Wydarzenia Bielsko-Biała

Kto pomoże Łukaszowi?

Fot. Marcin Płużek

W ciągu zaledwie ułamków sekundy całe wcześniejsze życie Łukasza Domka, 32-letniego bielszczanina, legło w gruzach. Wspaniała żona, ukochany syn, dobra praca, wypady w góry, wycieczki rowerowe, mnóstwo planów na przyszłość – wszystko w jego życiu układało się wspaniale. Nadszedł jednak ten feralny dzień…

To było niedzielne popołudnie 8 kwietnia zeszłego roku. Wraz z żoną i 5-letnim synem wracał do domu samochodem z wycieczki do Paprocan. Wypadek wydarzył się w Goczałkowicach, tuż za głównym skrzyżowaniem w centrum tej miejscowości. Z bocznej, podporządkowanej drogi nagle wyjechał samochód i uderzył w bok auta kierowanego przez Łukasza. O wypadku rozpisywały się media, a w internecie pojawiły się filmiki ukazujące to tragiczne zdarzenie. Siła uderzenia wyrzuciła kierowcę z auta. W relacjach na gorąco pisano, że najpewniej nie żyje, bo któż by mógł przeżyć taki upadek. Teraz Łukasz wspomina, że widział ten samochód jak stał przed skrzyżowaniem (jak ustalono, za jego kierownicą siedział 21-letni Ukrainiec) i nagle nie wiedzieć czemu wyjechał wprost na nadjeżdżające dwupasmówką auto. Samo uderzenie może nie było bardzo silne (auto sprawcy prawie w ogóle nie ucierpiało), lecz sprawiło, że trafiony pojazd zaczął się obracać, po czym uderzył w przydrożną barierkę i aż wystrzelił w powietrze. To właśnie uderzenie w barierki wyrwało drzwi od strony kierowcy, przez które Łukasz – choć, jak podkreśla, miał zapięte pasy – wypadł na jezdnię. O siłach, jakie wtedy działały na osoby znajdujące się w pojeździe świadczy także to, że żonę, która siedziała na fotelu pasażera, strażacy uwalniali z siedzenia kierowcy. Żeby się mogła tam przemieścić, wyłamała ciałem drążek zmiany biegów. Także dziecko znajdujące się w foteliku na tylnym siedzeniu zostało z niego siłą uderzenia „wyrwane”. Na szczęście obrażenia zarówno żony, jak i 5-letniego wtedy Pawełka – choć oboje trafili do szpitali – okazały się niegroźne.

Natomiast przyszłość Łukasza malowała się w jak najczarniejszych barwach. To, że przeżył można uznać za cud. I nie był to jedyny cud w całej tej historii. Do szpitala w Sosnowcu zabrał go śmigłowiec ratunkowy.

Lekarze powiedzieli nam, abyśmy pożegnali się z Łukaszem, bo możliwe, że nie dożyje do rana – mówi jego matka, Bożena.

Lista obrażeń jakich doznał była bowiem długa i przerażająca. Pogruchotane kości czaszki, obrażenia wewnętrzne wielonarządowe, stłuczenia, złamania, a najgorsze z nich to uszkodzenie rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym. Na OIOM-ie spędził ponad pół roku i przeszedł w tym czasie kilka operacji oraz zabiegów. Trzykrotnie doszło u niego do zatrzymania akcji serca. Dwa razy na stole operacyjnym, a raz w wyniku sepsy, która – jakby tego wszystkiego było mało – też się na dodatek przyplątała. To nie koniec! Czy to w wyniku długotrwałej czy też źle wykonanej intubacji, Łukasz ma uszkodzoną (zrośniętą) tchawicę. Teraz oddycha i porozumiewa się z otoczeniem za pomocą tkwiącej w jego szyi rurki tracheostomijnej. Mówienie – a właściwie „chropowaty szept” – przychodzi mu z trudem.

Gdy wyszedł ze szpitala, był wrakiem człowieka niezdolnym do jakiejkolwiek samodzielnej egzystencji. – Żona dosłownie karmiła mnie za pomocą strzykawki – szepcze. Sam nie był w stanie się poruszać nawet na wózku, a o utrzymaniu czegokolwiek w ręku mógł tylko pomarzyć.

Cała nadzieja na w miarę normalne życie jest w rehabilitacji. Problem polega na tym, że publiczna służba zdrowia w tej materii nie jest w stanie wiele takim ludziom zaoferować. – W lutym syn rozpoczął rehabilitację w prywatnym ośrodku w Mysłowicach. Codzienne go tam dowożę na zajęcia – mówi Bożena Domek dodając, że aby móc to robić i pomóc w ten sposób żonie Łukasza, musiała zrezygnować z podjęcia pracy. Jak mogą, pomagają wszyscy. Zwłaszcza teściowie, u których Łukasz mieszka wraz z rodziną.

Intensywna rehabilitacja – choć to dopiero początki – już przynosi efekty. Łukasz w miarę sprawnie operuje obiema rękami, choć przy takim urazie rdzenia kręgowego wydawało się to nierealne. – Lekarze się dziwią, bo uznali go za osobę z niedowładem wszystkich czterech kończyn – dodaje matka. Nadzieję na większa poprawę widzą w tym, że jego rdzeń kręgowy nie został całkiem przerwany, lecz w wyniku urazu kręgosłupa mocno „zaciśnięty”. Czeka go ogromny wysiłek i lata intensywnej rehabilitacji, aby choć w drobnym stopniu mógł dojść do jako takiej sprawności. A taka rehabilitacja jest bardzo droga. Koszt zabiegów, jakim poddawany jest obecnie Łukasz, to 7 tysięcy złotych miesięcznie. Później będzie jeszcze drożej, bo wraz z poprawą jego stanu zdrowia, ćwiczeń zacznie przybywać, dojdą też te bardzo specjalistyczne, w tym z wykorzystaniem egzoszkieletu. Na razie idą na to wszelkie oszczędności, pomaga rodzina a nawet sąsiedzi, lecz pieniądze szybko się skończą i co wtedy? Smutna perspektywa wegetacji przez resztę życia na łasce i niełasce innych?

Łukasz wie, że raczej już nigdy nie nauczy swojego syna jeździć na nartach – co mu kiedyś obiecał, a na co maluch wciąż czeka. I nie wyruszy z nim na górską wędrówkę czy rowerową przejażdżkę. Chciałby jednak móc wyjść z nim – choćby na wózku – na spacer czy do kina. Na to jest szansa, lecz czy wystarczy pieniędzy?

Te potrzebne są z resztą nie tylko na rehabilitację. Łukasz chciałby odzyskać głos i pozbyć się tracheostomijnej rurki. Konieczna jest więc rekonstrukcja tchawicy. Na razie nikt w Polsce nie chciał podjąć się takiej operacji, lecz może gdzieś za granicą? To jednak też kosztuje, nie mówiąc już o potrzebie kompletnej przebudowy mieszkania pod potrzeby osoby niepełnosprawnej czy kupnie lekkiego wózka, dzięki któremu Łukasz mógłby wreszcie zacząć się samodzielnie poruszać – na początek chociażby tylko po mieszkaniu. Bo ten, który ma obecnie jest za ciężki, aby mógł z niego korzystać bez pomocy innych.

Pocieszające w tej smutnej do bólu historii jest to, że Łukasz mimo tego co go spotkało nie traci nadziei i pogody ducha. – Zawsze był pogodnym, aktywnym fizycznie i towarzyskim człowiekiem i takim pozostał nadal – mówią bliscy. Na pewno pomaga mu w tym ich wsparcie i pomoc, jaką go otoczyli. – Pamiętam jak leżałem w szpitalu, gdy przywozili na oddział osoby poszkodowane w wypadkach, które dowiadywały się, że do końca życia będą sparaliżowane. Wszyscy płakali, krzyczeli, wyli z rozpaczy, ja jednak nigdy się nie załamałem – szepcze.


Jeśli ktoś chciałby pomóc Łukaszowi, może wpłacić na konto fundacji „Ogniwo” (68 8470 0001 2001 0044 2985 0001 ) dowolny datek – koniecznie z dopiskiem „dla Łukasza Domek”.

Skomentuj

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o