Wydarzenia Bielsko-Biała

Tomasz Habowski: „Lubię tu wracać”

Uważam, iż nie trzeba od razu wiedzieć, co się będzie robić w życiu; można się mylić, można zmienić zdanie, można eksperymentować. Ja jestem tego przykładem – kiedyś nawet nie wyobrażałem sobie, że będę reżyserem, że w ogóle to jest w moim zasięgu – mówi Tomasz Habowski.


Urodziłeś się w Bielsku-Białej i spędziłeś tutaj młodość. Dlaczego wybrałeś rodzinne miasto jako miejsce akcji swojego nowego filmu, czyli „Radioamatora”?

TOMASZ HABOWSKI: Wychowałem się na osiedlu Karpackim, opuściłem Bielsko, kiedy wyjechałem na studia do Wrocławia, ale wciąż mieszkają tu moi rodzice. Główny bohater filmu „Radioamator” to 65-letni pracownik fabryki produkującej słodycze. Poznajemy go, gdy przechodzi na emeryturę i jest przedstawicielem – jak to kiedyś mówiono – klasy pracującej. Znam takich ludzi właśnie ze swojego osiedla, mam ich też w rodzinie i chciałem o kimś takim opowiedzieć.

Było dla mnie oczywiste, że bohater filmu musi mieszkać na osiedlu z wielkiej płyty i kiedy zacząłem sobie wyobrażać tę historię, to od razu przyszło mi do głowy osiedle Karpackie. Pomyślałem, że ciekawy będzie mój powrót do tego miejsca. A na ogólniejszym poziomie to powrót do osiedli mniejszych miast, które zostały przez polską kinematografię albo opuszczone, albo opowiada się o nich jak o miejscach niemal patologicznych.

Tymczasem kiedy przyjeżdżam na Karpackie, to widzę tu dobre miejsce do życia, w którym są dostępne różne usługi, są szkoły, przedszkola i dużo zieleni. Bohater filmu – Krzysztof – wiedzie wygodne życie na takim osiedlu, więc Karpackie pasowało.


A czy widzowie filmu będą wiedzieli, że oglądają na ekranie Bielsko-Białą?

Tak, to będzie jasne. Bohatera filmu odwiedzi córka, z którą łączy go burzliwa relacja. Ona mieszka w większym mieście, ale chce wrócić do rodzinnego Bielska, właśnie do tego mieszkania na Karpackim.

Krzysztof już od 18 lat jest wdowcem, ale mieszkanie w zasadzie jest zostawione takim, jakim było, gdy żyła jego żona. To opowieść o tym, jak wydobyć się z tej stagnacji, w jaką popadł po jej śmierci, a także o tym, jak odnaleźć się w życiu po pracy. Bo praca dla mężczyzny to zwykle ważny fundament tożsamości i kiedy się ją traci, zostaje się pozbawionym czegoś, co definiowało człowieka.

Mieszkanie w Bielsku-Białej jest takim kokonem, w którym bohater filmu czuje się bezpiecznie i właśnie dlatego niczego w nim nie zmienia.


Twój pierwszy film, czyli „Piosenki o miłości”, był obrazem mikrobudżetowym, a jednak został świetnie przyjęty przez widzów i krytyków. Teraz masz do dyspozycji dużo większy budżet i wszyscy czekają, jaki film zrobisz. Czy to oznacza dużą presję?

Nie, paradoksalnie, kiedy robiłem pierwszy film, czułem większą presję, którą sam na siebie nakładałem. Teraz mam jakiś rodzaj pewności, czy raczej klarowności.

Przed pierwszym filmem nie miałem żadnego doświadczenia i nie wiedziałem, czy to, czego chcę, znajdzie swoje odbicie na ekranie. Znalazło i teraz już wiem, że to, co sobie wyobrażam, jest przekładalne. Doświadczenie pierwszego filmu bardzo mi pomogło.

Oczywiście mam potrzebę, by nowy film przemówił i by widzowie znaleźli go interesującym, ale presji nie ma.


Zaraz po debiucie zapowiadałeś, że Twój drugi film będzie inny niż pierwszy. Czy faktycznie tak będzie?

Tak, traktuję ten film trochę jak mój drugi debiut, bo to, co robimy teraz, jest czymś zupełnie innym. Ten film będzie inaczej skonstruowany, inaczej realizowany, sceny będą miały inną dynamikę.


Powiedzmy słowo o aktorach, bo w filmie pojawia się cała plejada znanych twarzy, a niektóre z nich Bielszczanie mogli oglądać podczas nagrywania zdjęć na Karpackim.

Z większych ról to Arek Jakubik, Magda Koleśnik, Danuta Stenka, Andrzej Grabowski, Andrzej Mastalerz, Robert Talarczyk, czyli były dyrektor bielskiego Teatru Polskiego, a także Anna Guzik, którą namówiłem na ostatniej prostej.

Mogę powiedzieć, że to, co robią aktorzy, jest wyjątkowe. To wybitna robota, ale to jeszcze – niestety – nie daje gwarancji, że film też będzie wybitny.


Kiedy zatem zobaczymy efekty na dużym ekranie?

Pod koniec 2027 roku film powinien trafić do kin. Chcemy, by miał festiwalową premierę gdzieś za granicą, ale to jeszcze się okaże, czy jest to w naszym zasięgu.


Jak to się w ogóle stało, że zostałeś filmowcem? To nie była oczywista droga.

Chodziłem do liceum imienia Mikołaja Kopernika w Bielsku-Białej, do klasy humanistycznej. Prawie wszyscy w klasie wybierali się na prawo, które dawało obietnicę dobrego zawodu i pieniędzy.

Ja w tamtym czasie jeszcze nie miałem na siebie pomysłu, więc też poszedłem na to prawo. Dostałem się na Uniwersytet Wrocławski, ale szybko zauważyłem, że to nie do końca moja bajka.

Zacząłem więc równocześnie studiować kulturoznawstwo i tam poznałem osoby, które mnie zainspirowały do marzenia, by zostać scenarzystą albo reżyserem.

Powoli zacząłem wykonywać jakieś kroki w tym kierunku, ale studiowanie się skończyło i trzeba było zająć się zarabianiem pieniędzy. Prawa co prawda nie dokończyłem, ale zacząłem pracować dla różnych międzynarodowych korporacji prawniczych.


Czyli mimo nieskończonych studiów musiałeś nieźle sobie radzić.

Miałem chyba dobre zdolności komunikacyjne, potrafiłem przedstawić klientom skomplikowany problem prawniczy w sposób klarowny. Ta umiejętność bardzo mi zresztą pomogła później jako scenarzyście.

Jednocześnie pomagałem pisać różne programy stand-upowe czy kabaretowe, w międzyczasie pracowałem też przez rok w agencji reklamowej. Wreszcie zostałem jednym ze scenarzystów serialu „Na Wspólnej”, a potem głównym scenarzystą tej produkcji.

To doświadczenie sprawiło, że pojawiła się możliwość, bym zrealizował swój autorski scenariusz jako reżyser. Tak w skrócie wyglądała moja droga.


Jej ślady można odnaleźć w „Piosenkach o miłości”.

Tak, siostra głównego bohatera jest prawniczką, a on sam pracuje pod koniec filmu w agencji reklamowej. Muzyka, która odgrywała w moim życiu ważną rolę, też jest w tym filmie bardzo istotna. Był to więc taki splot znajomych mi światów ułożonych w historię, która nie do końca jest o mnie, ale czerpała z tego, co znam.

W „Radioamatorze” jest tego mniej, bo chciałem porzucić już siebie na rzecz opowieści o kimś innym. Wydaje mi się, że współcześnie, szczególnie w kinie i szczególnie u młodych twórców, jest taka potrzeba opowiadania o sobie. Te historie są bardzo osobiste, czasami terapeutyczne – twórcy opowiadają o swoich traumach – i dobrze, ale brakuje mi nieco tego, żeby filmowiec patrzył nie tylko na siebie. Postanowiłem tak właśnie zrobić w „Radioamatorze”.


Wspomniałeś o muzyce, która też jest ważna w Twoim życiu. Możesz rozwinąć ten wątek?

Miałem może 9 albo 10 lat, kiedy mój starszy brat dostał na gwiazdkę antologię Beatlesów na kasetach. Od tych Beatlesów zaczęła się muzyka w moim życiu. Słuchałem dużo, pasjami.

A nieco później, na studiach, zapragnąłem też sam tworzyć. Z kolegą z Bielska-Białej, Maćkiem Żukiem – który zresztą przy „Radioamatorze” pracuje jako specjalista od efektów specjalnych – założyliśmy zespół. Graliśmy na ukulele, a ja dodatkowo pisałem teksty piosenek.

To był taki pierwszy mój akt twórczy. Potem to zostawiłem, ale było to bardzo ważne doświadczenie. Zobaczyłem, że coś, co wymyślam, może się podobać innym. Potem było podobnie, gdy pomagałem pisać występy pewnemu znanemu komikowi i czasami ludzie się z tego śmiali. Widziałem, że mam jakąś sprawczość i to mi się podobało.


A czy we wczesnej młodości, w bielskim okresie życia, dawałeś jakieś sygnały, że zostaniesz scenarzystą i reżyserem, czy szerzej – artystą?

Chyba pierwszym takim spotkaniem ze sceną było kółko teatralne organizowane przez panią Barbarę Seweryn w liceum Kopernika. Nie ciągnęło mnie jednak na scenę, wolałem pomagać przy organizacji, a potem oglądać efekty, wnosić jakieś uwagi, mieć wpływ na to, co się dzieje.

To były takie pierwsze doświadczenia. Muszę też przyznać, że zgłosiłem się na to kółko, żeby nie chodzić na matematykę. Tak to czasami bywa, że jakaś niska motywacja prowadzi do czegoś dobrego w życiu (śmiech).

Wcześniej było gimnazjum na Karpackim. W tamtym czasie byłem zafascynowany muzyką hip-hopową, ale już wtedy pojawiło się zainteresowanie opowiadaniem historii. Z jednej strony dużo czasu spędzałem z kolegami z osiedla, a z drugiej w bibliotekach – osiedlowej albo szkolnej.

Zafascynowały mnie „Opowieści z Narnii”, potem „Władca Pierścieni” i inne książki fantasy. Nawet sam w tamtym czasie zacząłem pisać krótkie opowiadania. Co prawda porzuciłem to szybko, ale czułem, że jest we mnie potrzeba opowiadania historii.


Byłeś dobrym uczniem?

Raczej takim, który chodzi własnymi ścieżkami, ale spotykałem się z wyrozumiałością moich nauczycielek, szczególnie w liceum. Pani Liliana Gardaś, moja wychowawczyni, nauczycielka historii i WOS-u, oraz wspomniana Barbara Seweryn od języka polskiego miały na mnie największy wpływ.

Nie byłem wybitnym uczniem, pewnie też ze względu na swoje nieobecności, bo byłem wagarowiczem. Bywało, że zamiast na lekcje chodziłem do kina albo po prostu zostawałem w domu, czytałem książki, słuchałem muzyki. Ale nie zaniedbywałem nauki, dobrze napisałem maturę, więc przesłanie jest takie, że jednak trzeba się też uczyć.


Po latach, jako reżyser, spotkałeś się z bielskimi licealistami na pokazie „Piosenek o miłości” w kinie Helios.

Tak, spotkałem się z licealistami z Bielska i opowiadałem im o mojej drodze do robienia filmów. Byłem pod wielkim wrażeniem ich przenikliwości i wiedzy o filmie – miałem wrażenie, że mają większą wiedzę na temat kina niż ja w ich wieku.

Więc to współczesne, typowe dla osób starszych utyskiwanie na młodzież to nieprawda, przynajmniej w tej materii.

Mówiłem im wtedy też, że uważam, iż nie trzeba od razu wiedzieć, co się będzie robić w życiu; można się mylić, można zmienić zdanie, można eksperymentować. Ja jestem tego przykładem – kiedyś nawet nie wyobrażałem sobie, że będę reżyserem, że w ogóle to jest w moim zasięgu.


Twój przykład jest bardzo inspirujący. Przebiłeś się z Bielska-Białej do wielkiego świata filmu bez żadnych znajomości.

To prawda, nie pochodzę z artystycznej rodziny. Rodzice najpierw wspólnie pracowali w Kombinacie Budownictwa Ogólnego „Beskid”, tam się poznali. Później mama przez długi czas pracowała w bielskim Urzędzie Skarbowym, a ojciec po 1989 roku prowadził jednoosobową działalność w branży budowlanej.

Jak już wspomniałem, mieszkaliśmy w bloku na Karpackim. Nie miałem żadnych związków ze światem artystycznym, więc faktycznie moje wejście do świata artystycznego było całkowicie z zewnątrz.

Myślę, że miałem dużo szczęścia, pomogły jakieś zbiegi okoliczności, miałem też mocne wsparcie od swojej partnerki, ale na pewno ważna była moja determinacja i ryzyko, które podjąłem, mając coś na kształt kariery w świecie prawniczym i zostawiając ją na rzecz czegoś zupełnie nowego. To ryzyko się opłaciło, ale to nie znaczy, że było łatwo.


Często wracasz do Bielska-Białej?

Jestem zawsze na święta i kilka razy w ciągu roku. Poza rodzicami odwiedzam tu także brata, który mieszka z rodziną w Mazańcowicach koło Bielska.

W ostatnich latach przyjeżdżam coraz częściej, szczególnie z powodu gór i natury. Jest to dosyć zabawne, bo kiedy byłem dzieckiem, praktycznie co tydzień chodziliśmy w góry z rodzicami i doprowadzało mnie to do szału, bo szczerze tego nienawidziłem.

Uważałem to za stratę czasu, to całe bezsensowne chodzenie po lesie – wolałem spędzać czas z kolegami na osiedlu, a później ze znajomymi z liceum gdzieś w centrum.

Jednak jakoś po 35. roku życia poczułem, że potrzebuję dookoła siebie natury. Mieszkam teraz w Warszawie i to ona nauczyła mnie doceniać Bielsko – to, jakim jest unikatowym miastem.

Gdy tu mieszkałem, brałem za pewnik to, że można wsiąść w autobus, podjechać pod Dębowiec i ruszyć w góry. Teraz dopiero to doceniam i między innymi dlatego lubię tu wracać.

google_news
Kronika Beskidzka prasa