Wydarzenia Bielsko-Biała

Rachunek dla pijanego i gminy, czyli jak to jest z izbą wytrzeźwień?

Kto ma płacić za osoby odwiezione do izby wytrzeźwień z terenu Szczyrku, niebędące mieszkańcami tej miejscowości? To pytanie rozgrzało atmosferę podczas styczniowej sesji tamtejszej Rady Miejskiej. Sprawa finansowania i ściągalności opłat za pobyt w izbie wytrzeźwień jest jednak dużo bardziej złożona.

– Dlaczego my, jako mieszkańcy, mamy płacić za delikwenta, który u nas, na naszym terenie, szaleje przez tydzień czy dwa tygodnie? – oburzała się radna Bożena Dziedzic podczas dyskusji towarzyszącej uchwalaniu przez Radę dotacji celowej, jaką w tym roku szczyrkowski samorząd ma przekazać Ośrodkowi Przeciwdziałania Problemom Alkoholowym w Bielsku-Białej, czyli popularnej izbie wytrzeźwień.

Problem ten dotyczy nie tylko Szczyrku, lecz chyba wszystkich miejscowości turystycznych, do których zjeżdżają na wypoczynek osoby z całego kraju. Nie ma co ukrywać, że niektóre z nich przesadzają z alkoholem i zdarza się, że są zabierane do „wytrzeźwiałki”. To właśnie o takich „delikwentów” poszło, bo jeśli chodzi o rodzimych mieszkańców miasta, którzy czasami też trafiają do tego przybytku, to ich – można było odnieść wrażenie – radni traktują z większą wyrozumiałością. Swój to swój, ale obcy to inna historia!

Skąd wysokość dotacji

W ubiegłym roku do izby wytrzeźwień w Bielsku-Białej, z którą miasto Szczyrk ma podpisaną umowę, trafiło z terenu tego górskiego kurortu 78 osób. W poprzednich latach liczba ta była podobna. Ilu z nich to rodowici mieszkańcy, a ilu przyjezdni? Tego nie wiadomo, choć jakby się uprzeć, można to ustalić. Osoby zabierane do izby są legitymowane i w dokumentacji pobytu w izbie wytrzeźwień jest to odnotowywane. To, skąd pochodzą, nie ma jednak najmniejszego znaczenia.

System, o który spierali się radni, działa tu bowiem na całkiem innych zasadach, niż sugerowałby to przebieg dyskusji. Otóż samorządy nie płacą indywidualnie za pobyt kogokolwiek w izbie wytrzeźwień, a jedynie partycypują w ogólnych kosztach utrzymania placówki. Pieniądze przekazywane są właśnie w postaci dotacji celowej, a jej wysokość obliczana jest oddzielnie dla każdej z gmin, która podpisała z bielskim ośrodkiem umowy. Takich gmin jest obecnie 65 z obszaru 7 powiatów, w tym z tak odległych, jak na przykład powiaty suski czy pszczyński. Oznacza to, że do stolicy Podbeskidzia przywożone są do wytrzeźwienia osoby chociażby z Zawoi, Jordanowa czy Pawłowic.
W przypadku Szczyrku dotacja, jaką tamtejszy samorząd ma w tym roku przekazać na dofinansowanie działalności bielskiego ośrodka, wynosi nieco ponad 26 tys. zł. Sposób jej wyliczania jest dość złożony, lecz w uproszczeniu można powiedzieć, że pod uwagę branych jest kilka uśrednionych parametrów z trzech wcześniejszych lat. Chodzi między innymi o średni koszt funkcjonowania ośrodka w tym czasie, średnią liczbę osób doprowadzonych z terenu danej gminy i ogólną średnią liczbę „pacjentów” izby wytrzeźwień. Pod uwagę brana jest także średnia wysokość wpłat od osób przywiezionych z terenu danej gminy do wytrzeźwienia.

24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu

W świecie idealnym izba wytrzeźwień powinna się samofinansować. Pobyt w niej nie jest bowiem darmowy. Osoba doprowadzona musi za to zapłacić, i to słono. Obecnie w bielskiej „wytrzeźwiałce” jest to kwota 390 zł, czyli nawet wyższa niż za noc w przyzwoitym hotelu. Jednak nie wystarcza to, aby placówka mogła się utrzymać. Koszty jej funkcjonowania są spore. Izba działa 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu, w piątek i świątek. Cały czas obecny jest tam personel, czyli czterech lub pięciu pracowników. W nocy załoga jest jeszcze wzmacniana, bo pracy o tej porze jest najwięcej i pojawia się też sporo agresywnych pijaków, których trzeba niekiedy krępować. Nad zdrowiem osób trzeźwiejących czuwa też lekarz. Pensjonariusze mogą się wyspać w wygodnym łóżku, pić do woli dostarczaną im darmową wodę, a na koniec wziąć prysznic. Z izby nie można się „wypisać”. Trzeba tam przebywać aż do całkowitego wytrzeźwienia. Pobyt może więc trwać nawet kilkanaście godzin. Wcześniej osoba pijana nie może wyjść, nawet gdyby mogła zostać zabrana przez kogoś z rodziny. Jedyny wyjątek stanowią osoby niepełnoletnie i ubezwłasnowolnione.

Na koniec dostaje się rachunek do zapłacenia. Trzeba go uiścić w ciągu 14 dni. Jak wspomnieliśmy, obecnie to 390 zł, a kwotę tę ustaliła – jako organ prowadzący – Rada Miejska w Bielsku-Białej, choć radni nie do końca mają w tym względzie wolną rękę. Maksymalną stawkę, jaką izby wytrzeźwień mogą pobierać za pobyt, ustala minister zdrowia na podstawie średniorocznych wskaźników cen towarów i usług konsumpcyjnych w poprzednim roku kalendarzowym. Obecnie to 393 zł, choć już niedługo kwota ta ma się zmienić i najpewniej od kwietnia lub maja opłata za pobyt w bielskiej placówce pójdzie w górę.

Jak ściągnąć należność?

Prawdziwą zmorą takich przybytków jest to, że większość tych, którzy są tam dowożeni, nie płaci za pobyt i trudno ściągnąć od nich te należności. To osoby bezdomne, bezrobotne, pozbawione stałych dochodów itp. W okresie zimowym izba wytrzeźwień pełni wręcz rolę przechowalni osób bezdomnych, koczujących gdzieś na mieście w warunkach i stanie stwarzającym zagrożenie dla ich życia i zdrowia. Nie może więc dziwić, że obecnie ściągalność należności w bielskiej izbie jest na poziomie około 37 procent. Przy czym nie jest tak – jak sugerowali szczyrkowscy radni – że placówka specjalnie nie musi przykładać się do ściągania należności, skoro dotują ją samorządy. W stosunku do każdej osoby, która w ciągu dwóch tygodni nie ureguluje rachunku (można wnieść o rozłożenie płatności na raty), wszczynane jest w trybie administracyjnym postępowanie egzekucyjne. Dłużników „tropią” urzędy skarbowe i mają na to sporo czasu, bo takie zaległości przedawniają się dopiero po trzech latach. Osoby bez dochodów czy stałego miejsca zamieszkania zazwyczaj unikają jednak finansowych konsekwencji pobytu w izbie wytrzeźwień. Po prostu komornicy skarbowi nie mają jak wyegzekwować należnej kwoty. Poza tym, takie instytucje są na szarym końcu w kolejce po pieniądze z egzekucji komorniczych.

Nasuwa się w związku z tym pewien wniosek. Ktoś, kto przyjeżdża na wypoczynek do takich miejscowości jak chociażby Szczyrk, nie jest raczej osobą z marginesu społecznego bez dochodów, pracy czy domu. Nawet gdy przydarzy się jej podczas urlopu pobyt w izbie wytrzeźwień i nie uiści od razu rachunku, to i tak komornik ma jak ściągnąć z niej wymaganą należność. Skarbówka na pewno o to zadba. Jednym słowem, wbrew temu, co zakładali szczyrkowscy rajcy, mieszkańcy Szczyrku raczej nie fundują turystom odwiedzającym tę miejscowość darmowego pobytu w izbie wytrzeźwień.

Własna izba? Wykluczone

Atmosferę debaty próbował studzić burmistrz Szczyrku Antoni Byrdy, przyznając, iż może się to komuś podobać lub nie, lecz takie są przepisy i gmina musi zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom i osobom przebywającym na jej terenie także w tym zakresie. Dlatego potrzebna jest umowa z izbą wytrzeźwień na świadczenie tego typu usług, a co się z tym wiąże, także konieczność partycypowania w kosztach jej funkcjonowania. Zwłaszcza że nawet gdyby tamtejszy samorząd chciał – oczywiście hipotetycznie – uruchomić u siebie taki przybytek, i tak nie byłby tego w stanie zrobić. Izby wytrzeźwień mogą być uruchamiane tylko w miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców. Nawet jednak w takich miastach mało który samorząd – w uwagi na ogromne koszty funkcjonowania tego typu placówek – decyduje się na taki ruch. Jest znacznie taniej (podobnie jak w przypadku wielu innych zadań gminy, w tym chociażby opieki nad zwierzętami), gdy podpisze się umowę na realizację danej usługi z podmiotem zewnętrznym.
W całym kraju działają obecnie tylko 32 izby wytrzeźwień. Jedną z nich jest ta w Bielsku-Białej, zaspokajająca pod tym względem potrzeby mniej więcej milionowej populacji zamieszkującej tę część kraju, plus oczywiście tysięcy turystów przyjeżdżający masowo w Beskidy. Co roku trafia do niej ponad 6 tysięcy osób.

Bilans na zero

Na koniec mała dygresja. Mieszkańcy Szczyrku też czasami wyjeżdżają na wakacje. Można więc założyć, że również niektórym z nich zdarza się raz za czas ciut za bardzo „zabalować” gdzieś nad morzem czy jeziorem i… spędzić noc w jednej z tamtejszych „wytrzeźwiałek”. Jest więc jak w starej piosence Jana Kaczmarka – bilans wychodzi na zero.

google_news
5 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Idtyk
Idtyk
1 miesiąc temu

Co zrobić? Zamknąć jak się nie opłaca. Tak jak jest z firmami. A pijaczków po co zwozić jak na drugi dzień jest taki sam, Zwykłymi ludźmi się nikt nie przyjmuje a pijany obsługiwany jest bez kolejki jak jakiś VIP. Pije to się zapije i jego problem.

Anna
Anna
1 miesiąc temu
Reply to  Idtyk

Popieram

Siwy60
Siwy60
1 miesiąc temu

Szczególnie zlikwidować w Bielsku tam jest konował chyba z obozu w Oświęcimiu

Dareck
Dareck
1 miesiąc temu

Jeszcze tylko 2 kraje praktykują ten priceder.
Białoruś i Polska

zgroza
zgroza
1 miesiąc temu

Zlikwidować ten KOMUNISTYCZNY SKANSEN!!!