Wydarzenia Bielsko-Biała

Niechlubna atrakcja

Fot. Z archiwum portalu

Niedawna tragedia na terenie Stalownika postawiła na nogi służby i sprawiła, że zasadne stało się pytanie, co zrobić, aby obiekt, który przyciąga niczym lep muchy wszystkich fanów adrenaliny, więcej już nie kojarzył się z dramatem. Ale czy w ogóle można coś zrobić?

PRIORYTET
DZIELNICOWEGO

Śmierć młodej bielszczanki była pierwszym tak tragicznym zdarzeniem na terenie ruin Stalownika. Zdaniem Romana Szybiaka, pełniącego obowiązki rzecznika prasowego policji, policja zrobiła wiele, aby na prywatny teren nie wchodziły osoby postronne. – Od prawie roku dosyć szczegółowo monitorujemy ten teren, jest on pod szczególnym nadzorem policjantów z komisariatu I -tłumaczy rzecznik. -Wiem też, że dla tamtejszego dzielnicowego to temat priorytetowy, i to nie od teraz, a od dawna. Aczkolwiek zawsze można zrobić więcej. Tak naprawdę, to aby uniknąć niebezpieczeństwa, że ktoś znowu coś tam sobie zrobi, cały ten teren powinien być na okrągło pilnowany.
Nie wystarcza, jak się okazało, ogrodzenie i tablice informujące o zakazie wejścia. – Musielibyśmy pełnić tam dyżur stacjonarny, a na to policji nie stać -wyjaśnia Roman Szybiak. -To raczej leży już po stronie właściciela, tyle, że do zatrudnienia ochroniarzy nie da się go zmusić.

Podobnego zdania jest Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego. Instytucja ta od lat stosuje prawnie dozwolone środki nacisku na właściciela, aby w odpowiedni sposób zabezpieczał teren swojej własności. – Niestety właściciel jest wyjątkowo oporny – mówi Jadwiga Wiśniewska z PINB. -A my, jako instytucja, możemy wobec niego stosować tylko prawne środki przymusu.
Są to różnego rodzaju nakazy dotyczące zabezpieczenia ruiny, łącznie z zawiadomieniem prokuratury i skierowaniem sprawy do sądu w sytuacji, kiedy wspomniane zabezpieczenie obiektu nie było wykonane należycie. – W każdym razie nasi inspektorzy odwiedzają to miejsce systematycznie – zapewnia Jadwiga Wiśniewska. -Najlepszym wyjściem byłoby zamontowanie monitoringu na tym terenie i wynajęcie firmy ochroniarskiej, ale tego właściciel nie chce zrobić, a nikt go do tego zmusić nie może.

DRESZCZYK EMOCJI

Tymczasem od wielu lat ta pusta, zrujnowana betonowa konstrukcja przyciąga do Bielska-Białej wszelkiej maści amatorów mocnych wrażeń i wielbicieli miejsc owianych aurą tajemniczości. Nie mówiąc już o zwykłych szabrownikach i miłośnikach mocnych trunków pitych na łonie natury, którzy równie chętnie odwiedzają to niesamowite miejsce.

To, że opuszczony poszpitalny budynek penetrują nieproszeni goście nie powinno dziwić. Wystarczy spojrzeć na majestatyczny gmach sięgający nieba położony na górskim zboczu w odludnym i urokliwym zakątku. Jedni przychodzą tam dla zapierających dech w piersiach widoków, jakie roztaczają się z jego wyższych kondygnacji, inni aby spenetrować wszystkie zakamarki opuszczonego budynku, w tym jego ogromne podziemia. Jeszcze inni pojawiają się w Stalowniku, aby poczuć dreszczyk emocji. Dla nich wszystkich zrujnowany szpital jest wyjątkowo atrakcyjnym miejscem, którego sława wykracza już daleko poza granice Bielska-Białej. Zwłaszcza, że coraz większą popularność zdobywa wśród głównie młodych osób tak zwany urban exploration (w skrócie urbex), czyli eksploracja miejska. Amatorzy tej formy aktywności odwiedzają wszelkie opuszczone, niewidoczne i niedostępne miejsca i obiekty usytuowane w miejskiej przestrzeni. Zazwyczaj są to nieczynne zabudowania pofabryczne oraz inne puste budynki, stare forty i fortyfikacje, podziemia czy obszary na co dzień zamknięte dla postronnych osób (na przykład stare cmentarze). O swojej pasji miejscy eksploratorzy mówią niechętnie i raczej unikają rozgłosu. W przeciwieństwie jednak do zwykłych szabrowników czy wandali w środowisku tym obowiązuje jedna żelazna zasada. Z miejsc, do których się wchodzi nic oprócz zarejestrowanych zdjęć czy nakręconych filmów wynieść nie można. Stąd też pokłosiem takich wypraw jest zazwyczaj bogata fotograficzno-filmowa dokumentacja. Nie inaczej jest w przypadku Stalownika. W internecie zobaczyć można dziesiątki filmików nakręconych w jego murach. Obrazom tym towarzyszy zazwyczaj podniosła muzyka i ekscytujące komentarze. Wszystko to zachęca kolejnych „śmiałków” do eksploracji zabudowań dawnego szpitala.

STOI I KUSI

Zwłaszcza, że w praktyce pustego gmachu nikt nie pilnuje i tylko jego najwyższe kondygnacje – z uwagi na anteny telekomunikacyjne zamontowane na dachu – objęte są ponoć monitoringiem. Wejść do budynku nie jest więc trudno. Kto by się bowiem przejmował tabliczkami zakazu wstępu czy fragmentarycznym ogrodzeniem.
Nie są to jednak miejsca bezpieczne. Z uwagi na brak zabezpieczeń, dziurawe stropy, przepastne podziemia, wystające elementy konstrukcyjne czy wreszcie tony potłuczonego szkła o wypadek nietrudno. Trudno też przypuszczać, że właściciel nieruchomości (obiekt nie jest bezpański) w końcu zabezpieczy budynek w odpowiedni sposób przed dostępem osób postronnych. Zwłaszcza, że przez wiele lat nic – a jeśli już, to bardzo niewiele – w tej kwestii uczynił. Zamiast tego doprowadził obiekt do kompletnej ruiny. Trudno też liczyć, że wskórają coś w tej sprawie odpowiednie służby i instytucje państwa, skoro do tej pory im się to nie udawało. Nakazy, mandaty, grzywny, czy inne kary nakładane na właścicieli nieruchomości nie dały bowiem większego efektu. Zrujnowany opuszczony gmach jak stał, tak stoi i kusi…


Budynek Stalownika oddano do użytku w 1968 roku. Było to wtedy sanatorium dla hutników oraz pracowników hutnictwa. Stąd jego nazwa mająca się nijak do górskiego otoczenia budynku. Prawie identyczny obiekt oddano mniej więcej w tym samym czasie w Szczawnicy, gdzie do dzisiaj funkcjonuje w nim sanatorium Metalowiec. W 1982 roku Stalownik został przemianowany na szpital. Taką rolę pełnił do 2001 roku, gdy został zamknięty, a jego oddziały przeniesiono do uruchomionego w tym czasie Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej. Oficjalnym powodem likwidacji szpitala było to, iż budynek nie spełniał norm przeciwpożarowych. Było kilka pomysłu na to, jak wykorzystać opuszczony gmach (między innym miał tam powstać prywatny szpital, planowano też urządzić akademik dla studentów ATH), jednak ostatecznie marszałek województwa śląskiego nieruchomość sprzedał. Nabył ją – jak się miało okazać – tajemniczy biznesmen z Podhala, który doprowadził budynek do obecnego katastrofalnego stanu. Ciekawostką jest, że budynek Stalownika powstał w latach zimnej wojny i został tak zbudowany i usytuowany (w cieniu górskiego zbocza), aby przetrwał wybuch jądrowy. Miał bowiem stanowić zaplecze szpitalne dla śląskiej aglomeracji zagrożonej atakiem nuklearnym w wypadku wybuchu III wojny światowej.

5
Skomentuj

avatar
5 Komentarzy
0 Odpowiedzi
0 Śledzących
 
Najwięcej odpowiedzi
Najgorętsze komentarze
5 Komentarzy
zybiAndyAleksanderantyidiotaMarek Ostatnio komentujący
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
zybi
Gość
zybi

… w czasach kiedy buduje się setki mieszkań i tych ciągle jest mało … rozwązaniem byłoby aby miasto odkupiło Stalownika i w nim zrobić mieszkania dla chcących. Ja chętnie bym tam zamieszkał 100m kw. to wystarczy. 3 pokoje i kuchnia

Andy
Gość
Andy

żal upe ściska, a tu jeszcze okazuje się że miał strategiczne znaczenie w przypadku wojny. Mało mamy takich obiektów to jeszcze się ich pozbywamy. Nic sie nie stało ! Polacy nic się nie staaaało !!!!

Aleksander
Gość
Aleksander

Leżałem w tym szpitalu 2 X po 14 dni naprawdę super szpital załoga super widoki i spokój to połowa leczenie kto to zniszczył i wybudował niby szpital umieralnie wojewódzki lipa mafia a załoga na poziomie znachora XV w

antyidiota
Gość
antyidiota

przecież to był KOMUNISTYCZNY szpital – precz z komunią

Marek
Gość
Marek

Taki potencjał w tak pięknym miejscu zmarnować, powtórka z Kozubnika, my jednak nie potrafimy zarządzać.