre i na złe”, czy pod wpływem „Szpitala św. Anny” to się trochę zmieniło?
Teraz zdecydowanie jest to „Szpital św. Anny”. Zyta robi dobrą robotę.
W pamięci tych nieco młodszych widzów zapisała się pani jako Ania z „Hotelu pod żyrafą i nosorożcem”. Wspominam o tym, ponieważ serial jest dość regularnie powtarzany m.in. w TVP ABC. Czy zwierzęta są trudnymi partnerami na planie?
Dzieci i zwierzęta zaliczają się do podobnego stopnia trudności, jeżeli używamy tutaj takiej nomenklatury, zawsze uwaga skupia się na nich. (śmiech)
To tam pracowała pani u boku Franciszka Pieczki. Jak go pani zapamiętała?
Zapamiętam go jako cudownego, ciepłego człowieka. Jego serdeczność i to, że był taki „ludzki“, cenię to w ludziach bardzo.
Dziękuję za rozmowę.





