Wydarzenia Bielsko-Biała Cieszyn Czechowice-Dziedzice

W Simoradzu w ciemną noc… Bliscy Ani Jałowiczor wciąż na nią czekają

Drogą prowadzącą w sąsiedztwie stawów wracała do domu Ania… Fot. Dorota Krehut-Raszyk

Nie ma dnia, by nie myśleli o tym, co się zdarzyło z Anią. Dla nich puste miejsce przy wigilijnym stole ma szczególnie trudny wymiar. Od 27 lat czekają aż przerażającą pustkę wypełni rozwiązanie zagadki. Zagadki, która zamieniła w koszmar ich życie, a na spokojnej wiosce w powiecie cieszyńskim odcisnęła piętno…

– Święta spędzamy zawsze rodzinnie. Staramy się do nich przygotowywać normalnie. Ale nigdy nie jest to wesoły czas, bo mamy w pamięci to, co się wydarzyło. Czekamy na powrót Ani. Czekamy, by sprawa jej zaginięcia wreszcie się wyjaśniła – przyznaje Dominik Jałowiczor, brat Ani, która zniknęła w 1995 roku. Do Simoradza, swojej rodzinnej miejscowości, wrócił i w ostatnie święta Bożego Narodzenia, by z mamą Krystyną i tatą Bolesławem przełamać się opłatkiem. Otrzeć łzy. Ukoić ból, który mimo upływu kolejnych dziesięcioleci wciąż jest nie do zniesienia, a ostatnio stał się jeszcze bardziej dotkliwy. Szczególnie, gdy wydaje się, że do rozwiązania bolesnej łamigłówki jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej… – Ogromną nadzieję pokładamy w tym, że sprawą zaginięcia Ani zajęli się profesjonaliści. Jesteśmy dobrej myśli – przekonuje Dominik Jałowiczor.

Nowe środowisko

Tak zwane Archiwum X tworzą kryminalni z Zespołu do Spraw Przestępstw Niewykrytych Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. W skład elitarnej grupy wchodzą najlepsi, niezwykle doświadczeni, mundurowi. Ich zadaniem jest analiza spraw, które przed laty zostały umorzone. Przy wykorzystaniu najnowszych technik badawczych, mają one szanse na rozwiązanie. Obecnie na tapecie katowickich kryminalnych znajduje się historia, o której zwykło się mówić, że dzieje się tylko w filmach. A wydarzyła się naprawdę. I z dnia na dzień bliscy dziewczynki, która przepadła niczym kamień w wodę, stali się aktorami niekończącego się horroru.

Szkoła Podstawowa w Simoradzu. To tutaj Ania bawiła się na karnawałowym balu. Fot. Dorota Krehut-Raszyk

24 stycznia 2022 roku minie 27 lat odkąd Ania Jałowiczor wyszła z domu swojej babci w Simoradzu i nigdy do niego nie wróciła. Dziewczynka wieczór spędziła na szkolnym balu karnawałowym, który został zorganizowany w miejscowej podstawówce. Ania była uczennicą czwartej klasy i choć dołączyła do niej dopiero we wrześniu, wydawało się, że całkiem dobrze odnalazła się w nowym środowisku. – Gdy pytałam ją o klasę, mówiła, że została dobrze przyjęta. Była lubiana. Podobała się też chłopakom. Pamiętam ją jako miłą, sympatyczną, uśmiechniętą i trochę nieśmiałą osobę. Choć nie chodziłyśmy do jednej klasy, znałyśmy się. Gdy kończyłyśmy o tej samej godzinie, wracałyśmy razem ze szkoły. Często też rano spotykałyśmy się po drodze – przyznaje szkolna koleżanka Ani.

Do drugiej klasy Szkoły Podstawowej w Simoradzu uczęszczał wówczas młodszy brat zaginionej, Dominik. Wraz z siostrą, na przełomie sierpnia i września 1995 roku, zamieszkali w domu swojej babci w Simoradzu. Ich rodzice podjęli trudną dla wszystkich decyzję o wspólnym wyjeździe do Francji. Długo rozważali wszystkie „za” i „przeciw”, ale liczyli na to, że jeśli mama dołączy do pracującego nad Sekwaną już od kilku lat taty, uda się szybciej uzbierać pieniądze potrzebne na zakup mieszkania. Wiedzieli, że na pewno rozłąka będzie niezwykle trudnym doświadczeniem dla wszystkich, ale mieli nadzieję, że dzięki temu za rok będą mogli być już wreszcie razem. W czwórkę… Wcześniejsze lata rodzeństwo spędziło w Andrychowie. Po wyjeździe rodziców, Ania i Dominik zostali oddani pod opiekę najbliższej rodziny w Simoradzu. Do wielopokoleniowego domu, w którym mieszkało ze swoimi rodzicami chodzące do tej samej szkoły kuzynostwo, a sama babcia również w tej szkole pracowała jako woźna.

Pamiętać lepiej

– Byliśmy z Anią nierozłączni. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. W Andrychowie mieliśmy wspólnych znajomych. Choć jestem młodszy o dwa lata, zawsze się gdzieś przy Ani plątałem. Żałuję, że moje wspomnienia coraz bardziej się zacierają. Miałem dziewięć lat, gdy to wszystko się wydarzyło. Chciałbym Anię pamiętać lepiej. Dużo mówią mi zdjęcia, które po niej zostały. Ania była taką iskierką. Zawsze uśmiechnięta. Nie marudziła, nie płakała bez powodu. Raczej się nie kłóciliśmy, a po wyjeździe najpierw taty, a potem też mamy, wspieraliśmy się nawzajem. Przeprowadzka do Simoradza nie była dla nas łatwa. Jako dzieci przeżywaliśmy to, że zostawiamy za sobą całe nasze dotychczasowe życie. Nowa szkoła, nowe środowisko, brak rodziców. Wiedzieliśmy, że to miało być tylko na jakiś czas. Nikt nie przypuszczał, że dojdzie do tragedii – opowiada Dominik Jałowiczor. Chciałby, żeby niepewność, w której tkwią od niemal 27 lat, wreszcie się skończyła.

– W którąkolwiek stronę by ono nie poszło, zawsze to lepiej niż niewiedza. Pogodzimy się z każdą opcją, jeśli tylko czegoś się dowiemy. Nasze życie normalne nigdy nie będzie, nawet jak poznamy prawdę, ale może będzie ciut łatwiejsze. Chcielibyśmy w końcu osiągnąć spokój wewnętrzny. Wciąż zastanawiamy się, co takiego się stało, że Ani nie ma wśród nas. Najgorsze dla nas będzie zamknięcie sprawy i odłożenie teczki na półkę na kolejne lata bądź na zawsze – przyznaje Dominik Jałowiczor. Zapewnia, że rodzice nigdy nie ustali w poszukiwaniach jego siostry. Poruszyli niebo i ziemię, by trafić na jakikolwiek ślad ukochanej córeczki. Od samego początku współpracowali z policją, odwiedzali różnego rodzajów jasnowidzów. Jak tonący, chwytali się każdej brzytwy. – To dla Ani i dla nich robię wszystko, by wesprzeć śledczych z Archiwum X w prowadzonym przez nich dochodzeniu. Cieszymy się, że wszystkie dokumenty dotyczące sprawy zaginięcia Ani znalazły się w ich rękach. Liczymy na to, że coś z tego wyjdzie – dodaje Dominik Jałowiczor. Czy on sam ma swoją teorię co do możliwych wydarzeń sprzed lat? – Tak. Wierzę w to, że jedna z wersji, którą biorą pod uwagę policjanci, mogła być prawdziwa. Oczywiście jest ich więcej i każda jest spójna, ale jedna do mnie przemawia w szczególny sposób. Więcej zdradzić nie mogę dla dobra śledztwa – zdradza Dominik Jałowiczor. Czy liczy na spotkanie z siostrą? – W jednej z wersji wydarzeń, jest to prawdopodobne. Będziemy przeszczęśliwi, jeśli się okaże, że Ania gdzieś jest i nie mogła się do nas odezwać. Ale, tak jak już wspomniałem, pogodzimy się z każdą opcją – dodaje nasz rozmówca.

Z kamerami i butami

Rodzice Ani unikają kontaktu z dziennikarzami. Bardzo bolą ich wszystkie krzywdzące komentarze, które czytają w internecie. A obcym ludziom tak łatwo jest oceniać ich życie oraz wybory, których dokonali przed laty… Nie brakowało przedstawicieli mediów, którzy bez umówienia, wchodzili z butami i kamerami do ich domu, do ich ledwo trzymającego się życia. – Rodzice są bardzo zniszczeni psychicznie i emocjonalnie wszystkim, co się dzieje wokół Ani. Mają za sobą wiele negatywnych doświadczeń z różnego rodzaju osobami, które chciały pomóc, a tak naprawdę szukały sensacji, przeinaczały fakty. Rodzice dziś nie podołaliby spotkaniom z reporterami, dlatego wziąłem to na siebie – wyjaśnia Dominik Jałowiczor. 24 stycznia mężczyzna obchodzi 36. urodziny. Od 27 lat nie są one jednak powodem do radości. To właśnie w dniu jego dziewiątych urodzin ślad po Ani zaginął.

Na rozdrożu dróg doszło do porwania dziewczynki. Fot. Dorota Krehut-Raszyk

We wtorek po lekcjach, 24 stycznia 1995 roku, Ania szykowała się na bal karnawałowy zorganizowany w szkole dla uczniów klas IV-VIII. O zabawie dowiedziała się, podobnie jak rówieśnicy, dzień wcześniej. Założyła akrylowy półgolf w żółto-czerwono-czarną kratkę, bordowe getry, czarne kozaczki. W uszach miała złote kwiatuszki z cyrkoniami. – Z tego dnia mam tylko kilka przebłysków. Pamiętam Anię szykującą się na imprezę, proszącą ciocię o pomoc w doborze stroju, a potem już tylko błękitne światła wozów policyjnych późną nocą. Swoich urodzin nie pamiętam w ogóle. Od tego czasu zresztą ich nie celebruję. Każde kolejne były coraz gorsze – mówi Dominik Jałowiczor.

Ze szkolnej zabawy Ania wyszła około 19.50, swoje kroki kierując w stronę domu babci. Do pokonania miała około półtora kilometra krętą drogą między stawami. Do dziś poruszanie się nią po zmroku nie należy do najprzyjemniejszych. Dziewczynka początkowo szła z kolegą, ale po przejściu niewielkiego odcinka ich drogi się rozeszły. Ania miała powiedzieć, że dalej chce iść już sama. Dlaczego? To pytanie nie daje spokoju jej starszej koleżance.

– Nigdy nie uwierzę w to, że Ania chciała z tej dyskoteki wracać sama. Bo Ania bardzo się bała. Bardzo. Jesienią miałam okazję odprowadzać po ciemku Anię do domu. Szłyśmy drogą między stawami i potem polami do góry, do głównej ulicy. I pamiętam jak dziś, że ona panicznie się bała. Trzymała mnie nerwowo za rękę, dosłownie trzęsła się cała ze strachu. Uspokajałam ją, mówiłam, że raz, dwa będziemy w domu. Cały czas ją pocieszałam – przyznaje nasza rozmówczyni. Gdy styczniowa dyskoteka dobiegła końca, podobnie jak inne dzieci, zbierała się do wyjścia. – Gdy wyszłam z budynku, zastanawiałam się, czy Ania idzie z nami. Nawet wróciłam się do szkoły, by jej poszukać, ale nie mogłam jej znaleźć. Ktoś mi powiedział, że miała iść z babcią, więc wyszłam ze szkoły do domu. Gdy następnego dnia dowiedziałam się, że Ania nie wróciła do domu, byłam w szoku – wspomina.

Samochód odjechał z piskiem opon w stronę głównej drogi, łączącej Skoczów z Dębowcem. Fot. Dorota Krehut-Raszyk

Ania prawdopodobnie została porwana. Jedna z kobiet, mieszkająca nieopodal miejsca zdarzenia, znajdującego się na skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Krętej i Zacisze, zeznała, że około 20.00 usłyszała głos zatrzaskiwanych drzwi do samochodu i krzyk dziecka. Wcześniej widziała natomiast stojącą przy stawach osobówkę w kolorze kawy z mlekiem, prawdopodobnie fiata 125p lub ładę, która następnie ruszyła w stronę drogi Skoczów – Dębowiec… Skręcający z impetem w stronę Dębowca pojazd zauważył kolejny świadek. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że oprócz dwóch dorosłych osób, znajdowała się w nim również Ania. Kiedy dziewczynka nie wróciła do domu, babcia wszczęła alarm. Bliscy początkowo poszukiwali Ani na własną rękę, a około 22.15 o sprawie dowiedziała się policja. Zaczęły się poszukiwania zakrojone na szeroką skalę, przesłuchania nauczycieli, uczniów… Powstały portrety pamięciowe domniemanych sprawców. Jak donosiły media w tamtym czasie, klasa matematyczno-geograficzna na pierwszym piętrze simoradzkiej podstawówki zamieniła się w policyjne biuro. Działania powołanej specjalnej grupy policyjnej nie przyniosły żadnych rezultatów. Po trzech miesiącach sprawa została umorzona. Dziś powraca, a wraz z nią wszystkie pytania i niejasności, które przez lata nie dają spokoju rodzinie Ani. Co się wydarzyło tamtego wieczoru? Dlaczego dziewczynka wyszła ze szkoły sama? Czy Ania przypadkiem trafiła na porywaczy, a może była ich celem? Czy sprawa zaginięcia 10-latki ma wspólny mianownik z faktem, iż w trakcie jej poszukiwań, 31 stycznia 1995 roku, znaleziono w stawie ciało kobiety, która 23 stycznia udała się w odwiedziny do swojego brata mieszkającego w Simoradzu? Czy jeśli Ania żyje, jest możliwe, by nie pamiętała przeszłości? Nie próbowała znaleźć kontaktu z bliskimi?

– Myślę, że jest mnóstwo osób w Simoradzu, które miały jakąś styczność z Anią w czasie poprzedzającym jej zaginięcie. Które brały udział w zabawie, które ją organizowały. Jak to wszystko wygląda dziś z ich perspektywy? Liczę na to, że wrócą wspomnieniami do tamtych dni. Że nie będą trzymać wiedzy dla siebie i pomogą nam. Być może z różnych powodów przed laty nie powiedziały wszystkiego, być może się bały, być może trapią ich wyrzuty sumienia. Mam wielką nadzieję, że wspólnie uda się wyjaśnić sprawę, która od wielu lat ciąży na tej miejscowości. Apeluję o pomoc do mieszkańców Simoradza i wszystkich osób, które mogą rzucić światło na zaginięcie mojej siostry. Jestem po rozmowie z prawnikiem i wiem, że istnieje możliwość złagodzenia ewentualnej odpowiedzialności, jeśli Ani przydarzyło się coś złego, a ktoś miał w tym osobisty udział. Wystarczy tylko trochę dobrej woli! – dodaje Dominik Jałowiczor.

google_news
E-wydanie_d
Subskrybuj
Powiadom o
guest
8 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
a babcia i dziadek żyją jeszcze?
a babcia i dziadek żyją jeszcze?
19 dni temu

??????????

trackback
3 miesięcy temu

[…] Źródło: W Simoradzu w ciemną noc… Bliscy Ani Jałowiczor wciąż na nią czekają – Beskidzka24… […]

nina
nina
3 miesięcy temu

matkę do psychiatryka a babkę do wiezienia

Bozena
Bozena
1 miesiąc temu
Reply to  nina

Chora kobieto, obyś nigdy nie musiała przeżywać tego co ta rodzina.

nina
nina
19 dni temu
Reply to  Bozena

ja swoje przeżyłam jako dziecko i nastolatka i wiem że w kazdej wsi wieczorem krecą sie elementy spoleczne ,ale to są skutki złego wychowania , za czasow mojego dziecinstwa mowilo sie dziecią o wołdze itp, widocznie nie wszyscy chcą pokazać swiata dziecią od złej strony,a sąsiedzi wiedzą to najlepiej.Ja bym dziecku za cholere nie pozwoliła wracać wieczorem od tego nie jest kolezanka tylko rodzina albo bus

Last edited 19 dni temu by nina
nina
nina
19 dni temu
Reply to  Bozena

chora nie jestem , chorzy są ,,rodzice z sąsiedztwa,,którzy zwalają na mnie wine ,a sami nie chcą wychowywać swoich życiowych,, pociech,,

ANA
ANA
17 dni temu
Reply to  Bozena

według mnie dzieci jej coś przykrego powiedziały ,może wyśmiały anie że sie boi chodzić sama,i chciała udowodnić kolegą i koleżanką że sie mylą,dzieci są wredne mogła tłumić w sobie że sie ktoś z niej śmieje,i dlatego nie chciała z nikim wracać, a zboczency poprostu czekali na obojętnie jakie dziecko które pujdzie samo nocą.

Magdalena
Magdalena
4 miesięcy temu

Jestem pełna podziwu dla Brata, za jego determinację i bardzo współczuje Jemu i Rodzicom Ani , bo przez tyle lat tak bardzo cierpią. Tak bardzo chciałabym żeby Ania żyła . Taka śliczna dziewczynka. Nie rozumiem jak można hejtowac Rodziców którzy przecież chcieli jak najlepiej dla swoich dzieci i ich przyszłości -to podłe ze ktoś w ogóle ma czelność ich krytykować i ranić . Śledzę ta sprawę od lat i bardzo trzymam kciuki za jej rozwiązanie i szczęśliwy finał