Wydarzenia Żywiec Sucha Beskidzka Wadowice

Zakochana w zabawkach

Barbara Piaseczny przy pracy. Fot. Edyta Łepkowska

Gdy w dzieciństwie bawiła się ulubioną zabawką – bryczką zaprzężoną w dwa drewniane koniki na kółkach, nawet nie marzyła, że kiedyś sama nauczy się tworzyć podobne cudeńka. Wprawdzie kobiety w jej rodzinie zajmowały się rękodziełem, ale gustowały w typowo damskich robótkach. Ona sama szukała dla siebie czegoś innego, latami błądząc po omacku.

 

Barbara Piaseczny z Białki wychowała się w rodzinie, w której prawie każdy miał zdolności manualne i plastyczne. Jej mama i ciocia pracowały w Spółdzielni Rękodzieła Ludowego i Artystycznego Makowianka, gdzie zarabiały na życie, robiąc to, co kochają. Jedna wykonywała makatki, druga haftowała. Obie próbowały zaszczepić w Basi zamiłowanie do takiej właśnie twórczości, ona jednak bardziej skłaniała się ku obróbce drewna, którą zajmował się jej dziadek. Ale długo nie mogła trafić na rzemiosło, któremu chciałaby się w pełni poświęcić. Swoje powołanie odkryła dopiero 16 lat temu.

Fot. Edyta Łepkowska

Byłam wtedy na bezrobociu i trafiłam na ogłoszenie o kursie strugania drewnianych zabawek w Stryszawie. Namówiłam męża i kuzyna, abyśmy razem wzięli w nim udział. I na tych warsztatach zrozumiałam, że to jest właśnie taki rodzaj rękodzieła, jaki najbardziej do mnie przemawia. Postanowiłam zająć się nim na poważnie. Wtedy jeszcze łudziłam się, że z wykonywania ludowych zabawek da się wyżyć. Choć szybko się rozczarowałam, moja pasja do ich strugania przetrwała. Traktuję ją jako hobby – opowiada Barbara Piaseczny.

 

Kobieta uwielbia tworzyć takie zabawki, jakimi sama bawiła się w dzieciństwie. Rzeźbi, a potem maluje intensywnymi kolorami koniki, bryczki i ptaszki, starając się, aby każde jej dzieło było inne, niepowtarzalne. Czasem puszcza wodze fantazji i wymyśla nowe wzory, tylko po części nawiązujące do tych tradycyjnych. Tworzy też ozdoby świąteczne. W ostatnią Wielkanoc przystroiła dom własnoręcznie wykonanymi drewnianymi zajączkami, kaczuszkami i pisankami.

Fot. Edyta Łepkowska

WYRZUCAĆ NIE WOLNO!

Pasją do strugania zabawek zaraziła męża Mariana i córkę Magdalenę. – Ja również dorastałem w środowisku, w którym mocno zakorzenione były tradycje rękodzielnicze. Ciotka zajmowała się haftem makowskim, mama robiła piórniki do Cepelii, ojczym rzeźbił figurki szachowe. Byłem skazany na to, by zająć się twórczością ludową – ze śmiechem mówi Marian Piaseczny. – Kiedy żona namówiła mnie na ten kurs zabawkarstwa, z początku nie wciągnęło mnie to tak mocno, jak ją. Ale gdy potem pomagałem Basi w trudniejszych czynnościach, w końcu sam połknąłem bakcyla. Po pracy wolę sięgnąć po nóż i kawałek drewna, niż usiąść przed telewizorem.

Fot. Edyta Łepkowska

Magdalena, inaczej niż jej rodzice, nie ogranicza się tylko do zabawkarstwa. Choć bardzo lubi strugać w drewnie i malować gotowe figurki, bardziej pociąga ją bibułkarstwo. Często robi też biżuterię z różnych materiałów. – Ona jest taka, że jeśli weźmie coś do ręki i rozłoży to na czynniki pierwsze, potrafi wykonać dokładnie taką samą rzecz. I tak jak ja, jest niepoprawną zbieraczką. Niczego nie wolno wyrzucić, bo wszystko może się przydać. Mąż się złości, że nie będzie miał czym w piecu palić, jeśli każdy kawałek drewna będziemy traktowały jak materiał twórczy. Gdy wycinał drzewa w ogrodzie, co chwila mu mówiłam: „ten pniak mi zostaw, tamten konar też” – śmieje się Barbara Piaseczny. – A na przechowywanie tych wszystkich skarbów brakuje nam już miejsca. Każde pomieszczenie obstawione mamy pudłami i pudełkami. Marian dodaje: – Pasowałoby dokupić garaż z przeznaczeniem na magazyn.

Fot. Edyta Łepkowska

 WĘDRUJĄCE ZABAWKI

Barbarę cieszy nie tylko samo struganie i malowanie tradycyjnych zabawek, ale również przekazywanie tych umiejętności innym. Chętnie organizuje warsztaty zabawkarstwa dla dzieci szkolnych, gdy tylko ktoś ją o to poprosi. Czasem we własnej pracowni w Białce, mimo że nie ma w niej zbyt wiele miejsca, a niekiedy podczas różnych imprez plenerowych. Szczególnie lubi wyjazdy do skansenu w Wygiełzowie na festiwal ETNOmania. – Zabieram tam gotowe wystrugane ptaszki, które każdy chętny może sobie pomalować. Kiedyś miałam ich sto pięćdziesiąt, z czego zostały mi tylko cztery! Ale przede wszystkim jest tam wspaniała, rodzinna atmosfera. Jeździmy na ETNOmanię nawet wtedy, gdy nie prowadzę zajęć. Wtedy sama zapisuję się na organizowane tam warsztaty, a są naprawdę ciekawe. Można własnoręcznie zrobić mydełko, łyżkę i mnóstwo innych rzeczy – emocjonuje się kobieta.

Fot. Edyta Łepkowska

Choć zabawki drewniane Barbara Piaseczny struga głównie dla własnej przyjemności oraz dla znajomych, część z nich trafiła do różnych krajów, nawet bardzo odległych, między innymi do Indii, Meksyku, Indonezji i Japonii. To dlatego, że już od jedenastu lat białczanka przygotowuje pamiątki dla wszystkich zespołów biorących udział w Tygodniu Kultury Beskidzkiej w Makowie Podhalańskim. Co roku jest to coś innego, na przykład klepok (drewniany ptak na kółkach, z ruchomymi skrzydłami), góralscy tancerze, bryczka ozdobiona makówkami z herbu Makowa, para ptaszków.

Fot. Edyta Łepkowska

SIEKIERĄ DO CELU

Zdarzało się także, iż turyści zagraniczni odwiedzali jej pracownię, która jest jednym z przystanków na trasie Ekomuzeum Babia Góra, Szlaku Tradycyjnego Rzemiosła oraz Polskiego i Szwedzkiego Szlaku Lokalnego Produktu. – Wygląda jednak na to, że coraz mniej osób eksploruje okolice Makowa. Jeszcze jakieś dwa, trzy lata temu było ich sporo. Przyjeżdżały całe grupy, aż brakowało mi dla wszystkich chętnych książeczek, w których zbierali pieczątki potrzebne do zdobycia odznaki turystycznej Ekomuzeum. Teraz tylko sporadycznie ktoś tu zagląda – podkreśla Barbara Piaseczny.

Dzięki zabawkarskiej pasji sama też zwiedziła kawałek Europy. Była na przykład w Szwecji, gdzie poznawała tamtejsze obiekty na Polskim i Szwedzkim Szlaku Lokalnego Produktu. – Tam wszystko jest zupełnie inaczej zorganizowane. U nas twórcy mają wydzielone pracownie czy inne pomieszczenia dla turystów, a tam nie widać żadnego rozgraniczenia na części mieszkalne i czysto turystyczne. Wchodzi się prosto do domów tych ludzi, jakby to był taki żywy skansen. Mnie się to strasznie spodobało. Tak samo, jak szwedzka przyroda. Tam wszędzie jest mnóstwo zieleni, w którą wkomponowane są liczne oczka wodne – opowiada białczanka. – Niektóre atrakcje na szlaku były dość ryzykowne. Na przykład w kuźni, gdzie można było rzucać do celu siekierką. Koleżanka tak się zamachnęła, że niewiele brakowało, by wbiła sobie ostrze w plecy. A i we mnie nieomal trafiła!

Fot. Edyta Łepkowska

Glos_praca
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments