W minionych tygodniach głośno było o wyczynach sportowych biegaczy narciarskich z Trójwsi Beskidzkiej. Szerzej realia tej dyscypliny oraz klubu, do którego należą lub z którego wywodzą się Eliza Rucka-Michałek i Dominik Bury, w rozmowie z red. Michałem Cichym przedstawia Małgorzata Galej.
Od jak dawna działa Pani w MKS Istebna?
Klub przejęłam w 2004 roku jako młoda wówczas osoba, wspólnie z panem Jarkiem Hulawym, po państwu Maciejczykach. Od tamtej pory działam w nim nieprzerwanie. Staram się ogarniać wszystko logistycznie – zarówno jako trener, jak i członek zarządu. W praktyce zajmuję się trenowaniem i większością spraw organizacyjnych, związanych z funkcjonowaniem klubu.
Specjalizujecie się, przypomnijmy, w narciarstwie biegowym.
Tak, zajmujemy się tylko biegami narciarskimi. Nasz klub jest nastawiony przede wszystkim na szkolenie dzieci i młodzieży. Przez wiele lat prowadziliśmy go podobnie jak pan Tadeusz Maciejczyk. Szkoliliśmy dzieci, natomiast młodzież kontynuowała rozwój w szkołach mistrzostwa sportowego, w Zakopanem czy w Szczyrku. Od około 10 lat pomaga nam nasz obecny prezes, Tadeusz Krężelok, który kiedyś pracował z braćmi Bury. W 2020 roku zaprosiłam do współpracy młodych instruktorów – między innymi Mikołaja Michałka. Zależało mi też na tym, żeby stopniowo przekazać komuś część swojej roli i pasji. Mikołaj był kiedyś zawodnikiem, a dziś jest trenerem i bardzo efektywnie pracuje z młodzieżą, dlatego obecnie szkolimy również starsze grupy. Efekty jego pracy już widać. Na przykład Julka Rucka, Zuzanna Rucka czy Kinga Gazurek osiągnęły bardzo dobre wyniki już w ubiegłym roku, a w tym sezonie ogromny progres zanotowała Eliza Rucka-Michałek, obecnie żona Mikołaja. Jej wyniki były dla nas naprawdę wielką i bardzo miłą niespodzianką.
Patrząc na te dwie dekady, czy można powiedzieć, że młodzież coraz chętniej trenuje biegi narciarskie?
To bardzo trudna dyscyplina sportu, wymagająca od zawodnika wielu wyrzeczeń. Sama jestem biegaczką narciarską, wywodzę się z tej dyscypliny, więc wiem, ile poświęcenia kosztuje ona zarówno zawodników, jak i ich rodziców. Jak w wielu sportach, tak i u nas zdarzają się okresy większego zainteresowania i momenty słabsze. Był czas ogromnej popularności biegów po sukcesach Justyny Kowalczyk. Później zainteresowanie trochę spadło, bo w gminie Istebna pojawiły się też inne aktywności – piłka nożna, zajęcia taneczne – i mieliśmy pewien przestój. Co ciekawe, w okresie pandemii nastąpiło ponowne ożywienie i ten trend utrzymuje się do dziś. Rodzice coraz bardziej dbają o aktywność fizyczną dzieci i chcą, żeby miały jakieś sportowe zainteresowania. Obecnie mamy około 70 zadeklarowanych zawodników. Podobną liczbę dzieci szkoli klub NKS Trójwieś Beskidzka, z którym utrzymujemy bardzo dobre relacje. W sumie narciarstwo biegowe w naszej okolicy trenuje więc około 140-150 dzieci. Moim zdaniem to bardzo dobry wynik.
Czyli w Trójwsi Beskidzkiej biegówki wciąż są najważniejszą dyscypliną sportową?
Zdecydowanie tak. Co ważne, angażują się nie tylko dzieci, ale także rodzice. W soboty często przychodzą na trasy i biegają razem ze swoimi pociechami. Wielu z nich to byli zawodnicy, którzy kiedyś sami trenowali biegi narciarskie, a dziś ich dzieci kontynuują tę tradycję. W pewnym sensie wszystko się zazębia i rozwija z pokolenia na pokolenie, co bardzo nas cieszy.
A jak radzicie sobie z coraz słabszymi zimami?
Słabe zimy były dla nas dużym problemem, dopóki nie pojawiło się sztuczne naśnieżanie na Kubalonce i w innych ośrodkach w Polsce. Od dwóch lat sytuacja na Kubalonce jest naprawdę bardzo dobra. Trasy są utrzymywane w świetnym stanie nawet do końca marca. Czasami wyjeżdżamy także za granicę w poszukiwaniu śniegu. Trenowaliśmy choćby w tunelach narciarskich w Oberhofie czy w Planicy. Na pierwszy śnieg jeździmy też do Livigno we Włoszech. W Polsce również coraz lepiej radzi się z przygotowaniem tras. W Zakopanem, na Kubalonce czy w Dusznikach w tym roku śnieg był już od połowy listopada. Zimy są słabsze w całej Europie, ale na szczęście znaleziono sposoby, by to obejść.
A jednak nie jest to już to samo co kiedyś.
Zdecydowanie nie. Kiedyś po prostu wychodziło się ze szkoły i można było od razu iść na górkę czy na trasę. Dzisiaj trzeba dojechać na Kubalonkę, zapłacić za korzystanie z tras. Z drugiej strony mamy tam sztuczne naśnieżanie i oświetlenie, więc warunki do treningu są naprawdę dobre.
Zgodzi się Pani z opinią, że narciarstwo biegowe ogólnie zyskuje na popularności?
Myślę, że tak. Widać to choćby na wspomnianej już Kubalonce. Kiedyś bywało tam znacznie mniej ludzi, a dziś jest naprawdę wielu narciarzy, także zupełnie rekreacyjnych, często turystów. Mam nadzieję, że sukcesy naszych lokalnych zawodników przyczynią się do wzrostu popularności tej dyscypliny. Oczywiście nie możemy się porównywać do Norwegii czy innych krajów skandynawskich, gdzie biegi są sportem narodowym, ale wydaje mi się, że dziś więcej osób spędza czas na biegówkach niż jeszcze kilka lat temu.
Jak ocenia Pani ogólny poziom sportowy dzieci i młodzieży? Podobno młode pokolenie jest mniej sprawne niż wcześniejsze generacje?
Jako nauczyciel wychowania fizycznego – pracuję w szkole podstawowej już od 24 lat – niestety muszę potwierdzić, że ogólny poziom sprawności dzieci i młodzieży jest dziś niższy niż kiedyś. Oczywiście pojawiają się jednostki wybitne, ale są to właśnie pojedyncze osoby, a nie całe grupy zdolnych dzieci, jak bywało dawniej. Taką osobą jest na przykład Eliza Rucka-Michałek, a także jej siostry – w tej rodzinie wszystkie dziewczyny biegają na nartach. Myślę, że o niektórych z tych młodych zawodniczek jeszcze usłyszymy w przyszłości, bo mają naprawdę duży potencjał, ale niestety ogólny poziom sprawności fizycznej dzieci i młodzieży w ostatnich latach wyraźnie spada.
Spada mimo dużej dostępności różnych dyscyplin sportowych do uprawiania?
Tak. Dzisiaj nie jest problemem dowieźć dziecko na trening, bo większość rodzin ma samochody. Myślę jednak, że dawniej dzieci miały więcej naturalnego ruchu – wszędzie chodziło się pieszo, jeździło rowerem. Teraz dzieci są często dowożone i ten dodatkowy codzienny ruch po prostu znika. Może to powód?
Jak klub radzi sobie finansowo?
Niestety nie jest łatwo. Oprócz dotacji z gminy otrzymujemy wsparcie z Polskiego Związku Narciarskiego i z Ministerstwa Sportu, ale nie są to duże środki, wystarczają tylko na podstawowe potrzeby. Nie pobieramy dodatkowych opłat od rodziców. Jeśli kiedyś będzie to konieczne, pewnie będziemy musieli takie rozwiązanie wprowadzić, ale na razie staramy się funkcjonować dzięki dotacjom oraz środkom, które udaje nam się zdobywać w postaci nagród czy różnych programów wsparcia. To naprawdę bardzo skromny budżet.
Czyli na wsparcie gminy możecie liczyć?
Tak, zdecydowanie. Zarówno poprzednie, jak i obecne władze gminy są przychylne rozwojowi sportu i naszemu klubowi. Dzięki pomocy samorządu udało nam się na przykład przygotować wniosek o busa z Fundacji Orlen. Obecnie mamy dwa busy, które bardzo pomagają nam w codziennym funkcjonowaniu klubu. Możemy też liczyć na wsparcie lokalnych sponsorów. Często są to osoby, które kiedyś same trenowały biegi narciarskie i wciąż czują do tej dyscypliny dużą sympatię. Ich pomoc była także bardzo ważna w tegorocznym szkoleniu Elizy Ruckiej-Michałek i dla jej wyjazdu na igrzyska.
Trenowała Pani kiedyś Elizę?
Tak, Eliza była moją uczennicą, byłam również jej wychowawczynią. Chodziła do klasy sportowej od czwartej klasy szkoły podstawowej i można powiedzieć, że to ja zaszczepiłam w niej pierwszą pasję do biegów narciarskich. Na początku prowadziliśmy też Dominika Burego – razem z panem Jarkiem Hulawym.
Spodziewała się Pani, że zakończy się to startem w igrzyskach olimpijskich i tak dobrym wynikiem w Tour de Ski?
W ubiegłym roku to ja namawiałam Elizę do powrotu do biegów. Czasami wychodziła na treningi zarówno z moją grupą, jak i z grupą Mikołaja, więc widziałam, w jakiej jest formie na tle innych czołowych polskich zawodniczek. Mówiłam jej wtedy, żeby spróbowała wrócić do rywalizacji. Wiedziałam, że start w igrzyskach olimpijskich był jej wielkim marzeniem. Pamiętam też, jak ogromnym ciosem było dla niej to, że cztery lata wcześniej nie mogła w nich wystartować. Sama trenowałam wyczynowo, więc wiem, jak to jest, gdy człowiek stawia wszystko na jedną kartę, a nagle plany się rozpadają. Byłam na kilku mistrzostwach świata juniorów i wiem, jak to jest. Po porodzie, kiedy Eliza zaczęła wracać do formy, znów ją namawiałam. Powiedziałam jej, że ze swojej strony zrobię wszystko, żeby jej pomóc – nawet przy opiece nad dziećmi czy organizacji wyjazdów – by mogła spróbować spełnić swoje marzenie. Igrzyska to dla sportowca wielkie przeżycie.
No i udało się…
Tak i bardzo się cieszę. Po cichu liczyliśmy na miejsce w pierwszej piętnastce, może nawet dwunastce. Gdyby udało się wejść do pierwszej dziesiątki, byłoby to ogromne osiągnięcie. O ósmym miejscu właściwie nawet nie marzyliśmy. Równie pięknie było w Tour de Ski. W jednym z biegów Eliza straciła nawet kijek, więc wynik mógł być jeszcze lepszy, ale właśnie tam utwierdziła się w przekonaniu, że potrafi rywalizować z najlepszymi na świecie.
Patrząc na wyniki z igrzysk, można powiedzieć, że biegacze z Istebnej byli lepsi od Podhalan.
Tak i to bardzo dobrze o nas świadczy. Zresztą nie tylko na igrzyskach – młodsi zawodnicy z Beskidu Śląskiego wygrywali również na olimpiadzie młodzieży w Zakopanem.
Bardzo dobrze, to w takim razie i Pani należą się gratulacje. Dziękuję za rozmowę.




