Przyglądamy się bliżej codzienności konkretnego stada owiec w Beskidzie Śląskim, które to stado od kilku lat współtworzy krajobraz Istebnej. Jego właścicielem jest Franciszek Kawulok.
Pan Franciszek wypasa swoje owce w Istebnej, na Beskidzie, a czasem również na Stecówce.
– Koło siebie mamy tyle miejsc do wypasania, że nie ma z tym problemu. Koło siebie, czyli na Beskidzie, ale jest tu też „Nowy Jork”, a z drugiej strony „Kanada”. Nie wiem, skąd takie nazwy, ale fajne są – mówi Franciszek Kawulok.
Hodowla owiec w jego przypadku to nie działalność prowadzona od pokoleń ani rodzinna tradycja przekazywana „z dziada, pradziada”. Owczarstwo pojawiło się raczej jako naturalne rozwinięcie życia na emeryturze. Wcześniej nasz rozmówca pracował jako kierowca autobusu, dziś natomiast większą część obowiązków przejął jego syn Mateusz, który jest głównym „zarządcą” stada. Mateusz posiada średnie wykształcenie techniczne, zdobywał doświadczenie w pracy rolniczej w Irlandii, a obecnie na stałe związał się z Beskidem.
Należące do Kawuloków stado funkcjonuje niespełna 10 lat. Tworzą je owce pochodzące z Pogórza, których jest około 120 – mowa tu o samych matkach. Jak podkreśla Franciszek Kawulok, to jedno z liczniejszych stad w okolicy.
– Młodych staramy się jak najwięcej wyprzedać w maju, a minimum 20 matek wymienić – wyjaśnia owczarz.
Mleko, lody, mięso
Podstawą działalności Kawuloków jest produkcja mleka owczego. Owce dają je od maja do października, a surowiec trafia m.in. do produkcji lodów na bazie mleka owczego. Część stada przeznaczana jest także na mięso, jednak ten segment działalności ma zdecydowanie mniejsze znaczenie.
– Mięso schodzi słabo. Ludzie do jagnięciny nie mają przekonania. Zarówno baraninę, jak i jagnięcinę trzeba umieć przyrządzić, co nie każdy potrafi. W Polsce jednak króluje wieprzowina. Koszt uboju też nie jest niski i trudne to jest organizacyjnie – nie ukrywa Franciszek Kawulok.
Wełna i skóry? W teorii mogłyby stanowić dodatkowe źródło dochodu, w praktyce jednak ich znaczenie niemal zanikło.
– Wełna jest nieopłacalna, niesprzedawalna. Skóra? Musimy ją wozić do Cieszyna, stamtąd ktoś bierze ją do Mikołowa, gdzie ją wyprawia, ale tylko w zimie. W Skoczowie już skończyli z wyprawianiem skóry. Bieda skórę sprzedać, to już nie taka atrakcja jak kiedyś. Kiedyś to był rarytas. Do Zakopanego wozili kożuchy, ludzie się stroili. Dzisiaj uważają, że kożuch jest „be”. Zmieniły się czasy i obyczaje. Co innego się nosi, inaczej się ubiera – mówi Franciszek Kawulok.
Cały dzień w pracy
Ile czasu współczesny baca spędza w pracy? Odpowiedź zależy przede wszystkim od pory roku. W cieplejszych miesiącach – od maja do października – owce przebywają na pastwiskach, co oznacza znacznie więcej obowiązków.
Kawulokowie nie prowadzą wypasu w sposób tradycyjny, polegający na ciągłym podążaniu za stadem, jednak przez cały czas pozostają w jego pobliżu, łącząc doglądanie zwierząt z innymi pracami. Wspierają się przy tym psami pasterskimi oraz elektrycznym ogrodzeniem. Jak podkreśla gospodarz, dochody z hodowli nie pozwalają na zatrudnianie juhasów.
W sezonie letnim praca przy stadzie tej wielkości zajmuje średnio około 14 godzin dziennie – rozłożonych od wczesnego rana do wieczora. Jesienią, zimą i wczesną wiosną obowiązków jest mniej, bo owce nie wychodzą na pastwiska i nie dają mleka, jednak pracy wciąż nie brakuje. Dochodzą do tego typowe dla rolnictwa trudności i nieprzewidywalność, z którą mierzyć się musi każdy hodowca.
Wilki w Istebnej niestraszne
W skali kraju coraz częściej mówi się o wilkach jako o realnym zagrożeniu dla stad owiec. W Istebnej sytuacja wygląda jednak spokojniej.
– Sąsiedzi mówili, że chodził taki, ale jeden osobnik. Musiało go stado odrzucić, a sam jeden co napoluje? – zastanawia się Franciszek Kawulok.
Owszem, zdarzyło się, że wilki zabiły kilka owiec, ale było to wiele lat temu i od tego czasu sytuacja się nie powtórzyła.
Udany wykot
Wykot, czyli pierwsze tygodnie roku, to czas narodzin młodych owiec – kluczowy moment dla każdej hodowli. Jak powiedział nieco aforystycznie Józef Michałek w niedawnej rozmowie z naszą redakcją, wykot „zawsze jest udany”. Podobne podejście prezentuje Franciszek Kawulok, szczególnie w odniesieniu do tego roku.
– W tym roku się nam pokociło dobrze. Padły tylko dwa jagniątka. Na około 140 to naprawdę mało. Było dużo dwojaczków, a nawet jedna owca miała trzy młode i to wcale niemałe. A te małe takie sprytne, potrafią matkę podoić kilka razy, wyprzedzając inne – śmieje się góral.
Zarówno on, jak i jego syn Mateusz podkreślają, że bardzo ważnym elementem ich działalności są dopłaty z programu „Owca Plus”.
– Bez tego to wszystko by się pewnie nie opłaciło – przyznaje senior.
Obecność owiec doceniają także sąsiedzi. Zwierzęta często wypasają się na ich terenach, co przynosi wymierne korzyści – działają jak naturalne „kosiarki”, zapobiegając zarastaniu łąk krzewami i samosiejkami drzew.
W okolicy pojawiają się również inni owczarze, w tym baca z Zakopanego, który przyprowadza swoje stado aż z Podhala. Jak przyznaje Franciszek Kawulok, współpraca ta jednak ustała – głównie ze względu na dążenie do wyższych standardów estetycznych podczas udoju.
Modna stajnia
Mimo że w wypowiedziach Franciszka Kawuloka pobrzmiewa pewna niepewność co do przyszłości owczarstwa, trudno nie zauważyć, że jego gospodarstwo się rozwija. Stado rośnie, a działalność – mimo trudności – pozostaje opłacalna.
Szczególnym miejscem jest stajnia, czyli pomieszczenie o powierzchni około 30 metrów kwadratowych, w którym przebywają owce. Choć zbudowana z pustaków, wewnątrz wykończona jest głównie drewnem, które – jak podkreśla gospodarz – lepiej służy zwierzętom. Gospodarstwo korzysta z własnej instalacji fotowoltaicznej oraz ujęcia wody. Jednorazowe pojenie stada to zużycie rzędu około 200 litrów.
Wchodząc do środka, ma się wrażenie, że przestrzeń jest większa, niż wskazywałby metraż – podobnie jak liczba owiec, których beczenie wypełnia całe wnętrze. Franciszek Kawulok z wyraźną sympatią przechadza się między zwierzętami, głaszcze jagnięta i uważnie sprawdza, czy wszystko jest w porządku. Gdy bierze na ręce czarną owieczkę, mówi:
– To bardzo fajne stworzenia i bardzo ciekawe widoki. Trzeba do nas wpadać i przyglądać się, jakie są młode owieczki. Za jakiś czas już nie będzie gdzie zobaczyć czegoś takiego, dotknąć, potrzymać, posłuchać jak beczą, popatrzeć jak się bawią, jak hasają. Zapraszamy do nas, do Istebnej, na Beskid, żeby choćby na chwilę pobyć z owieczkami – zachęca Franciszek Kawulok.
Fot. Michał Cichy





