Jak wyglądała praca dziennikarza, gdy o publikacji tekstu decydował cenzor, a reporter jechał na miejsce zdarzenia autostopem? Jak można było narobić sobie kłopotów informacją o grubości asfaltu? Jak wyglądała praca fotografa, gdy klisza pozwalała na zrobienie raptem 12 ujęć? I jak z lokalnego tygodnika zrodziła się Beskidzka Grupa Medialna z gazetami, portalami, telewizją, radiem i mediami społecznościowymi o milionowych zasięgach? Odpowiedzi można znaleźć w jubileuszowym filmie „Kronika Beskidzka. 70 lat historii”, przygotowanym przez Beskidzką TV. Zapraszamy do oglądania!
Podczas gali 70-lecia tygodnika w Bielskim Centrum Kultury odbył się przedpremierowy pokaz dokumentu. Teraz film trafia do wszystkich – można go oglądać na YouTube oraz w mediach Beskidzkiej Grupy Medialnej. To nie jest jednak tylko opowieść o gazecie. To również podróż przez siedem dekad historii Podbeskidzia. Są w niej archiwalne fotografie, stare numery „Kroniki”, fragmenty artykułów, wydarzenia, które na zawsze zapisały się w pamięci mieszkańców, i ludzie, którzy przez dziesięciolecia tę historię opisywali.
„Zwierciadło życia”
25 listopada 1956 roku ukazał się pierwszy numer „Kroniki Beskidzkiej”. W pierwszym wydaniu redakcja pisała o potrzebie stworzenia dla regionu „zwierciadła życia, odbijającego jego wszelkie przejawy”. Gazeta miała być blisko mieszkańców, a jej pierwsze wydania obejmowały obszar dzisiejszych powiatów bielskiego, cieszyńskiego, żywieckiego, wadowickiego, oświęcimskiego i suskiego.
„Pierwsze numery pisma rodzą się w atmosferze wzruszenia, to nieuchronne. Trudno wyrazić sumę złożonych uczuć towarzyszących temu zdarzeniu, sądzimy jednak, że ich tonem najwyższym, dominującym jest troska, szczera troska, by dać w gazecie wszystko na co liczycie, by Was nie zawieść” – napisali redaktorzy. Minęło 70 lat, a słowa z pierwszego numeru brzmią zaskakująco aktualnie.
Gdy nie było niczego
Piotr Wysocki trafił do „Kroniki” w 1972 roku, jeszcze jako student. Przez kolejne lata przeszedł przez niemal wszystkie stanowiska w redakcji – od młodszego dziennikarza, przez sekretarza redakcji i redaktora technicznego, po redaktora naczelnego i wydawcę. Początki pamięta jako świat, który dzisiejszym dziennikarzom trudno sobie wyobrazić.
Kilka niewielkich pomieszczeń, maszyny do pisania, linotyp, papier i teksty przygotowywane bez komputerów. Nie było internetu, telefonów komórkowych, poczty elektronicznej ani nawet elektrycznych maszyn do pisania. Bywało, że brakowało również… kawy. Reporterzy jeździli autobusami, korzystali z pociągów, łapali autostop, a teksty powstawały na rozklekotanych maszynach do pisania. – Takie to były czasy – wspomina Piotr Wysocki.
Grubość asfaltu mogła być problemem
Największym problemem nie był jednak sprzęt. Była nim cenzura. Każda strona gazety musiała uzyskać akceptację cenzora, a Piotr Wysocki wspomina, że nawet materiały sportowe trzeba było czasem łagodzić. Było prościej, gdy do cenzora jechało się… z butelką.
Jako młody reporter dostał temat przebudowy drogi na Przegibek. Zapytał inżyniera o grubość nowej warstwy asfaltu. Usłyszał, że ma ona około trzech centymetrów. Informację opublikował. I wtedy zaczęły się kłopoty, bo ktoś uznał, że wiadomość o grubości asfaltu może mieć znaczenie militarne. W odpowiednich warunkach można było przecież wyciągnąć z niej wniosek, czy po drodze przejadą czołgi. Młody dziennikarz musiał się tłumaczyć. – Człowiek mógł popełnić straszliwe przestępstwo, nawet o tym nie wiedząc – mówi po latach.
Innym razem napisał tekst o zakładowych sportowcach. Oficjalnie byli górnikami czy hutnikami, ale z zakładami, które miały ich zatrudniać, niewiele mieli wspólnego. Tekst przedrukowały później ogólnopolskie gazety. Cenzura przepuściła artykuł, ale konsekwencje i tak przyszły. Dziennikarz został zawieszony w prawach wykonywania zawodu.
Ludzie „Kroniki”
Kiedy Piotr Wysocki wspomina „Kronikę”, szybko pojawiają się nazwiska ludzi, którzy przez lata budowali jej charakter. Tadeusz Patan był – jak mówi – dziennikarzem „z krwi i kości”. Pisał o przyrodzie, bronił rzek, lasów i zwierząt, a do pracy jeździł starą Syrenką.
Był też Tadeusz Wielgolawski, który w połowie lat 70. organizował „Kronikę Wojewódzką”. To on przekonywał redakcję, że lokalni dziennikarze powinni pisać tak, aby ich teksty mogły trafić do ogólnopolskich gazet. I trafiały.
Była też Teresa Madej – dziennikarka od tematów, których nie dało się załatwić jednym telefonem. Dokumenty, świadkowie, sprawdzanie informacji, czasem tydzień albo półtora pracy nad jednym materiałem. Wysocki przyznaje dziś, że kiedy został redaktorem naczelnym, zrobił z niej zastępcę. Miało być wyróżnienie, ale oznaczało również więcej pracy administracyjnej i mniej czasu na pisanie. – Tego żałuję – przyznaje.
Pożar, Wilczy Jar i papież
Przez 70 lat „Kronika” była przy wydarzeniach, które dla mieszkańców regionu stały się częścią zbiorowej pamięci. W 1971 roku spłonęła rafineria w Czechowicach-Dziedzicach. Reporter Tadeusz Patan i fotoreporter Henryk Urbańczyk dokumentowali skutki pożaru. Jedno ze zdjęć do dziś zapada w pamięć – na tle zniszczonej rafinerii widać spaloną postać opartą o ścianę, a znajdujące się obok rury tworzą kształt przypominający krzyż.
Inną tragedią był wypadek w Wilczym Jarze w Oczkowie. Dwa autobusy przewożące górników wypadły z mostu do Jeziora Żywieckiego. Zginęło 30 osób. Na miejscu byli dziennikarze „Kroniki”, między innymi Tadeusz Patan i fotoreporter Bogdan Ziarko.
Ale na kartach tygodnika nie brakowało również wydarzeń zupełnie innego rodzaju. 14 sierpnia 1991 roku do Wadowic przyjechał Jan Paweł II. Zdzisław Niemiec dotarł samochodem niemal pod papieski ołtarz i zrobił zdjęcia z bliska. W redakcji początkowo nie chciano uwierzyć, że są jego. Myślano, że to kadry z telewizji.
Gazeta, która łączyła region
Przez dziesięciolecia „Kronika” była czymś więcej niż tygodnikiem dla mieszkańców Bielska-Białej. Jej zasięg obejmował miejscowości, które po reformie administracyjnej znalazły się w różnych województwach.
Piotr Wysocki wspomina walkę o zachowanie województwa bielskiego. W 1999 roku reforma administracyjna zakończyła jego istnienie. Teren dawnego województwa został podzielony pomiędzy województwa śląskie i małopolskie. Dla ludzi związanych z „Kroniką” oznaczało to również rozpad pewnej przestrzeni, którą gazeta przez lata pomagała integrować. – Do dzisiaj nie wybaczyłem Jerzemu Buzkowi – mówi. Tygodnik przetrwał jednak zmianę. I miał za sobą potężną pozycję.
80 tysięcy egzemplarzy
Piotr Wysocki wspomina nakład sięgający 80 tysięcy egzemplarzy tygodniowo. Dziś taka liczba robi ogromne wrażenie. W czasach, gdy internet jeszcze nie istniał, lokalna gazeta była podstawowym źródłem informacji dla mieszkańców regionu. „Kronika” docierała do kolejnych miejscowości, a jej teksty były czytane, komentowane i przekazywane dalej. To właśnie wtedy ukształtowała się marka, która przetrwała kolejne rewolucje.
12 zdjęć na kliszy
Mirosław Galczak dołączył do „Kroniki” w 1987 roku. Pracował jako redaktor techniczny i graficzny, ilustrator, dziennikarz, fotoreporter, a później kierował „Kroniką”. Najlepiej pamięta jednak fotografię. W czasach analogowych zdjęcia trzeba było najpierw zrobić, potem wywołać i dopiero wtedy można było sprawdzić efekt. Na jednej kliszy średnioformatowej mieściło się zaledwie 12 zdjęć. – Dwanaście klatek i koniec – wspomina.
Dziś fotograf może zrobić w ciągu dnia nawet tysiąc ujęć. Zmieniło się niemal wszystko: aparaty, komputery, sposób przekazywania materiałów, tempo pracy. Jedno pozostało takie samo – zdjęcie nadal potrafi opowiedzieć historię lepiej niż tysiąc słów.
Z fotografią Mirosław Galczak związał zresztą nie tylko swoją pracę. W redakcji poznał Ewę, która pracowała w dziale fotoskładu. Później została jego żoną.
„Kronika” nie kończy się na papierze
Wraz z internetem zmieniło się lokalne dziennikarstwo. Najpierw pojawiły się strony internetowe gazet wydawnictwa. Dariusz Moskała, właściciel spółki, wspomina, że kiedy przejmował udziały w Wydawnictwie Prasa Beskidzka, w jego portfolio były już „Kronika”, „Głos Ziemi Cieszyńskiej” i założony w 2012 roku Regionalny Portal Informacyjny beskidzka24.pl. – Później kupiliśmy portal bielsko.biala.pl, a kolejnym krokiem była internetowa telewizja Beskidzka TV. A naszym najnowszym „dzieckiem”, z którym wiążę ogromne nadzieje, jest Radio BB – mówi.
Z czasem Wydawnictwo Prasa Beskidzka przekształciło się w Beskidzką Grupę Medialną. – Dzisiaj możemy docierać do naszych odbiorców na wiele różnych sposobów. To już nie jest tylko gazeta. Mamy portale, telewizję, radio i media społecznościowe. Dzięki temu informacja może trafić do mieszkańców w takiej formie, jakiej w danym momencie potrzebują – mówi Edyta Pamuła, prezes Beskidzkiej Grupy Medialnej.
Ale mimo kolejnych zmian „Kronika” pozostała w centrum tej historii. – „Kronika Beskidzka” wciąż ma nieprawdopodobną moc. Możemy pomóc, ale możemy też zaszkodzić – taka jest rola mediów. To taka rada nadzorcza nad politykami – bardzo potrzebna. Władze się zmieniają, a media trwają – mówi Dariusz Moskała.
„Drugi dom”
Dla ludzi, którzy przepracowali w „Kronice” kilkadziesiąt lat, trudno oddzielić gazetę od własnego życia. Piotr Wysocki mówi wprost, że tygodnik był jego drugim domem. Przychodził do redakcji jeszcze jako młody człowiek i został tam na dekady.
Zdzisław Niemiec przyznaje, że gdyby jeszcze raz miał wybierać zawód, prawdopodobnie ponownie wybrałby dziennikarstwo. Mirosław Galczak, choć przeszedł na emeryturę, nadal pracuje dla „Kroniki”.
Wszyscy trzej pamiętają inną gazetę, inne tempo pracy i inne technologie. Ale mówią o tym samym – o ludziach. Bo siedemdziesiąt lat „Kroniki” to nie tylko siedem dekad kolejnych numerów. To tysiące historii – tych wielkich, o tragediach i przemianach politycznych, i tych małych – o mieszkańcach, ich problemach, sukcesach, pasjach i codziennym życiu.
70 lat zapisanych na zdjęciach
Właśnie dlatego jubileuszowy film Beskidzkiej TV jest czymś więcej niż wspomnieniem o gazecie. Na ekranie pojawiają się dawne fotografie Podbeskidzia, stare numery „Kroniki”, artykuły i materiały, które dziś są dokumentami minionej epoki. Obok nich występują ludzie, którzy tę historię tworzyli i opisywali.
Dla wieloletnich czytelników to sentymentalna podróż. Dla młodszych – okazja, by zobaczyć region sprzed kilkudziesięciu lat. A dla miłośników historii Podbeskidzia – piękny czas z fotografiami i dokumentami, których próżno szukać w codziennym internetowym strumieniu informacji.
Autorzy filmu
Scenariusz i reżyseria:
Bartosz Augustyniak, Marcin Kałuski
Zdjęcia, dźwięk, oświetlenie, organizacja planu:
Bartosz Augustyniak, Fabian Żakowiecki, Sebastian Kozdroń
Montaż:
Bartosz Augustyniak
Wywiady:
Marcin Kałuski
Wystąpili:
Piotr Wysocki, Zdzisław Niemiec, Mirosław Galczak, Dariusz Moskała, Edyta Pamuła, Wojciech Małysz
Tekst lektorski:
Bartosz Augustyniak, Piotr Kubica
Lektorzy:
Piotr Kubica, Paweł Więzik




