Sport Sucha Beskidzka Wadowice Oświęcim

Bo sport to nie tylko pieniądze

Fot. Wojciech Ciomborowski

W dzieciństwie zachwycona była żużlem. Niewiele brakowało, by została fortepianistką – kto wie, może wybitną. Otarła się nawet o szermierkę. Na szczęście postawiła na siatkówkę, która bliska jej była od młodzieńczych lat. I gdyby sukcesy po jakie sięgała jako zawodniczka i trenerka przypadły nie na okres głębokiej komuny, lecz obecne czasy, to zapewne pławiłaby się w luksusie. Jednak –jak sama zauważa- co przeżyła to jej. Mowa o Krystynie Czajkowskiej-Rawskiej, rodowitej sosnowiczance, a od wielu lat mieszkance Makowa Podhalańskiego.

Gdy 25 kwietnia 1936 roku przyszła na świat Krystyna Czajkowska (po ślubie Czajkowska-Rawska) jej rodzice zapewne nie podejrzewali, że zostanie jedną z najwybitniejszych polskich sportsmenek. – Rodzice nie uprawiali wyczynowo sportu. Ojciec próbował mniej nauczyć wielu rzeczy, które jego zdaniem przydadzą mi się w życiu. Nawet okna kitować. Wówczas nie sądziłam, że kiedyś będzie mi to potrzebne, ale okazało się, że się nie mylił – wspomina Krystyna Czajkowska-Rawska, która jesień życia spędza w wielopokoleniowym domu należącym niegdyś do dziadka jej nieżyjącego już męża Wojciecha, a potem jego rodziców. Musiało jednak upłynąć sporo wody w Wiśle zanim rodowita Zagłębianka osiadła w Beskidach.

ODKRYWANIE TALENTÓW

Dorastająca Krysia była przez ojca zabierana na mecze piłkarskie. I nie ukrywa, że na tyle się jej ta dyscyplina spodobała, iż chciała grywać z kolegami. Tyle tylko, że ci obawiali się, że mogą zrobić jej krzywdę. Pasjonowała się także… żużlem, a to dzięki popisom Jana Ciszewskiego, który jednak wskutek odniesionej kontuzji kariery sportowej nie zrobił, ale za to został wybitnym dziennikarzem. – Miałam słuch, więc i szkołę muzyczną mam za sobą. Tyle, że w międzyczasie zaczęłam grywać w siatkówkę. A jedno z drugim nie idzie w parze. Palce zrobiły się sztywne i o grze na fortepianie, a tym bardziej robieniu kariery muzycznej trzeba było zapomnieć – mówi obecna makowianka, którą siatkówką zaraziła Aurelia Konieczna, nauczycielka wychowania fizycznego w gimnazjum. Rodzice nie podzielali jej pasji, ale widząc niegasnący zapał, dali za wygraną. Pozwolili trenować w Górniku Katowice (wówczas Stalinogród). – Miałam rok do matury. Na treningi jeździłam pół godziny tramwajem. To był w zasadzie jedyny czas na naukę. Koleżanki kończyły trening, a ja zostawałam na zajęcia sekcji męskiej. Początkowo koledzy mi dokuczali, ale zawsze byłam twarda i uparta. Zobaczyli we mnie godnego partnera. I tym sposobem mogłam między innymi trenować z Tadeuszem Siwkiem, z którym razem pojechałam po latach na olimpiadę, czy też z Jerzym Kołodziejczykiem i Tadeuszem Kiełpińskim. Obijali mnie niemiłosiernie. Do domu wracałam wymordowana i z dziesiątkami siniaków – opowiada o początkach poważnej kariery wybitna siatkarka.

Choć ówczesna sosnowiczanka uczyła się mało, ale za to wiedzę chłonęła szybko, więc bez trudu zdała maturę i została studentką warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Tyle tylko, że początkowo o ligowych występach w uczelnianej drużynie mogła jedynie pomarzyć. Wszak w kadrze AZS AWF Warszawa było aż siedem reprezentantek kraju! To sprawiło, że była o krok od przekwalifikowania się na… szermierza. Uprawiała tę dyscyplinę w ramach zajęć akadamickich, gdyż ten przedmiot był jednym z obowiązkowych. Nie tylko uzyskała I klasę sportową, ale i wpadła w sidła wybitnego trenera Janosa Keveya. – Kadra narodowa szermierzy miała u nas obóz. Każdy zawodnik dostał grupkę studentów i pokazywał tajniki. To jest praca twarz w twarz, każdy ćwiczy indywidualnie z instruktorem. Wiedza i praktyka podane na tacy. Trener Kevey jak zobaczył jaki mam refleks to natychmiast nakazał mi trenować szermierkę. No i chodziłam rano na szermierkę, potem na inne zajęcia, a wieczorem na siatkówkę bo na planszy przestało mi iść. W zespole słabszego w jednym elemencie można schować. W siatkówce przegrywasz i cię nie ma – mówi bez ogródek.

SŁAWA BEZ PIENIĘDZY

Twardy charakter jaki od zawsze miała Krystyna Czajkowska ponownie jej pomógł. Ciężko trenowała i czekała na swoją szansę. A ta pojawiła się szybko bo kilka zawodniczek AZS AWF postawiło zostać mami i „Czajka” wskoczyła do pierwszej szóstki. I grała jak natchniona. Była jedną z tych, które w ciągu jedenastu lat wywalczyły w barwach warszawskiego klubu dziewięć medali mistrzostw Polski, w tym aż osiem złotych. Dwukrotnie docierała z zespołem do finału Pucharu Europy Mistrzów Krajowych. Znakomita forma zaowocowała powołaniem do kadry narodowej, w której przez trzynaście lat wystąpiła łącznie 228 razy. Sięgnęła z nią dwukrotnie po brązowe medale Igrzysk Olimpijskich (w 1964 roku w Tokio i 1968 roku w Meksyku), mistrzostw świata  w 1962 roku oraz dwa wicemistrzostwa Europy (1963 i 1967), a w 1958 roku po trzecie miejsce. – To były zupełnie inne czasy. Nikt nam nie zazdrościł pieniędzy, gdyż tych nikt nie miał, a zagranicznych wyjazdów. Dziś każdy może jechać za granicę i nikt go o to nie pyta. Wówczas na wyjazd trzeba było sobie zasłużyć. Za każdym razem było się odpytywanym o rodzinę i miejsce ich pracy. Dostawaliśmy po kilka dolarów kieszonkowego dziennie, które i tak się skrzętnie odkładało, by móc sobie na koniec wyjazdu kupić coś, co w Polsce było nie do dostania – wspomina. O tym jakie to były czasy najlepiej świadczy wyjazd na Igrzyska Olimpijskie. Polscy sportowcy otrzymywali na nie strój wyjściowy, dres i strój meczowy. Komplet z Meksyku Krystyna Czajkowska-Rawska posiada do dziś. Stój meczowy wykonany jest z materiału, który z powodzeniem mógłby posłużyć do zrobienia… kombinezonu narciarskiego. Zawodnicy sami musieli je prać, a słabej jakości materiały „puszczały” farbę. – Turniej siatkarski zawsze trwa długo. Jako kapitan miałam odebrać medal. Wstydem byłoby zaprezentować się w takim poplamionym stroju. Nie było wyjścia. Pożyczyłam dres od mistrza olimpijskiego w strzelaniu Józka Zapędzkiego – mówi.

Ekonomia, ale i polityka wkradała się w sport nieustannie.  – Ile to razem z Rosjankami czy Niemkami z NRD przegadywałyśmy się pod siatką, a pierwsza do tego była Danka Wagner. Poza boiskiem Rosjanki były zupełnie inne. Przychodziły a to niby pogadać, a to po papierosa. Z Czeszkami miałyśmy dobre relacje, ale do 1968 roku. Przyszła do mnie ich kapitan i mi powiedziała, że jak będziemy się wymieniały proporczykami to mi nie poda ręki, a kilka miesięcy wcześniej jadłyśmy z jednej miski. Musiała tak zrobić, ale dobrze, że przyszła i powiedziała. Tyle przecież, że nas na tych czołgach nie było – opowiada.

Szara rzeczywistość minionej epoki sprawiła też, że Krystyna Czajkowska postanowiła, pomimo osiąganych sukcesów, rozstać się z AZS AWF Warszawa. I nie chodziło o to, że jak każdy sportowiec w tamtych czasach musiała pracować zawodowo (była nauczycielką). – Warszawa była miastem zamkniętym i nie można się było w niej zameldować. Ile można mieszkać u rodziny i gdzie się da. Liczyłam na mieszkanie, a konkretnie na przydział na nie, ale go nie dostałam. Reprezentantka kraju, brązowe medalistka olimpijska bez prawa do mieszkania. Takie były czasy. Kusiła mnie Wisła Kraków. Długo nie odpuszczała i nakłaniała. Grałabym w niej z moją przyjaciółką Józefą Ludwig, ale zdecydowałam się na powrót w rodzinne strony – opisuje kulisy przenosin do Kolejarza Katowice, w którym została grającą trenerką. – Dziewczyny były młode, a ja naładowana po igrzyskach olimpijskich. W Kolejarzu nagrałam się jak nigdy, biorąc często ciężar gry na siebie. Byłam niekiedy tak zakwaszona, że po schodach ciężko było wyjść. O masażystach nikt nie słyszał, a grało się w weekend dwa długie mecze. Inna rzeczywistość – wspomina. Od swoich zawodniczek wymagała nie tylko na parkiecie, ale i poza nim. Pilnowała, by te dobrze się uczyły.

UPOMNIAŁ SIĘ O NIĄ PŁOMIEŃ

Gdy w wieku 33 lat Krystyna Czajkowska-Rawska zakończyła karierę, chciała w spokoju zająć się domem, wychowywaniem potomstwa, ale jej plany wywróciły się do góry nogami za sprawą Płomienia Milowice. Jego działacze dostrzegli w niej kandydatkę na trenerkę. Z oporami, ale się zgodziła, organizując pierwszy obóz w „rodzinnym” Makowie Podhalańskim. – Miałam trudną zagrywkę i dziewczyny musiały się napocić. Dogryzałam im, że jak będę miała 50 lat to też jej nie odbiorą. Wtedy na mnie przeklinały, ale teraz potem przyjeżdżały i dziękowały. Z kobietami trzeba umieć pracować o czym przekonał się Hubert Wagner. Mówiłam mu, że sobie z nimi nie poradzi, ale mi nie wierzył. Zawsze miałam niewyparzony język. Pewnie wielu słów jakie powiedziałam dziewczynom, dziś bym nie wypowiedziała. Byłam ostra jak on. Trzeba pamiętać, że jeden zawodnik, czy zawodniczka ma lepszą motorykę, ktoś inny refleks, czy charakter – tłumaczy trenerka, która doprowadziła Płomień to czterech tytułów mistrza Polski. Do dziś ma w domu wszystkie wykresy, plany treningowe, zwolnienia lekarskie zawodniczek. – Proponowano mi potem jeszcze pracę w innych klubach, ale ja nie potrafiłabym pracować z doskoku. Teraz zespoły mają po kilku trenerów oraz głównego, który koordynuje całość. Ja bym tak nie potrafiła pracować. Albo się bierze odpowiedzialność za całość i pracuje godzinami, albo lepiej dać sobie spokój. Ja z moimi zawodniczkami chodziłam w góry, a mając grubo ponad 40 lat rozgrywałam pięciosetowe mecze – wspomina.

SPORT KOCHA SIĘ DO KOŃCA

Od 35 lat Krystyna Czajkowska-Rawska na stałe mieszka w Makowie Podhalańskim. Poświęciła sporo czasu, pracy i serca, by wraz z nieżyjącym już mężem odnowić jego rodzinny dom, a potem go prowadziła.  I choć od aktywności zawodowej stroniła jak mogła to miłość do sportu została w niej do dziś. – Do telewizji się nie nadaję bo po pierwsze bym wszystkich zagadała, a po drugie mówiłabym  to, co myślę, a nie to czego by oczekiwano. Jak rozmawiamy z Ryśkiem Boskiem to mu powtarzam, że go podziwiam, że on potrafi – uśmiecha się była kapitan polskiej kadry narodowej. Zespołu, którego zawodniczki do dziś rokrocznie spotykają się nie tylko podczas pikników olimpijskich, ale także we wspólnym gronie. – Często dzwonimy do siebie i mówimy, czy widzisz to co ja. Najważniejsze imprezy sportowe oglądam z wypiekami bo sport to nie tylko siatkówka. Zmagania siatkarskie śledzę jednak nadal na bieżąco i nie wszystko mi się podoba – zauważa. Irytują ją nieustanne rotacje w kadrach klubowych oraz fakt, że stawia się na zawodników zagranicznych (wyliczyła, iż w najwyższej męskiej klasie rozgrywkowej występuje 54 obcokrajowców), a młodzi, zdolni Polacy stoją w kwadracie dla rezerwowych. Ze smutkiem patrzy także na pozostałości po znakomitej kadrze żeńskiej. – Za naszych czasów jak wchodziło się do reprezentacji to trzeba było się jeszcze wiele uczyć i chcieć to czynić, ale i koleżanki pokazywały, doradzały. Zabrakło kontynuacji, powstała luka. Obecnie zawodniczki nie chcą grać w kadrze, a potem jeszcze stawiają warunki. Za moich czasów to było nie do pomyślenia. To byłaby banicja – grzmi dawna „Czajka”. Zauważa, że obecnie siatkarze mają nieporównywalnie lepsze warunki do pracy, choć są eksploatowani ponad siły. – Sponsorzy wymagają, ale i technika, medycyna poszły naprzód. Ja aby poprawić skoczność brałam sztangę na kark i wykonywałam z nią ćwiczenia i teraz ma to swoje konsekwencje. Obecnie każdą partię mięśni można wyćwiczyć bez rujnowania reszty organizmu – mówi, nie kryjąc obaw o polską młodzież, która bardziej niż ruch woli gry komputerowe.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Reinyżni
Reinyżni
1 miesiąc temu

💚💚💚 pozdrowionka dla Pani

Tim
Tim
1 miesiąc temu

Redaktor (?) nie wie, że nie ma takiego słowa: fortepianistka. Może najpierw zajrzeć do słownika?

Ułan Beskidzki
Ułan Beskidzki
1 miesiąc temu
Reply to  Tim

Niestety jest takie słowo choć jest to forma przestarzała. (proszę zerknąć np. do słownika Doroszewskiego). Sam Chopin pisał o sobie w listach – fortepianista. Dzisiaj użycie słowa fortepianista w artykule też mnie raczej nie zachwyca. Pozdrowienia dla miłośnika j. polskiego.